Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Berenika Steinberg

Rozmowy o pasterskim żywobyciu

Rozmowy o pasterskim żywobyciu

Wojewoda wołoski Józek Michałek wchodzi z aparatem fotograficznym w środek pędzącego stada owiec. Jest 29 września, góra Ochodzita w Beskidzie Śląskim. Silny wiatr, niebo błękitne. Z jednej strony widok na Koniaków, z drugiej – otwarta przestrzeń hali i ściana gór zasłaniająca horyzont. Gazdowie (właściele owiec – przyp. red) opierają się o niski płot z długich drewnianych bali. Juhas (pomocnik bacy – przyp. red) – stary Hucuł z kijkiem narciarskim i ze skrętem w ustach – kieruje owce do koszoru (przenośna zagroda – przyp. red.) i zamyka za nimi furtkę. Reszta juhasów czeka już przy strundze (otwór w koszorze, przez który przechodzą owce do dojenia – przyp. red.). Obok nich na ławce siedzi baca (główny pasterz – przyp. red) Piotr Kohut (szeroki góralski pas, druciane okulary, w ręku arkusze z imionami i numerami owiec) razem z gazdą Damianem.

fot. Berenika Steinberg
fot. Berenika Steinberg

– Jacka dajmy na niebiesko, Damiana na fioletowo, Marka na zielono.

– A Piotra?

– Na czerwono?

– Dobra, niech będzie.

Przez strągę przechodzi pierwsza owca.

– To Bera! – śmieje się młody juhas w dżinsach i w góralskim kapeluszu. – Dawaj czerwony.

– Oj, pomyliłem się, na zielono zrobiłem!

Baca Kohut wyjmuje z kieszeni składany nóż i pewną ręką ścina zieloną wełnę z głowy Bery. Przez płot przeskakuje siwy gazda z butelką gruszkówki i jednym kieliszkiem. Muszą policzyć około 500 owiec. Trzeba zaznaczyć, która do kogo należy, zanim zwierzęta wrócą do swoich właścicieli.

Rozważania przy liczeniu owiec

– Pasterstwo – mówi wojewoda Michałek – to wypas wspólnotowy. Ten, kto pasie, czyli baca, nie jest właścicielem owiec. Kilkunastu gazdów dało mu swoje owce, a on zajmuje się resztą. Wybiera sobie juhasów, pilnuje, żeby owce były bezpieczne, zdrowe, miały co jeść, robi sery. I wypasa na ziemi, która do niego nie należy. Ty myślisz, że Hala Barania albo Magurka, gdzie Piotr wypasa, należą do niego? A skąd! One mogą mieć nawet kilkunastu właścicieli. Więc na czym to wszystko się opiera? Na tym, że baca rozmawia z ludźmi. To jest istota naszego wołoskiego dziedzictwa. Jeżeli potrafię dogadać się z gazdami, a oni obdarzą mnie zaufaniem, to dadzą mi swoje owce. Jeżeli potrafię się dogadać z właścicielami – pozwolą mi wypasać. Do tego muszę być zaradny i produkować ser, żeby przeżyć resztę roku. I to wszystko właśnie jest pasterstwem. Tak to funkcjonowało od tysięcy lat. Nie zasoby się liczą, ale właściwe relacje międzyludzkie. Pasterstwo mówi nam, że lepiej być, niż mieć. Lepiej spędzać czas w dobrym towarzystwie, niż gromadzić złudne dobra.

Liczenie owiec, baca Kohut siedzi drugi od prawej (w góralskim kapeluszu)/ fot. Berenika Steinberg
Liczenie owiec, baca Kohut siedzi drugi od prawej (w góralskim kapeluszu)/ fot. Berenika Steinberg

Baca Kohut zaznacza coś na kartkach. Owca Bera wyrywa się, więc drugi chłopak przytrzymuje jej łeb między kolanami, a trzeci maże po nim farbą.

– Obojętne, czy człowiek ma owce, czy nie ma owiec, musi wybrać między postawą Kaina i Abla – mówi Kohut. – Abel, czyli pasterz, jest człowiekiem wolnym, nieprzywiązanym do ziemi. Granice tworzone przez własność nie mają dla niego znaczenia. A kiedy stajesz się Kainem: zagarniasz, dajesz się omamić posiadaniem, odgradzasz się od ludzi.

Jako ludzie wolni Wołosi nie czują się skrępowani granicami państw, uważają, że ich kultura rozciąga się na całe Karpaty: Od Polski przez Czechy, Słowację, Ukrainę, Rumunię aż po północną Grecję.

– Metsowo w północnej Grecji jest w całości wołoskie – opowiada Józek Michałek.

– 4 tys. mieszkańców, a owiec 20 tys.! Cała wioska, razem ze szkołą i z ośrodkiem zdrowia, idzie z owcami 250 km na miejsce wypasu, a potem z powrotem. Byłem tam i z nimi wędrowałem. Oni mają te same sery co my: wędzone, czyli odpowiednik oscypka. Potężne piękne sery, do metra wysokości. Dawniej robili bryndzę, spotkaliśmy nawet starego pasterza, który jeszcze znał to słowo. No, ale że to Grecja, to przeszli na fetę. A ostatni, trzeci ser, to ser wołoski. U nas się na niego mówiło stary, bo to ser dojrzewający. Można go dostać u Piotra albo u Tadeusza w Gorcach, albo właśnie w Grecji w Metsowie. Oni mają na tym serze piękną naklejkę „Wallachian cheese”. Co jeszcze... w Metsowie stare kobiety heklują koronki. Przywiozłem tego trochę do nas i 90% ludzi orzekło, że to koronka koniakowska. No, to takie podobieństwo, może przypadkowe.

Wspomnienie z międzynarodowego wypasu

Wołosi, chcąc pokazać wielki zasięg swojej kultury, wpadli na pomysł, żeby zrobić coś wspólnie – i, naturalnie, był to redyk, czyli wędrówka z owcami. O zasięgu międzynarodowym. O Grecję redyk nie zahaczył, ale objął Rumunię, Ukrainę, Słowację, Czechy i Polskę. Odbył się w 2013 r.

Te owce są już policzone/ fot. Berenika Steinberg
Te owce są już policzone/ fot. Berenika Steinberg

– Same przygotowania trwały trzy lata, ale już 10 lat wcześniej nawiązywaliśmy kontakty – mówi baca Kohut. – W Czechach mieliśmy znajomych pasterzy od lat, lecz w Rumunii trzeba było zbudować grupę od podstaw. Młodzi ludzie z Transylwanii od razu podjęli wyzwanie, wędrówka z owcami to część ich żywobycia.

Jak opowiada Kohut, nie wszystko szło gładko. Prawo i zasady weterynaryjne nie pozwalały przechodzić z owcami przez granicę, więc pierwsze 300 owiec było od pasterzy rumuńskich. To symboliczna liczba. W Rumunii śpiewa się, że „smutny baca, któremu zostało 300 owiec”. Bo u nich stada mają po 2, 3 tys. Zatem z tymi owcami redyk wystartował z Transylwanii.

– Była duża uroczystość, prawosławny pop poświęcił stado i ruszyliśmy – wspomina Kohut. – Jednocześnie zakupiliśmy tam kolejne 300 owiec, które tirem dojechały do Ustrzyk i czekały na nas przy granicy. Wcześniej była Ukraina, gdzie sytuacja okazała się dość skomplikowana. Mieliśmy sporo problemów z władzami, ale ludność nas przyjęła niesamowicie. Po stronie polskiej szliśmy z owcami, które, już zbadane przez weterynarza, czekały na nas w Ustrzykach. Podhale wpuściło nas na Krupówki, przeszliśmy przez parki krajobrazowe: Tatrzański, Babiogórski, Bieszczadzki, Magurski. To było symboliczne, bo kilkadziesiąt lat temu wygoniono stamtąd owce. Koło Kosarzysk przeszliśmy na stronę czeską, gdzie z kolei towarzyszyły nam owce kolegi, Michała Milerskiego – śląskiego górala z Beskidów Czeskich, zootechnika, który hoduje archaiczne owce, wałaszki. Redyk zakończył się w skansenie kultury wałaskiej w Rożnowie.

fot. Berenika Steinberg
fot. Berenika Steinberg

Przez cały czas z bacą Kohutem szło trzech pasterzy – jeden z Rumunii i dwóch Hucułów z Ukrainy. Po drodze dochodzili inni zaprzyjaźnieni bacowie, czasem sołtysi. Wszystko to działo się oddolnie, wyłącznie dzięki dobrej woli uczestników. Spali przy owcach, pod gołym niebem. Owijali się w duże kożuchy – jedną część kładzie się na ziemi, a drugą przykrywa. Jak padało, to kładli na kożuch folię.

– Mieliśmy propozycje ze stacji telewizyjnych, żeby zrobić show w odcinkach. Że niby zbójnicy nas napadają albo niedźwiedź. Wiadomo, atrakcja dla widza. Tłumaczyłem, że u nas nic takiego nie ma. Po prostu idą pasterze, owce się pasą i tyle. „A jakaś owca chociaż nogę złamała? Nie? Panie, to nic tam po nas”.

Dialog o serze i losie

Próbuję się dowiedzieć od Józefa Michałka, na czym właściwie polegają jego obowiązki wojewody wołoskiego, ale nie udaje mi się uzyskać konkretnej informacji. Rozumiem tylko, że godność ta nie ma nic wspólnego z władzą państwową, za to dużo z tradycją.

– Ostatnio mianowaliśmy nowego wojewodę na obszar Bieszczadów, potrzebowaliśmy tam takiego człowieka. I teraz jest nas chyba siedmiu. Najstarszy ma 90 lat. Mówię „wałaski”, ale to to samo co „wołoski”. W języku polskim od 1920 r. funkcjonuje słowo „Wołosi”. Z kolei w czeskim, morawskim, słowackim są „Wałasi” i na Śląsku Cieszyńskim też używamy tej formy. Tutejsze wsie do końca I Rzeczypospolitej funkcjonowały na prawie wołoskim związanym z wypasem wspólnotowym. To było prawo zwyczajowe, ustne. Ważną rolę odgrywali w nim właśnie wojewodowie wałascy, czyli, można powiedzieć, zwierzchnicy swojego ludu. Każdy reprezentował kilku czy kilkunastu baców i pośredniczył między nimi a władzą i właścicielami ziemi. To był dialog między centrum a peryferiami. Centrum – czyli wieś – było zależne od peryferii, czyli od bacy. Bo to on przynosił ser, a ser jest w górach jak chleb.

Stado na Ochodzkiej w Koniakowie. Rozsod u bacy Kohuta/ fot. Berenika Steinberg
Stado na Ochodzkiej w Koniakowie. Rozsod u bacy Kohuta/ fot. Berenika Steinberg

– To jest świadectwo naszego wołoskiego pochodzenia – wtrąca baca Kohut. – Bo przecież Słowianie to nie była kultura sera. Nawet dziś, jeśli pojedzie się gdzieś niżej i zapyta: jak się klaga ser, to ludzie nie rozumieją, nie potrafią zrobić sera podpuszczkowego ze świeżego mleka. Na dole mleko musi skisnąć i w ten sposób powstaje twaróg. W starych XVIII-, XIX-wiecznych opisach Wołosi czarują nad mlekiem. Tak więc była kultura sera i kultura chleba – tak to się dzieliło.

Michałek kiwa głową. – Konflikt między pasterzem a rolnikiem jest prastary – snuje opowieść wojewoda. – Zasadnicza sprawa w kulturze pasterskiej jest taka, że do człowieka nic nie należy. Pasterz pasie nie swoje owce na nie swojej ziemi. Całość jego bytu opiera się na relacjach międzyludzkich. Wędruje i tylko od tego, jak się z ludźmi dogada, zależy, gdzie dalej pójdzie. A rolnik obsiewa. Kiedy udomowił zboże, zaczął gromadzić dobra. Budował spichlerze, ogrodzenia, wiązał się z konkretną ziemią, której zaczął bronić. A pasterz przychodził i odchodził. Własność prywatna nie ma dla niego aż takiego znaczenia. Bo do człowieka i tak nic nie należy. I tak nic po nim nie zostanie. Ziemia do mnie nie należy, dziecko do mnie nie należy. Nawet moje życie do mnie nie należy.

Ulubioną książką Józefa Michałka jest rumuńska epopeja Mioriţa. – To utwór pasterski – opowiada – mioriţa znaczy jagniątko. Tam jest wyraźnie pokazane, że nic do człowieka nie należy. Dwóch pasterzy postanawia zabić trzeciego i jagniątko go ostrzega. I on nie ma zamiaru uciekać ani się bronić. Dlaczego? Ano właśnie! To nie jest tam wytłumaczone, tylko pokazane. Po prostu nie ucieka przed swoim losem, godzi się ze śmiercią. Nie wiem, czy się czuję potomkiem Wołochów, ale Mioriţę doskonale rozumiem.

Juhas (Hucuł z Ukrainy) na Ochodzkiej... /fot. Berenika Steinberg
Juhas (Hucuł z Ukrainy) na Ochodzkiej... /fot. Berenika Steinberg

– W naszej religii mamy historię żydowską, czyli Stary Testament – mówi baca Kohut. – Myślę, że to najstarszy rdzeń tej idei ślebodnej, czyli wolnego postrzegania Boga. Ale jeśli człowiek ma wiarę w sobie i reaguje na to, co się dzieje, to nie potrzebuje religii. Pasterz może czytać z wiatru, ze słońca, z tego, co dał Bóg. Można patrzeć i nie widzieć, a można patrzeć i dostrzegać. Wcale jednak nie twierdzimy, że jesteśmy święci czy bez grzechów, o nie! Charakter bacy to coś na krawędzi: między białym i czarnym, dobrem i złem, przestrzenią ziemską a nadprzyrodzoną.

– I oczywiście ta laska pasterska jest ważna, ona jest symbolem prawdy – dodaje jeszcze Michałek – bo do prawdy można tylko dochodzić.

Przerwa na imprezę – hej, hej, hej!

31 września, gmina Istebna, rozsod (zakończenie letniego wypasu, czyli redyk jesienny. Tradycyjnie na św. Michała – przyp. red) na Stecówce. Przyjechała nawet telewizja. Rozstawiła się przy wejściu do gospodarstwa i zabrania parkować przed kamerami: „Musimy mieć dobre ujęcie, jak będzie szedł z tymi owcami”. Na razie wszyscy czekają, nawet burmistrz Wisły. Jest piwo, w garnku grzeje się gulasz z baraniny, trzech starych górali śpiewa: „Heeeeej! Owce, moje owce, niek wos pasie fto fce. Jo wos paś nie bede, bo sie zyniył bede”.

– Czuje się pan Wołochem? – zagaduję gazdę z wąsami.

– Oczywiście. Ja z Wisły jestem, u nas to większość pochodzenia wołoskiego. Jak byliśmy z żoną w Chorwacji, bez problemu dogadywaliśmy się naszą wiślańską gwarą.

– Bo Wołosi to z Dacji przyszli – wtrąca kobieta obok.

– Z Dalmacji – poprawia ją gazda.

„Idą!” – krzyczy kamerzysta. Miejscowy muzyk Zbigniew Wałach z kapeli Wałasi zaczyna dąć w pasterską trombitę, obwieszczając przybycie stada. Po asfaltowej drodze wspina się baca Kukuczka. Za nim owce, które przy skręcie na podwórze biorą rozpęd i wbiegają między oczekujących. Chyba nie spodziewały się takiego powitania, bo próbują schować się za stodołę. Ale Kukuczka z Michałem Milerskim zgrabnie przepędzają je do koszoru. „Witajcie! – krzyczy Kukuczka zza drewnianego ogrodzenia, a Milerski podstawia mu mikrofon. – Na taką imprezę się nie zaprasza, ale się przychodzi. Owce rozsodzone, hej, hej, hej!”. „Hej, hej, hej!” – odpowiada mu reszta i Wałasi zaczynają grać. Do koszoru wbiega wojewoda Michałek i fotografuje całą grupę na tle stada. Kukuczka polewa chochelką czerwoną wódkę, Zbigniew Wałach dmucha w gajdy śląskie.

Opowieść o owcach wałaszkach

– U siebie, w Czechach, mam 150 owiec wałaskich – mówi zootechnik Michał Milerski. – Przy skórze ich wełna jest delikatna, jak merynosowa. Tę warstwę przykrywają długie grube włosy, jak szyndzioły (gont – przyp. red.) na strzechach góralskich. I deszcz nic takiej wałaszce nie zaszkodzi, spływa po niej jak po dachówkach. W drugiej połowie XX w. wełna była produktem strategicznym, każda owca musiała mieć wełnę określonej jakości. A wełna wałaszek nie bardzo odpowiadała tym normom. Więc sprowadzano z Zachodu teksle i linkolny i rozpoczęto krzyżówki. To się nazywało „proces uszlachetniania”. Przez to charakter wałaszki stopniowo zanikał, zresztą u was to samo stało się z caklem podhalańskim. W latach 80. mojemu koledze ze Starych Hramów udało się uratować ostatnie trzy barany i pięć owiec. I z tej grupy mamy teraz około tysiąca maciorek. Uratowaliśmy tę rasę. A była bardziej zagrożona niż tygrys sumatrzański!

... i jego owce/ fot. Berenika Steinberg
... i jego owce/ fot. Berenika Steinberg

Przynajmniej raz do roku trzeba owce strzyc, po prostu ze względu na ich dobrostan. Ale, niestety, dziś z wełny wałaszek robi się jedynie izolacje do drewnianych domów. Albo takie góralskie portki, które mam na sobie. Jest tak ostra, że rani palce tym, którzy ją przędą. Kiedyś za kilogram można było dostać nawet 250 koron, czyli 150 piw. Dziś za kilo wełny to jedno piwo człowiek kupi. A ten strzygacz, co mi owce strzyże, to wypije w tym czasie półtora. Więc na wełnie to właściwie jesteśmy stratni.

– To jak zarabiacie?

– Głównym produktem jest u nas mięso. W Polsce jest z tym problem, bo zwierzę trzeba wieźć do ubojni kilkadziesiąt kilometrów, później ono czeka na ubój i gospodarz odbiera je dopiero po paru dniach. U nas to rozwiązano w ten sposób, że wprowadzono coś, co się nazywa „doczasne hospodarstwi”, czyli gospodarstwo tymczasowe. Sprzedaję klientowi żywą owcę i on ma obowiązek ją do siedmiu dni zużytkować. Może sam ją zabić, a może poprosić o pomoc mnie. A dla owcy najlepiej jest, jak ją zabije jej hodowca. Bo dla niej istnieje tylko moment teraźniejszy. Owca idzie za mną, ja dziękuję jej za to, że z nami była, i kiedy ogłuszam ją pukawką, to ona ani lęku nie odczuwa, ani ją nic nie boli. Po prostu film jej się urywa.

– Czy jest pan spadkobiercą Wołochów?

– Tu nie chodzi o żadną spuściznę. To stale trwa, żyje. My jesteśmy kontynuatorami tej tradycji pasterskiej. Więc tak, ja jestem góral, Wałach, bo pasę owce. A kim się czuję? Człowiekiem. Bo przecież przynależność etniczna zawsze była określana przez innych. Przyszedł ktoś i powiedział: o, ten się różni ode mnie, mieszka w górach, więc nazwijmy go góral. A ja tu stela, czyli stąd.

Pogawędka z bacą Szczechowiczem

Soblówka, żywiecka strona Beskidów. Od 44 lat, w kwietniu baca Tadeusz Szczechowicz prowadzi tu z Zakopanego stado owiec. I każdego października wraca z nimi na Podhale. Droga w jedną stronę zajmuje pięć dni, baca z juhasami nocuje wtedy w zaprzyjaźnionych gospodarstwach. Aby dostać się do jego bacówki, trzeba uważać, żeby nie poślizgnąć się na wystających korzeniach drzew. Z cienia wychodzi się na polanę ze wszystkich stron otoczoną lasem.

fot. Berenika Steinberg
fot. Berenika Steinberg

– Dzień dobry, panie baco. A gdzie owce? 

– Na dole, pasom sie.

– Same? 

– No nie same! Juhas musi być! 

– Ilu gazdów panu dało owce? 

– Moze dziesiyńci, moze piytnostu. 

– To ile ich w stadzie macie?

– Moze być siedymset. Moze być piyńćset. Dokładnie sie baca nigdy nie przyzno, około sie godo. A moze seśćset? Zyntycki (serwatka z owczego mleka– przyp. red.) sie pani napije? Słodkiyj świyzutkiyj cy kwaśnyj? 

– Kwaśnej chętnie. A na noc owce tutaj przychodzą? 

– Róźnie. Momy se takie kosory i tam tyz nocujom. 

– A pan gdzie? 

– A jo przy owieckak. Nie podobo mi sie to, bo bacowie nigdy przy owcak nie nocowali, jo juz sie najuhasiył. Ale syna mi skoda, bo on kozdy dziyń pasie. No to w nocy musym pilnować owiec. W dziyń se casym zdrzymne na kwilecke. Teroz tuz zek myśloł, ze legnym na pół godzinki, ale pani przyszła. No i co? Ni ma! 

– To czemu drugi juhas spać przy owcach nie może? 

– Pani, tu trzeba cłowiyka twardego. Jak wilk przydzie, to owiecki drgnom malućko i juz trzeba hipnonć, pieski choćkie zascekajom, ale trzeba być w pogotowiu. Ocka niby zamkniynte, ale syćko słyse. Jak zajonc pod jałowcym. 

– I co pan robi, jak wilk zaatakuje? 

– Choćby mnie wilk zezar, to jo lecym owce bronić! Wtedy sie cłowiyk nie boi. Lampke mom, petardke mom, to se strzelym. Ciupazke se mom takom, wiycie, jak górole. Zebym jo nie zgrzysył, to tak z 50 roków te ciupazke juz mom. Patrzcie, jako zaweyndzono, niecysto juz. Co, wilka byk niom nie zabiył? 

– Ta ostra część to jak siekiera? 

– No nie, tympo przeciez. Nie wiym, cy by pani głowe obciyno. Ha, ha, dobre! 

– W tym roku zjadło jakieś owce? 

– Na razie spokojnie. Ale nieroz wilka przepyndzołek, nieroz koło mnie skocył, owce łapiył. Pani, jo juz w rokak 50. po Bieszczadak z owcami chodziył. 

– A niedźwiedzia pan kiedyś spotkał? 

– To było jakoś przed rokiem 80., w nocy. Niedaleko, na Rycyrzowyj. Trzy świnie mi zabiył. 

– Świnie? To co pan miał w końcu? 

– Przy owcak jo społ, a świnie jo mioł w chlywku. Tu tyz se chowom świnki, jako pani myśli? Na miysko, a co jo w zime bede jod? Tam za potockiym som. Przy sałasie ni mogom być blisko, bo cuć niefajnie. I wtedy przed tym 80. zacyny kwiceć, my przylecieli, pies odegnoł niedźwiedzia, ale juz za późno było. 

fot. Berenika Steinberg
fot. Berenika Steinberg

– A ile razy dziennie owce doicie? 

– Teroz dwa, ale do sierpnia trzy. Po wykotak som, to wiyncyj mlyka majom, a potym zasychajom. Jest takie przysłowie, wiecie, bacowskie: „Świynty Jon biere mlyka zwon, świynty Jakub – kup”. 

– Ile tego mleka się dziennie wydoi? 

– Tajemnic sie nie zdradzo, pani. A bo jo wiym, kielo? Kielo dadzaom. Zolezy, jako juhas wypasie. Za dwa dni to bedziymy ino roz dziennie doić, bo juz ni ma z cego. Juz oscypecków nie bedzie, pani, pod Gubałówkom. A wiecie co, przekupki ze Zokopanego majom całom zime oscypki owce, nie? No przecie! 

– A jak się pan z gazdami rozlicza? 

– My im wyposomy owiycki, tak ze no. Co udojym, to moje. 

– I pieniędzy między wami nie ma? 

– Ni ma, ni ma. Telo, co jo se ugospodarze, pani, z tyk owiecek. I muse pasterzy wypłacić z tego i pastwiska jesce. 

– Ile kosztują takie pastwiska? 

– Nie jest tak źle. Tu ludziska fajne, nie gospodarzom, ale cosik kozdemu trzeba dać – po oscypecku, syrecka kawołecek. 

– A jak pan owcę straci, to jak pan się z gazdą rozlicza? 

– Odpowiadom ino, jak ni ma śladu po niyj. Wtedy płacym albo swojom owce oddajym. Ale jak skórka spadnie i ślad zostaje, bo kulcykowane som, to ino kulcyk oddajym. 

– Skórka spadnie? 

– No, a jako pani myśli? Pani tyz nie bedzie stale, musi kiesi... Jo tyz musym kiesi umrzeć, nie? 

– A płakał pan kiedyś po owcy? 

– Nieroz. Jesce jak jakosi ulubienica była. Ale o tym skoda godać. 

– A jakie one mają charakter? 

– Rózny. Tak jako i ludzie. Som takie owiecki, pani, co piyrse do dojynio fcom iś. A som i takie, co uciekajom, kopiom. Opowiym wom takom opowiastke. Juhasi dojom, nie? I jedyn juhas klon se łacinom. Nadsed ksiondz i go tak słucho, i godo tak: „E, chłopce, chłopce, Pon Jezus tyz pos owiycki, ale nie bluźniył tak”. A tyn mu na to: „E, ku..., ale ik nie dojył!”. 

– Świetne! 

– Podźcie do sałasu, oscypecka dom poprógować. O, tu mój syn w nocy śpi. 

– Nie szczypią go oczy? 

– W nocy to sie lekućko poli, bez dymu, ino zeby watra (ognisko w bacówce – przyp. red.) cały cos była. 

– Ile baranów w stadzie macie? 

– Moze dziesiyńć, dwanoście. Tak koło tego. Ponad dziesiyńć. 

– I już zapładniają? 

– No, od 10 sierpnia, wtedy my ich wpuściyli. Pote sezon na jagniynta – wykoty. Musimy sie podporzondkować tradycji, nie? 

– A kiedy owce liczycie? 

– Osod (zakończenie letniego wypasu, czyli redyk jesienny. Tradycyjnie na św. Michała) to po Świyntym Michale, juz w Zokopanym. Jest tako śpiywka, pani. Zaśpiywać? „Owiecki, owiecki, teroz zeście moje. Przydzie Świynty Michoł, kozdy weźnie swoje”. Ale my dopiero koło 10 października będziymy wracać. I wtedy do kosorków weźniymy owiecki i kozdemu gazdowi sie odlico, syćko jednego dnia. Mom taki zesyt, co na wiesne notowołek, cy piyńćdziysiont, cy seśćdziysiont – jo sie z tego muse, pani, obowionzać, jako pani myśli? 

– Czuje się pan Wołochem? 

– Az tak to nie. Jo górol spod Gubałówki, to jo sie cujym prowdziwym górolym, a nie Wołochym. 

– Lubi pan tę robotę? 

– No kiebyk nie lubiył, tobyk tu nie siedzioł. Takie powołanie miołek, co robić. Słabo sie ucyłek, głowa nie pracowała, ino rynce. Tata bacom nie był, ale po polak chodził. W Chochołowskiej Dolinie pos krowy i jo przy nim tyz, osiem roków miołek, jak zaconek. 

– A jak pan wykonuje ten zawód, to czuje się pan wolny? 

– Wolny i wesoły! Jezus Maria, jak mnie to ciesy! Od kwietnia jo w doma nie był, ni mom telefonu, komórki, nic. Widzi pani te góry, te lasy? 

– No. 

– Syćko moje! 

Konsultacja dialektologiczna
Jakub Ścisłowicz

Data publikacji: