Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
ludzie listy piszą
Robert Rient

Skrajności, remont i strata

ilustracja: Karyna Piwowarska
Skrajności, remont i strata
Skrajności, remont i strata

Dlaczego bardziej potrafię zadbać o innych niż o siebie? Dlaczego chcę bić męża, gdy w domu trwa remont? Czy to możliwe, że umarłam, a nadal żyję?

Skrajności

Pani Profesor,

od dłuższego czasu niepokoją mnie sprzeczności, jakie widzę we własnym zachowaniu. Potrafię rozśmieszyć koleżanki z pracy, rozluźnić napiętą atmosferę, mimo iż nigdy nie byłem uważany za duszę towarzystwa. Potrafię stanowczo i skutecznie bronić interesów moich klientów, a jednocześnie bać się proszenia szefa o podwyżkę. Potrafię (jak ktoś mi kiedyś przyznał) onieśmielać innych swoją wiedzą i inteligencją, a jednocześnie (z obawy, że palnę jakieś głupstwo) nie odezwać się ani słowem w liczniejszym towarzystwie. Potrafię obrazić kogoś nieprzemyślanym słowem, a potem spędzać godziny na analizowaniu sytuacji i rozpamiętywaniu jej. Potrafię unikać kontaktu z bliskimi, a potem żałować, że nie mam z kim spędzić wolnej chwili. Przykłady mogę mnożyć. Przez większość czasu nie przeszkadza mi to. Mówię sobie, że tak musi być, że taki już jestem, że może to całkowicie naturalne, że inni też tak mają. Ale co, jeżeli się mylę? Niekiedy chcę większej kontroli nad samym sobą. Dlaczego czasem jestem spontaniczny, beztroski i zabawny, a czasem zamknięty, spięty i milczący? Dlaczego o cudze interesy dbam lepiej niż o swoje własne? Dlaczego moja rzekomo wysoka inteligencja zawodzi w relacjach interpersonalnych? Oczywiście nie oczekuję od Pani konkretnych odpowiedzi. Po prostu byłbym wdzięczny za wskazówkę, jak choć trochę zmniejszyć przepaść pomiędzy skrajnościami, które we mnie występują. Z poważaniem

Maciej C. ze Szczecina, 27 lat, prawnik

Szanowny Panie,

ależ będą konkretne odpowiedzi. Być może w przestrzeni zawodowej faktycznie potrafi Pan lepiej zadbać o interesy innych niż o własne, ale z całą stanowczością chcę Panu napisać, że nie może Pan dać drugiej osobie więcej, niż daje sobie. Mam na myśli takie sprawy, jak uwaga, troska, dobro, wolność, zrozumienie, dyscyplina, wyrozumiałość i miłość. Wiele osób powtarza jak mantrę zasłyszane przekonanie: potrafię dbać o innych, dawać innym, pomagać innym, ale nie mam czasu na siebie, dla siebie. Ta iluzja pomaga rozsiąść się w roli rycerskiej ofiary, wielkodusznego ratownika, szewca bez butów. Otóż wszystko, co dajemy, wychodzi czy też przechodzi przez nas. Im bardziej pogłębi Pan zrozumienie własnej istoty, im więcej będzie świadomości i miłości do tego, kim Pan jest, tym więcej pojawi się odpowiedzi. Być może tak bardzo chce Pan otrzymać uwagę, troskę i bliskość, że chętnie oferuje Pan ją innym. Jednak tutaj uważałabym. Bo jeśli daję z intencją otrzymania, jeśli daję, bo chcę dostać, to mój dar jest obciążony, zabrudzony, ma w sobie zawarty haczyk. To nie jest miłość, to jest wołanie o miłość.

Druga sprawa, która przykuła moją uwagę, to pragnienie większej kontroli nad sobą. Wie Pan, skąd ono wypływa? Bełkotska wybrałaby przeciwny kierunek – poszukałaby miejsc, praktyk, odosobnień, ludzi, którzy pozwolą na utratę kontroli. Bo z Pana listu wybija się rozwinięta umiejętność zarządzania z pozycji głowy, intelektu, kontroli właśnie. Po co Panu więcej kontroli? Więcej analizy?

Nic złego w skrajnościach. Pojawiamy się pomiędzy największymi: narodziny i śmierć. Po prostu zapełniamy przestrzeń między tymi dwoma wydarzeniami. Niech będą to skrajne doświadczenia – im więcej takich, tym łatwiej zrozumieć, gdzie znajduje się środek. Skrajności to nie problem. Za to brak spokoju może być problemem. Przez spokój szłabym w kierunku poza kontrolą, by zobaczyć, co daję sobie, innym, a co naprawdę chcę dostać i dawać. Powodzenia!

Remont

Pani Profesor,

zawsze podczas remontu w mieszkaniu chcę bić mojego męża. Nie biję, bo nauczono mnie uprzejmości, ale biłabym, po mordzie, oj biła. Mąż boi się życia, które nie idzie utartymi od lat torami. Wpada w obłęd, gdy pojawiają się zmienne. Przykręcenie regału spędza mu sen z powiek przez wiele dni. Regał czeka, aż mąż będzie gotowy. W domu syf. Do większych prac wynajmujemy ekipę, mniejsze bierze na siebie. I trwa to dniami, chodzi cały w amoku, podkreśla, jak bardzo jest zajęty, zapracowany i nic nie robi. Rozsiewa wokół siebie neurozy. Obiecuję sobie go rzucić, ale potem remont się kończy, mi przechodzi, mąż kaja się w idiotyczny sposób, co znowu zachęca mnie, by go bić, ale znowu go nie biję. Milknę, czas rozpędza zło między nami. I nic się nie zmienia. A ja czekam, czekam, aż coś się zmieni. Jakbym była zamrożona. Co mogę zrobić?

Katarzyna z Bolesławca, 39 lat, tancerka

Szanowna Pani,

zawsze z wdzięczną radością czytam o ludziach powstrzymujących się od przemocy. Tym bardziej, gdy pokusa nie byle jaka. Napatrzyłam się na różne małżeństwa i chyba jeszcze nie zdarzyło mi się trafić na takie, w którym osoby pozostające w związku nie miałyby cech wspólnych. Nie chcę Pani obrazić tym ogólnym sformułowaniem, proszę wziąć głęboki oddech. Ale rzuciło mi się w oczy, że Pani mąż, podobnie jak Pani – czeka. Pani mąż na własną gotowość przykręcenia śruby. Pani czeka, aż coś się zmieni. Czekanie, aż coś się zmieni, to niezwykle bierne zajęcie, w dodatku męczące, stwarzające pozory realnego wpływu. Jest ogromna różnica pomiędzy narodzeniem się a dobrowolnym uczestniczeniem w życiu. Czuje Pani tę różnicę? Pyta Pani, co może zrobić – proszę podjąć decyzję o dobrowolnym uczestniczeniu w życiu. Po tej stronie nie ma obszaru, w którym czeka się na zmianę. Rzeczy się zmieniają, cały czas, ale czekać na nie, to jakby przeżywać lęk po zachodzie słońca, że już zawsze będzie ciemno. Można w takiej panice spędzić całą noc, czekać i czekać w ciemności. Rozsądek podpowiada sen, regenerację, przynajmniej do wschodu słońca. Bez względu na to, czy rzuci Pani swojego męża, czy rzuci śrubą – najpierw proszę rozważyć pomysł o dobrowolnym uczestniczeniu w życiu.

Strata

Szanowna Pani,

odeszłam. Tak po prostu. Siedziałam w biurze, gapiłam się w komputer, obok stała parująca filiżanka kawy. Bardzo zawsze lubiłam ten moment. Kończyłam jedną tabelkę, szłam zaparzyć kawę, przynosiłam kawę, dopisywałam ostatnie liczby i zanim zabrałam się za kolejną tabelkę – piłam kawę. Sama ze sobą. Gapiąc się za okno albo w monitor, jeśli ktoś mnie podglądał. Tym razem spojrzałam na kawę i była tam nie tylko kawa, ale cały świat. Moje palce, które sięgały po filiżankę, były żywe jak nigdy, filiżanka była żywa! Rozejrzałam się, jakbym rozglądała się pierwszy raz. Zauważyłam, że czegoś, kogoś tu brakuje. Trochę tak, jakbym siedziała w pokoju na zebraniu zespołu i nagle wszyscy wstają, wychodzą, zostaję sama. Tak się poczułam. Zauważyłam, że mnie nie ma, nie ma historii, tożsamości, wyparowałam. Och pamiętałam, jak mam na imię, pamiętałam, jak żyłam, ale już wiedziałam, że to nie ja żyłam, że to mi się żyło. I zaczęłam się śmiać, coraz głośniej i głośniej. Nawet kilka osób na mnie spojrzało, ale nie przejmowałam się, patrzyłam im w oczy, jakoś tak czule. Uśmiechali się i wracali do swoich zadań. Wszystko było takie, jak ma być, niczego nie musiałam, donikąd się nie śpieszyłam. W końcu sięgnęłam po kawę. Profesorowo – ten stan trwa już dobrych kilka dni. Chodzi mi się do pracy, wypełnia mi się tabelki, kładzie mi się spać, wstaje mi się, je mi się, żyje mi się. Nie ma ja. Nikomu nie mówiłam, bo nie wiedziałam jak ani po co. Zresztą przecież nic się nie stało. To, co zniknęło, to, co odeszło, było wymyślone, wyśnione, reszta pozostała taka, jak była. Jestem teraz. Pani to rozumie?

Bogna W. z Pilchowic, 47 lat, księgowa

Szanowna Pani,

nie wiem, czy to stan możliwy do zrozumienia, ale rozumiem Pani słowa. Uśmiechałam się, czytając Pani list, jakbym była filiżanką czarnej kawy. Pozwoliłam sobie czytać ten list powoli, a potem drugi raz, by poczuć miejsce, w którym Pani jest. Spojrzałam na moje palce skaczące po klawiszach klawiatury. Przestały być moje. Ktoś tutaj był i go nie ma. Komuś się wydawało, a to przecież była tylko opowieść. Tak, jest tylko teraz.

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii – Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce Moje wszystkie odpowiedzi.

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info