Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
ludzie listy piszą
Robert Rient

Przekroczenie, siostra, przyjaciele

ilustracja: Karyna Piwowarska
Przekroczenie, siostra, przyjaciele
Przekroczenie, siostra, przyjaciele

Jak przestać wszystkich kontrolować, gdy kontrolowanie się opłaca? Nie kocham mojej siostry – czy kochać powinienem? Straciłam rodzinę, tracę przyjaciół – kto mnie uratuje?

Przekroczenie

Pani Profesor,

boli mnie już głowa od ciągłej kontroli. Wszystko kontroluję, nawet poszłam na terapię, ale zaczęłam kontrolować terapeutę i dalej nie miało sensu tego ciągnąć. Po prostu uległ mi, przyłapałam go kilka razy na tym, jak sprawia mi przyjemność albo mówi coś dlatego, że wystraszył się mojej reakcji. Już trzech terapeutów tak załatwiłam. Wcale mi o to nie chodzi. Chciałabym, żeby ktoś mnie przekroczył, czy Pani to rozumie? Męża tak załatwiłam, dzieci czasami tak załatwiam i później czuję się jak wrodzone zło tego świata. A wszystko przez kontrolę. Od lat jestem szefową w pracy, dobrą szefową – znaczy pewnie nie według moich niektórych pracowników, ale rozwijam firmę, osiągam zyski, dostaję, czego chcę, a ci, którzy idą obok mnie, też dostają, czego chcą. Tylko że mam już dosyć. Wszystko robię najlepiej – tak przynajmniej mi się wydaje, ale jeśli mam być szczera, to rzeczywistość owo przekonanie potwierdza. Jak nie dopilnuję, jak sama nie wymyślę, nie wskażę, nie poprawię, to jest gorzej. Tylko że jest druga strona, mroczna. Jestem wykończona i prawie nikt mnie już nie lubi. No i proszę, napisałam to, chociaż nikomu bym nie powiedziała, bo jakoś mi wstyd, że na tym lubieniu mi zależy, a zależy. Widzę, jak wychodzą na kawę razem, jak się śmieją, jak milkną, gdy nadchodzę. W rodzinie też raczej mnie unikają albo się boją. Tylko moja wnuczka ma odwagę stanąć ze mną twarzą w twarz. Tylko proszę mi nie pisać, że jest tak, jak ma być, że widać inaczej nie umiem – no nie umiem, ale potrzebne mi rozwiązanie, pomysł, coś konkretnego. Tak proszę do mnie pisać. Dziękuję i pozdrawiam.

Malwina W. z Warszawy, 59 lat, szefowa

Szanowna Pani,

zakończenie listu sugeruje, że moją odpowiedź również chciałaby Pani kontrolować. Nic z tego. Nie napiszę Pani, że jest, jak ma być, bo nie jest. Równowaga wiąże się ze spokojem, a tego, jak odczytałam, brakuje. Na początku coś konkretnego: proszę wyrwać się z codzienności, proszę wyrwać się radykalnie i wyjechać. Polecam kurs medytacji Vipassana – to dziesięć dni, podczas których oddaje Pani swój telefon, długopis, książkę, z nikim nie rozmawia, również oczami czy gestem, traci Pani kontrolę i nie zarządza, za to każdego dnia medytuje po dziesięć godzin dziennie. Gong Panią budzi i gong zaprasza Panią do snu. Sztab ludzi przygotowuje jedzenie. O nic się Pani nie martwi poza ciszą, którą musi Pani wypełnić siedzeniem bez ruchu, w obserwacji oddechu, ciała, nieproszonych myśli. Pewnie po przeczytaniu powyższych słów znalazła już Pani sporo usprawiedliwień, by nie wyjeżdżać – bo praca, dom, firma, dzieci, bo wszystko bez Pani się zawali. Ale jeśli naprawdę chce coś Pani zmienić, to pierwszy krok powinien być wyraźny, właśnie radykalny.

W Pani liście najbardziej rozczuliło mnie pragnienie bycia przekroczoną. Jak być przekroczoną, gdy kontroluję wszystkich i wszystko dookoła? Jak przechytrzyć umysł? Jak przestać wierzyć w siebie, skoro wiara ta przynosi wymierne korzyści? Jak odpuścić, gdy trzymanie daje efekty? Aby znaleźć odpowiedzi, trzeba znaleźć się w innej przestrzeni, innych warunkach, tam, gdzie zostanie Pani pozbawiona możliwości kontrolowania – nawet swojego umysłu. Dlatego radykalna medytacja wydaje się sensowna. To tylko dziesięć dni z wielu lat Pani życia, proszę zaryzykować. Oto i konkret, którego Pani szukała.

Siostra

Droga Pani Bełkotska,

mam problem z rodzeństwem, a dokładnie siostrą: nie znoszę jej. Od dawna. Bałem się jej w dzieciństwie – jest starsza i mnie biła. Dzisiaj jest szaloną, choleryczną matką, zaganianą, wiecznie zezłoszczoną, wiecznie zajętą zarabianiem pieniędzy i krzyczeniem do telewizora. Ludzie są jej zdaniem głupi, zakłamani i na nic więcej nie czekają poza dopadnięciem jej i oszukaniem. Ze mnie drwi, kpi i wciąż, gdy mijamy się na przyjęciu urodzinowym czy świątecznym, potrafi mnie popchnąć albo wypowiedzieć przy wszystkich jakąś upokarzającą anegdotę z dzieciństwa. Rodzice cały czas zachęcają do pojednania, tłumaczą, że ma się jedną siostrę, ale mam jej dosyć. Boję się jej, nie lubię, nie kocham, nie chcę być blisko tej osoby, a czuję jakiś wewnętrzny przymus, by być blisko, bo inaczej spotka mnie coś złego. W coś chyba wierzę, tylko nie umiem powiedzieć w co, ale to coś zakłada, że rodzina jest ważna. No ale na Boga, słońce też jest jedno, wolę być w przyjaźni ze słońcem niż siostrą. Pani zdaniem muszę ją polubić? A może nawet spróbować kochać?

Filip G. z Rogoźna, 27 lat, pracownik biurowy

Panie Filipie,

niczego Pan nie musi. Sprawdzałabym jednak tę wiarę. Wąchała ją, obserwowała, kontemplowała, czule poszukiwała jej źródła, korzeni, przyczyny, tego, skąd, od kogo przyszła. Tam może być również źródło uzdrowienia. Cieszy mnie, że decyduje się Pan być w przyjaźni ze słońcem, zarazem nie odrzucałabym gwiazd, których jest rzesza (chociaż i tak każda inna). Nieświadoma wiara to przymus dążenia lub unikania, to również rozdarcie pomiędzy przekonaniami a pragnieniami, intuicją.

Z rodzeństwem bywa niekiedy pod górkę. Czytam o przemocy, której doznał Pan od siostry i której cały czas doznaje. Nie widzę nic rozwojowego w poddawaniu się przemocy, chociaż z pewnością przeżycie trudnych doświadczeń może być przyczynkiem do rozwoju. Ale są setki innych, ciekawszych dróg. Cóż, nie będę poprawna psychologicznie i napiszę, że unikałabym relacji z siostrą, ograniczyła ją do minimum, które nie powoduje krzywdy. Oczywiście wcześniej wyczerpałabym inne drogi, takie jak rozmowa wprost, wyrażenie emocji, myśli czy oczekiwań. Są jednak energie, które uparcie tkwią przy swojej wibracji, są ludzie obsesyjnie przywiązani do krzywdzenia lub grania roli ofiary. Wolę wolność, Pan chyba też.

Przyjaciele

Pani Profesor,

dzieciństwo miałam z gatunku trudnych, zimny chów, dominujący ojciec, wycofana, zajęta pracą mama. Rodzice widzieli we mnie osobę sukcesu, kobietę silną, niezależną, waleczną. Wiele razy dali mi odczuć, jak bardzo są rozczarowani moim zainteresowaniem sztuką, malowaniem, brakiem chłopaka, spacerami po lesie, brakiem przebojowości, którą sami ociekają. Odeszłam od nich, znalazłam grupę przyjaciół, którą od lat nazywam swoją rodziną. To zgrana paczka, trzymamy się razem, celebrujemy swoje zwycięstwa, opłakujemy smutki, jakoś należymy do siebie, a raczej należeliśmy, bo po ponad dziesięciu latach i ta grupa rozpada się na moich oczach. Zaczęło się od konfliktu podczas wyjazdu na sylwestra, podzieliliśmy się na trzy grupy, każda chciała jechać w inne miejsce, nie mogliśmy się dogadać do samego końca i w końcu nie pojechaliśmy nigdzie. Spotkaliśmy się u mnie w domu, żartując z zaistniałej sytuacji, ale pod spodem było czuć, że jest inaczej niż wcześniej. Po północy wszyscy rozpierzchli się do siebie. A ja do dzisiaj czekam na nich, czasami zapłakana. Och, mamy kontakt, spotykamy się, ale na krócej, jest dalej, jest mniej intymnie, coś umiera, a ja czuję, że moi przyjaciele mnie zawiedli. Czuję, jakbym po raz drugi traciła swoją rodzinę – kto mnie teraz uratuje?

Gaja Sz. z Białowieży, 37 lat, malarka

Szanowna Pani,

zanim odpowiem, chcę się upewnić, że jest Pani świadoma, kto domaga się ratunku? Kim jest ta osoba? Czy to dorosła kobieta, czy mała dziewczynka? Przed czym lub kim trzeba Panią uratować? I na czym dokładnie miałby polegać ten ratunek? Czy może być tak, że chciałaby Pani być kochana, by móc kochać – zamiast kochać i być kochaną? To zawsze odbywa się symultanicznie. Niektórym pomyliło się czekanie, poświęcenie, spełnienie oczekiwań z miłością. Ta jest błyskawiczna, odbywa się wyłącznie (ale to wyłącznie) teraz, przez co trwa zawsze. Czy rozumie to Pani? Albo chociaż czuje? Sprawa, która nie ma przeszłości i przyszłości trwa wiecznie. Wracając do pytania o to, kto miałby Panią uratować. Psychologia wskaże na Panią, ale to nadmierne uproszczenie. Proszę prosić o pomoc w ciszy i zadumie, proszę pójść na spacer, dotknąć kory drzewa, zapatrzeć się na chmury, zanurzyć w słonej wodzie, proszę dotknąć ziemi bosą stopą, dłonią, proszę rozpalić ogień i wpatrywać się w płomienie, proszę pomyśleć o przodkach, którzy przeżyli, by Pani mogła żyć. Być może nadmiernie skupiła się Pani na ludziach. Pomoc jest dookoła Pani, cały czas, pomoc jest dookoła, cały, cały czas.

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce Moje wszystkie odpowiedzi.

 

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!