pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

 

Halo, tu "Przekrój", Twoja lektura na jesienne dni, a w niej wszystko: od literatury po rozrywkę. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe, więc nie zwlekaj dłużej!

Kup numer jesienny

Jesienią działaj z głową. Jesienny numer kwartalnika możesz zamówić z dostawą do domu i w zestawie z zeszytem krzyżówek. Przesyłki na terenie Polski są (nadal!) darmowe.

Kup numer jesienny z krzyżówkami
Przekrój
Przegląd wiadomości ze świata sportu przygotował
2020-03-20 10:00:00
kultura fizyczna

Rozmaitości sportowe – 2/2020

Rozmaitości sportowe – 2/2020
Czyta się 12 minut

Wszystkie kolory maratonu

Spalił 1,5 mln kalorii, przebiegł ponad 8,2 tys. kilometrów, odbył 420 lotów, spał w 129 łóżkach, zapełnił 10 paszportów i wyrobił 110 wiz. Jesienią Nick Butter został pierwszym sportowcem, który ukończył maratony we wszystkich krajach należących do ONZ. I to w zaledwie półtora roku, co daje niesamowitą średnią trzech maratonów tygodniowo. „Wyglądało to tak: po biegu w Iranie poleciałem do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, gdzie miałem przesiadkę do Ugandy, skąd udałem się do Rwandy. Podróż skończyłem w Zambii o godz. 3.00 rano. Kilka godzin później przebiegłem maraton, następnego dnia poleciałem na kolejne zawody do Malawi” – opowiadał Brytyjczyk. Ta historia zaczęła się w styczniu 2018 r., gdy jego przyjaciel Kevin Webber zachorował na raka prostaty. 30-letni Butter zwolnił się z banku i ruszył w świat, by wesprzeć fundację Prostate Cancer UK. W sumie zebrał około 250 tys. funtów. „To było niesamowite doświadczenie, nie mógłbym sobie wyobrazić wszystkiego, co mnie spotka” – mówił Butter. W Nigerii został postrzelony, w Tunezji zaatakowały go dzikie psy, w Syrii przebiegał przez strefę wojny. Finiszował na Stadionie Olimpijskim w Atenach, gdzie zaczęła się historia maratonu. Tam dołączył do niego Webber. Osiągnięcie ma szansę przetrwać próbę czasu, bo Brytyjczyk się zabezpieczył: ukończył maratony nie tylko w 193 krajach zrzeszonych w ONZ, lecz także w państwach obserwatorach (Watykan, Palestyna) oraz na terytoriach, które mają nadzieję wybić się na niepodległość (Hongkong). W sumie uzbierało się 211 miejsc.

Brytyjki wolą oddzielnie

Z zasady nie popieramy idei drużyny Wielkiej Brytanii – ogłosiła szkocka federacja piłkarska i tym samym zapowiedziała awanturę przed sierpniowymi igrzyskami olimpijskimi w Tokio. Problem zaczyna się od tego, że wyspiarze piłkę kopią oddzielnie: w reprezentacjach Anglii, Szkocji, Walii oraz Irlandii Północnej. Na igrzyskach kraje Zjednoczonego Królestwa występują natomiast w drużynie Wielkiej Brytanii. Tak jest od zawsze (czyli od 1896 r. i początku nowożytnych igrzysk) i – biorąc pod uwagę przywiązanie sportowego świata do tradycji – tak zostanie. Większości dyscyplin to zresztą nie przeszkadza, ale futbol jest bombą, która co cztery lata może wybuchnąć. Zazwyczaj kończy się na strachu, bo reprezentacje z Wysp nie kwalifikują się na igrzyska. Tym razem angielskie piłkarki zajęły jednak czwarte miejsce na ubiegłorocznym mundialu i wywalczyły miejsce w olimpijskim turnieju. Tokio przyjmie je, rzecz jasna, ale pod warunkiem, że do Japonii przyjadą jako Brytyjki, razem z koleżankami z pozostałych krajów UK. Z tego rozwiązania zadowolone są jednak tylko Angielki. Pozostałe federacje nie zabronią zawodniczkom udziału, ale też nie kiwną palcem, by pomóc brytyjskiej drużynie. Już wiadomo, że pokieruje nią selekcjoner Angielek Phil Neville i będzie musiał ją oprzeć na rodaczkach. Tak samo było w 2012 r., gdy igrzyska odbywały się w Londynie, a gospodarze musieli wystawić drużyny we wszystkich konkurencjach drużynowych. W 18-osobowej kadrze piłkarek zmieściły się wówczas dwie Szkotki i 16 Angielek.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Gambia też chce na lód

„Cześć! Nazywam się Amadou Krubally. Marzę o tym, by Gambia zadebiutowała na zimowych igrzyskach olimpijskich w Pekinie w 2022 r. Wybrałem skeleton, który polega na zjeżdżaniu lodową rynną głową w dół, leżąc na desce” – tak zaczyna się wiadomość w portalu GoFundMe. Celem akcji jest zebranie 15 tys. franków szwajcarskich na przygotowania i starty przed chińskimi igrzyskami. Położona na zachodzie Afryki dwumilionowa Gambia, na mapie wyglądająca jak wąż wciśnięty w Senegal, na letnie igrzyska wysyła sportowców od 1984 r., nigdy nie zdobyła jednak medalu – w 2016 r. skleciła zaledwie czteroosobową reprezentację na igrzyska w Rio de Janeiro. Problemem są pieniądze. Gambia należy do najbiedniejszych krajów kontynentu, płaca minimalna wynosi tam zaledwie 1,13 euro dziennie. Gdyby Krubally’emu się udało, kolejny tropikalny kraj zostałby dopisany do uczestników zimowych igrzysk. Jamajskich bobsleistów wszyscy pamiętają, ale na śniegu albo lodzie rywalizowali także erytrejski alpejczyk, etiopski biegacz narciarski, ghański skeletonista i nigeryjska załoga bobsleistek. W sumie z 206 krajów zrzeszonych w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim na zimowe igrzyska dojechało już 110. Krubally nie jest bez szans, by się zakwalifikować, bo olimpijskie władze mają pulę miejsc dla zawodników z krajów, które zaczynają angażować się w zimowe dyscypliny. „Wspomóżcie szalony pomysł szalonego człowieka, uprawiającego szalony sport tylko po to, by jego kraj wziął udział w zimowych igrzyskach. Pomóżcie mi napisać historię!” – kończy Gambijczyk.

Kiedy sędzia upokarza

„Masz nienaturalną fryzurę” – obwieścił sędzia Alan Maloney 17-letniemu zapaśnikowi Andrew Johnsonowi tuż przed początkiem walki na zawodach szkolnych. Syn Portorykanki i Afroamerykanina nosił dredy, na głowie miał ochraniacz przypominający słuchawki. Arbiter – biały, co dla tej historii nie jest bez znaczenia – uznał, że to za mało, zagroził, że nie dopuści do walki, jeśli zapaśnik nie założy nakrycia głowy, pod którym schowa włosy. Trenerzy takiego kasku nie mieli – żeby wyjść na matę, Johnson poprosił o ścięcie dredów. Maloney kazał się śpieszyć, brakowało czasu, by przenieść się do szatni, więc trenerka ostrzygła zawodnika w hali, na oczach dziennikarzy, kibiców i innych zapaśników. Johnson wygrał walkę, ale gdy filmik z wydarzenia wylądował w Internecie, wybuchł skandal. Szkoła Johnsona zaczęła bojkotować zawody prowadzone przez Maloneya, opinia publiczna uznała jego zachowanie za rasistowskie. Według przepisów włosy zawodnika nie mogą zasłaniać uszu, czoła i szyi. Dredy Johnsona mieściły się w tych widełkach, arbiter powoływał się na fragment przepisu mówiący, że „fryzura mu­si znajdować się w stanie naturalnym”. Innym sędziom dredy za­wo­d­nika jednak nie przeszkadzały. Gdy Komisja Praw Człowieka stanu New Jersey uznała zachowanie Maloneya za dyskryminujące, sportowe władze zdyskwalifikowały go na dwa lata, wykreśliły z regulaminu zdanie o „naturalnym stanie fryzury” i zorganizowały szkolenia dla arbitrów. Maloney miał już za sobą incydent rasistowski: kilka lat temu w czasie sprzeczki obraził czarnoskórego sędziego.

Tenisowy bad boy

Kiedy będziecie czytali ten numer „Przekroju”, poniższe wyczyny Nicka Kyrgiosa pewnie zostaną czymś przykryte. Na pewno wywinie coś nowego, powie coś głupiego. Inaczej nie umie. Dla porządku: ma 25 lat, w najlepszym momencie zajmował 13. miejsce w światowym rankingu tenisistów. W sumie wygrał sześć turniejów, w wielkoszlemowych nigdy nie przebrnął ćwierćfinału. Eksperci są jednak zgodni, że ma możliwości, by dołączyć do ścisłej światowej czołówki. Problem polega na tym, że Kyrgiosowi nie zawsze się chce – przyznaje, że obija się na siłowni, powinien więcej ćwiczyć na korcie i przede wszystkim zatrudnić trenera, który zagoniłby go do pracy. Nie robi tego, bo jego metody wystarczają, by bardzo dobrze żyć, grać w największych turniejach, czasami zmierzyć się z Rafaelem Nadalem, czasami z Nowakiem Dźokowiciem. W 2019 r. Australijczyk podniósł z kortu 1,3 mln dolarów. I to mimo że zdarza mu się „zapatrzeć na jakąś dziewczynę na trybunach i stracić koncentrację”; odpuszczać mecze, gdyż ma akurat ochotę porobić coś innego („to tylko tenis”); w trakcie turniejów balować do późna w pubie. Jeszcze gorzej jest, gdy mu zależy. Wtedy kłóci się z sędziami, obraża i prowokuje rywali (informując, z kim spała ostatnio ich partnerka), kiedyś w ataku szału rzucił na kort plastikowe krzesło. Jesienią narozrabiał tak bardzo, że zapłacił 138 tys. dolarów grzywny i został zawieszony na 16 tygodni. To kara za rozwalenie dwóch rakiet podczas turnieju w Cincinnati, zwyzywanie sędziego oraz nazwanie tenisowych władz „skorumpowanymi”.

zdjęcie: Mark Kolbe/Getty Images
zdjęcie: Mark Kolbe/Getty Images

Piłka znaczy bałagan

PZPN miał niegdyś wizerunek stajni Augiasza, ale nawet w najciemniejszych czasach nie doprowadził do takiego bałaganu jak działacze z Indii. Wszystko zaczęło się od chciwości. W 2010 r. firma IMG-R za 155 mln dolarów kupiła na 15 lat prawa telewizyjne, reklamowe, marketingowe do indyjskiego futbolu. Cztery lata później wystartowała Indian Super League – rozgrywki ligowe oparte na amerykańskich wzorcach (bez spadków i awansów, z kończącą sezon fazą play-off), w których brały udział kluby stworzone specjalnie na tę okoliczność. IMG-R produkt świetnie opakowała, zaplanowała mecze w prime time, sprzedała prawa do transmisji na całym świecie (w Polsce mecze pokazywał Eurosport), kusiła gwiazdami drugiej świeżości – do Indii przybyli dobijający do czterdziestki (albo nawet starsi) byli mistrzowie świata Alessandro Del Piero (Włochy), Joan Cap­devila (Hiszpania), David Trezeguet (Francja). Sukces był gigantyczny: w inauguracyjnym sezonie na mecze przychodziło średnio 26 tys. widzów, na Kerala Blasters – 49 tys. Super League jest jednak tworem sztucznym, nieuznawanym poza Indiami. Za mistrzów kraju wciąż uważa się najlepszą drużynę założonej w 2007 r. I-League. Ona nie jest tak bombastyczna, mecze gra w dni powszednie, ale za to jej przedstawiciele reprezentują Indie w rozgrywkach kontynentalnych. Słowem, w Indiach istnieją dwie pierwsze ligi. Władze azjatyckiego futbolu od lat domagają się posprzątania tego bałaganu, stworzyły nawet „mapę drogową”, która miała połączyć rozgrywki. Dziś wiadomo tyle, że nie uda się to przed sezonem 2024/2025.

Kanciarz na szachownicy

Mocno siwiejący mężczyzna w okularach i niebieskiej koszuli siedzi na zamkniętym sedesie w toalecie. Chyba ma czas, bo ulokował się wygodnie, założył nogę na nogę i sprawdza coś w smartfonie. Tak wygląda zdjęcie, które skończyło karierę Igorsa Rausisa i bajkę o tym, że w szachach wiek nie gra żadnej roli. 58-letni zawodnik urodził się na Ukrainie, grać uczył się na Łotwie, potem reprezentował Bangladesz, a ostatnio Czechy. Arcymistrzem został już w 1992 r., ale największą sławę zyskał po 50. urodzinach. Niespodziewanie zaczął się wspinać w rankingu, w sześć lat poprawił się o 200 pkt, zbliżył się do poziomu 2700 pkt oznaczającego „superarcymistrza” (Magnus Carl­sen, najlepszy szachista na świecie, ma 2872 pkt). Nie chodzi o wyniki, lecz o to, że Rausis zaczął rozkwitać, gdy powinien gasnąć. Szachy są dla młodych, po pięćdziesiątce zawodnicy zazwyczaj z trudem bronią rankingu, to nie jest dyscyplina, w której można liczyć na drugą młodość. Także dlatego władze zaczęły się uważniej przyglądać Rausisowi. „Dziwi mnie tylko to, że został przyłapany tak późno. Trzeba być kompletnie naiwnym, by wierzyć, że w jego wieku można się aż tak poprawić” – mówił angielski szachista Daniel Gormally, gdy Łotysza przyłapano na korzystaniu z telefonu podczas turnieju w Strasburgu. To surowo zabronione, nie ma znaczenia, co zawodnik na nim sprawdzał. Kluczowe jest to, że ukrył aparat w toalecie, a potem z niego skorzystał. Rausis przyznał zresztą, że pomagał sobie aplikacją szachową. Gdy wybuchł skandal, błyskawicznie zakończył karierę.

Igrzyska? Ratuj się, kto może!

Wiadomo, że od organizacji igrzysk trzeba trzymać się z daleka. Że niezależnie od wersji – letniej czy zimowej – generują one gigantyczne koszty i nie dają nic w zamian (a jeśli dają, to bonzom z Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego). Że zostają po nich – to termin ukuty przez Anglosasów – „białe słonie”, czyli nieprzydatne obiekty, do których trzeba dokładać. Że publiczność coraz częściej odrzuca w referendach goszczenie igrzysk. Ostatnio okazało się, że wtedy jest już za późno, by zupełnie wyeliminować koszty. Szwajcarzy, którzy wycofali się rok przed wyłonieniem gospodarza zimowych igrzysk w 2026 r., policzyli, że kandydatura Sionu pochłonęła aż 6,3 mln dolarów. Bo wniosek do MKOl-u sam się nie napisze, a strona internetowa sion2026.ch (dziś już nie działa) sama nie postawi. Jeszcze gorzej na zainteresowaniu tymi samymi igrzyskami (ostatecznie odbędą się w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo) wyszli Kanadyjczycy – w utrąconą w głosowaniu powszechnym kandydaturę Calgary wpakowali 12,2 mln dolarów. Nawiasem mówiąc, wygląda na to, że starania o igrzyska stają się coraz droższe. Zanim mieszkańcy Krakowa sprzeciwili się w referendum pomysłowi organizacji zimowych igrzysk w 2022 r., miasto wpakowało w projekt około 2,85 mln dolarów (11 mln zł). Przy budżecie igrzysk, liczonym w miliardach dolarów, to grosze, ale wychodzi na to, że mieszkańcy powinni bić na alarm i przykuwać się do kaloryferów w ratuszu, gdy tylko usłyszą, że jakiś polityk rzuci pomysł organizacji IO w ich mieście. Potem mogą już tylko liczyć straty.

Klimat zmienia sport

Na bieżniach, stadionach i boiskach też widać kata­strofę klimatyczną. Mniej niż rok przed startem igrzysk w Tokio MKOl zdecydował, że maratony kobiet i mężczyzn oraz chody sportowe nie odbędą się w stolicy Japonii, tylko w położonym 800 km na północ Sapporo. Powód? Przekraczające 30° temperatury i olbrzymia wilgotność. Gospodarzom pomysł w ogóle się nie spodobał, oni kochają maratony, zrobili bardzo dużo, by odbyły się na ulicach Tokio. Przygotowali system chłodzący, na który składają się dmuchawy i zraszacze, proponowali też, by rozpocząć konkurencje wcześ­niej, np. o godz. 5.00 rano, by uniknąć upałów. „Gdzie tu konsekwencja? Wszyscy widzieli, jakie mamy temperatury już w 2013 r., gdy zostawaliśmy gospodarzami igrzysk” – mówiła gubernatorka Tokio Yuriko Koike. Wygląda jednak na to, że MKOl przestraszył się po ostatnich mistrzostwach świata w Dosze. Choć w Katarze maratony zaczynały się po północy, temperatura grubo przekraczała 30°, a zawodniczki i zawodnicy padali jak muchy – do mety dotarło tylko około 60% startujących. Szef MKOl-u Thomas Bach musiał uznać, że z takich obrazków nie może wyniknąć nic dobrego. Dlatego niewykluczone, że program igrzysk czekają kolejne zmiany, przeniesienia konkurencji domagają się bowiem pływacy długodystansowi. Argumentują, że 10-kilometrowy wyścig w Zatoce Tokijskiej może okazać się niebezpieczny – ostatniego lata w rekordowym dniu woda miała 30,5°, zaledwie 0,5° mniej od granicy, po której przekroczeniu zawody nie mogą się odbyć.

Ile mierzy gigant?

Nie musi nawet podskakiwać, by włożyć piłkę do kosza – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ale ile mierzy Tacko Fall, do końca nie wiadomo. Senegalczyk ma 24 lata, od ośmiu lat mieszka w USA. Po przyjeździe trenował piłkę nożną, koszykówką zainteresował się późno. Latem zgłosił się do draftu, czyli naboru, w którym kluby NBA zatrudniają najlepszych zawodników drużyn uniwersyteckich. Nikt nie był nim zainteresowany, ale nie odpuścił, wyprosił testy w Boston Celtics. Kiedy zaczął grać w przedsezonowych sparingach, wywołał sensację. Błyskawicznie stał się ulubieńcem kibiców i zasłużył na kontrakt (jak na standardy ligi koszykarskich milionerów skromny – 80 tys. dolarów rocznie). Wtedy jeszcze wydawało się, że Fall w butach mierzy 231 cm, czyli tyle, ile najwyżsi zawodnicy w historii NBA: Rumun Gheorghe Mureșan i Sudańczyk Manute Bol. Jeśli Senegalczyk podniesie ręce, sięgnie 311 cm, jeśli je rozłoży, od palca do palca wyjdzie 250 cm. Przed sezonem władze NBA nakazały jednak ponowne mierzenie zawodników i okazało się, że bez butów Fall ma zaledwie 226 cm. To znaczy oficjalnie, bo zawodnik z wynikiem się nie zgadza – twierdzi, że na bosaka jest ponad 2 cm wyższy. To o tyle istotne, że nowy pomiar zepchnął go dopiero na 8. miejsce wśród najwyższych koszykarzy w historii NBA oraz pogorszył współczynniki w grze NBA 2K20. Debiut w najlepszej lidze świata Fall ma już za sobą, ale w Bostonie gra mało, co chwila jest podnajmowany do Maine Red Claws występującego w NBA G League, czyli lidze rezerw klubów NBA.

zdjęcie: Maddie Meyer/Getty Images
zdjęcie: Maddie Meyer/Getty Images

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!