Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Powrócę jako piorun

Czerwona Chmura z plemieniem Siuksów (Wikimedia Commons)
Powrócę jako piorun
Powrócę jako piorun

Robert Rient: Kto był pierwszym terrorystą na amerykańskiej ziemi?

Maciej Jarkowiec: W Dakocie Południowej, w Górach Czarnych znajduje się pomnik Rushmore przedstawiający głowy czterech amerykańskich prezydentów wykute w skale. Rozmawiałem tam z 70-latkiem z Minnesoty. Góry, zgodnie z prawem należące do Indian, zostały im odebrane. Zapytałem go, co o tym sądzi. Odpowiedział, że pierwszymi terrorystami na ziemi amerykańskiej byli biali ludzie.

A jakie jest Twoje zdanie?

Dużo w tym prawdy. Stany Zjednoczone powstały m.in. wskutek brutalnej rozprawy z rdzennymi mieszkańcami. Rozkazy dowódców z XVIII–XIX w. wielokrotnie nakazywały nie tylko zaatakować indiańską wieś, spalić ją, ale też zniszczyć pola uprawne, zbiory, wymordować wszystkich, w tym kobiety i dzieci. Ataki wojsk i osadniczych milicji ponawiano w kolejnych osadach na danym terenie. Terroryzowano w ten sposób całą społeczność.

W książce Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu słowo ludobójstwo pojawia się tylko wtedy, gdy cytujesz Czejenkę Suzan Shown Harjo, która mówi: „My nie podnosimy tego argumentu. My to wiemy”.

Nie chciałem pisać książki publicystycznej ani oskarżycielskiej.

Dlaczego?

Bo fakty są mocniejsze, one same w sobie są oskarżeniem. Przez moich bohaterów chciałem opowiedzieć o Lakotach, Indianach, ale też o Ameryce, początkach amerykańskiej przemocy, rasizmu, terroryzmu. Nie chciałem rozstrzygać argumentu o ludobójstwie, ale pokazać, że toczy się na ten temat dyskusja.

Dlaczego argumentów drugiej strony nie przedstawiasz w zrównoważony sposób?

Bo te wszystkie opowieści o zderzeniu kultur, zarazkach, od których ginęli Indianie, opowieści o tzw. wojnach indiańskich, o tym, że Indianie wymordowali siebie nawzajem, o zawieranych przez nich sojuszach przeciwko Ameryce z Francuzami czy Brytyjczykami, wybrzmiały po tysiąckroć. Te historie przewijają się przez edukację, kulturę i popkulturę. Swoje zadanie postrzegałem jako przybliżenie tej drugiej, mniej znanej perspektywy.

Sześciu wodzów plemion Lakota, 1900 r. (Wikimedia Commons)
Sześciu wodzów plemion Lakota, 1900 r. (Wikimedia Commons)

Mówisz – tzw. wojny indiańskie – co to znaczy?

Wojna indiańska to powszechnie funkcjonujące określenie. Gdy jakiś polityk odwołuje się do historii Ameryki, zazwyczaj mówi o wojnach indiańskich, chyba że ma ponadprzeciętną wrażliwość, co nie zdarza się często. W świetle badań trudno mówić o wojnach, był to raczej bezwzględny podbój ziem Indian przez białego człowieka, często przyjmujący formę zagłady.

Wśród mieszkańców Ameryki 2,5 mln, czyli zaledwie 0,7%, to rdzenni Indianie. Czy można obliczyć, ilu z nich zostało zabitych przez białych?

Nie ma dobrych danych wyjściowych, więc podanie precyzyjnej liczby nie jest możliwe. W książce opieram się na szeregu źródeł – liczba Indian na terenie obecnej Kanady i Stanów Zjednoczonych wynosiła od kilku do 18 mln. Pod koniec XIX w., gdy tzw. wojny indiańskie dobiegają końca, populacja Indian zmniejszyła się do 250 tys.

Ilu Indian żyje dziś w rezerwatach?

Około miliona. Rząd uznaje 527 plemion indiańskich. Na terenie USA jest 326 rezerwatów. Kolejne 1,5 mln Indian mieszka poza terenem rezerwatów.

Piszesz: „Statystyki urodzeń dzieci z alkoholowym zespołem płodowym w niektórych rezerwatach są siedmiokrotnie wyższe niż średnia dla całych USA”.

Sporą część materiału reporterskiego zebrałem w rezerwacie Pine Ridge, gdzie obowiązuje prohibicja. Wjazd od strony Nebraski wywołuje przygnębienie. Panuje tu bieda, ludzie siedzą bezczynnie na murkach. Alkohol można kupić za granicą rezerwatu, ludzie leżą tam pijani, wzdłuż drogi. W pobliżu stacji benzynowej można się natknąć na biednych staruszków w łachmanach palących papierosy. Panuje ogromne bezrobocie, nikomu nie opłaca się tutaj inwestować. Ziemia należy do wąskiej elity, częściowo białej. Sporo osób nadużywa narkotyków, metamfetaminy. Istnieje również spory problem z przemocą domową. Pine Ridge to najbiedniejsze hrabstwo w całych Stanach Zjednoczonych. Zarówno Indianie, jak i biali określają rezerwat mianem trzeciego świata. Długo rozmawiałem z pracownikiem Biura do spraw Indian, utkwiło mi w głowie jedno zdanie: „Ludzie są tu smutni”. Ale poza skrajną biedą jest też oczywiście normalne życie. Ludzie mają domy, samochody, telewizory i pralki, dzieci chodzą do szkół, rodzice pracują w kasynach, w Radzie Plemiennej czy Biurze do spraw Indian.

Na czym polega podstawowy problem, który doprowadził Indian do sytuacji, w której się znajdują?

Kultura Indian została zdławiona, unicestwiona. Założenie było takie, by ich asymilować. Teraz już wiemy, że asymilacja tak silnych kultur nie jest możliwa, zmusza społeczności do kulturowego rozkroku. Nie mogą wrócić do przeszłości, ale również nie przynależą do świata białych. Jedna z moich bohaterek, Michele Means, mówi o tym, że dawna kultura Indian opierała się na współzależności z innymi elementami wszechświata, funkcjonowała w okręgu. Kultura białych jest hierarchiczna, zbudowana jak piramida.

Zapisałem sobie jej słowa. „Kiedyś w naszej kulturze wszystko zawierało się w okręgu. Życie, śmierć, rodzina, klan, wszechświat. To wszystko było jednością, w kole. A u białych najważniejsza jest piramida. Hierarchia. Gdy uczysz się białej historii albo patrzysz na dzisiejsze społeczeństwo, zawsze wszystko sprowadza się do królów, królowych i całej reszty pod nimi. Nasz problem polega na tym, że z koła nie da się zrobić piramidy”.

Jednocześnie z najazdem militarnym na indiańskie ludy prowadzona była napaść kulturowa. W 1879 r. założono pierwszą zamkniętą szkołę dla Indian w Pensylwanii. Znaczące, że powstała w barakach wojskowych, a jej twórcą był wojskowy, generał Richard Pratt. Uważał siebie za przyjaciela Indian. Twierdził, że jeśli chcą przeżyć, muszą szybko przystosować się do białej kultury. „W Indianinie trzeba zabić Indianina, a ocalić człowieka” – tak brzmiała wygłoszona i praktykowana przez niego idea. Na przestrzeni dekad powstało 500 takich szkół, do których zwoziło się dzieci z rezerwatów całego kraju, często pod przymusem. Czasami były oddalone kilkaset mil od domu. W szkołach dzieci są bite za używanie indiańskich języków. Uczone są angielskiego, białej kultury i historii. Setki tysięcy Indian, na przestrzeni wielu pokoleń, przeszły przez ten system. Wyszli oni ze szkół kulturowo zniszczeni.

Siuksowie Lakota, 1891 r. (Wikimedia Commons)
Siuksowie Lakota, 1891 r. (Wikimedia Commons)

Nie wszyscy przeszli, piszesz o dwóch chłopcach, którzy zamarzli po ucieczce ze szkoły, o dużej liczbie samobójstw wśród dzieci.

Ucieczki dzieci ze szkół były powszechne. Nie wszystkim udało się dotrzeć do domu. Masowe były też samobójstwa. W szkołach panowała permanentna przemoc – fizyczna i seksualna. USA nigdy nie rozliczyły się z tym rozdziałem swojej historii.

W 1868 r. amerykański rząd podpisał z Indianami traktat zapewniający im niezbywalne prawa do Gór Czarnych.

Będących sercem wszechświata Lakotów. Według ich wierzeń stamtąd wyłonił się cały ich lud. Tam odbywały się ich rytuały, inicjacje. Waszyngton siłą zawłaszczył te ziemie po tym, gdy odkryto w nich złoto. Latem 1874 r., sześć lat po zawarciu traktatu, na teren Lakotów weszła wojskowa ekspedycja. USA osłabione wojną secesyjną i wydatkami na budowę kolei poszukiwały pieniędzy. Rozkaz zorganizowania ekspedycji wyszedł od prezydenta Ulyssesa Granta. Biali znajdują w Górach złoto. Nadciągają tysiące pionierów, poszukiwaczy złota. Lakotowie oczywiście się buntują, dochodzi do walk i słynnego zwycięstwa Lakotów, Czejenów i Arapaho nad kawalerią Custera w 1876 r. Ale ostatecznie Lakotowie przegrają tę wojnę. Czarne Góry zostają im odebrane. Niewiele później wprowadzono ustawę dzielącą okrojone już ziemie indiańskie w rezerwatach na pojedyncze działki. To rozbiło wspólnotowy model funkcjonujący wśród nich od prawieków. To, co było wspólne, nagle stało się moje.

Nie można też zapomnieć o największej w historii ludzkości rzezi, dokonanej na zwierzętach.

Trudno przecenić rolę bizonów w – powiedzmy – bytowej logistyce Lakotów. Dawały pożywienie, odzienie, skóry na tipi, kości na broń, narzędzia, zabawki i rytualne przedmioty. W ciągu kilku dekad słani ze Wschodniego Wybrzeża myśliwi ze wsparciem wojska przeprowadzili przemyślaną kampanię wytrzebienia całej populacji bizonów północnoamerykańskich. W pierwszej połowie XIX w. było ich 30 mln, pod koniec XIX w. praktycznie zniknęły z powierzchni ziemi.

Bizon nie był dla Indian wyłącznie zwierzęciem.

Tak, miał olbrzymie znaczenie dla lakockiej duchowości. Jedno z istotniejszych wierzeń mówi o okresie nieurodzaju na ziemi Lakotów. Uratowała ich kobieta duch przebrana w skórę białego bizona. Podarowała im siedem rytuałów, które ich chronią. Lakotowie przez wieki żyli ze świadomością swojej zależności od bizonów, w szacunku dla nich. Wiele kultur indiańskich fascynuje tym, jak wkomponowują człowieka w naturę. To, do czego obecnie aspiruje część z nas na Zachodzie – ekologia, wrażliwość na naturę, odhierarchizowanie relacji – Indianie mieli głęboko wpisane w swoją tożsamość. W cywilizacji zachodniej zajęło nam na przykład setki lat, by dojść do wniosku, że bicie dzieci nie jest dobre. Nadal znajdą się parlamentarzyści, którzy będą przekonywać, że ustawa zakazująca bicia dzieci jest bez sensu. W wielu kulturach indiańskich nigdy nie biło się dzieci. Pewien misjonarz, który trafił do Irokezów, był zdumiony ich wrażliwością. Najgorszą karą wobec dzieci, którą zaobserwował, było pochlapanie twarzy dziecka wodą.

Dlaczego zająłeś się tematem Indian?

Wiele lat spędziłem w Stanach, jeździłem tam od dziecka. W 2009 r. wybraliśmy się z żoną do Arizony. Przejeżdżaliśmy przez ziemię Nawaho. Poznaliśmy starsze kobiety, Indianki, które umknęły kolonizacji, nie znały języka angielskiego. Domyślałem się wcześniej, że niektórzy z Indian żyją tradycyjnie, ale nie spodziewałem się, że są wśród nich tacy, którzy nie znają angielskiego. Innym razem w krainie ludu Hopi zasiedliśmy w przydrożnej restauracji. W pewnym momencie na wieczorną kolację zaczęli się schodzić Hopi całymi rodzinami – dzieci, rodzice, dziadkowie. Uderzyła nas cisza, obezwładniający spokój. Knajpa była pełna, ale ludzie jedli w milczeniu. Nie było w tym jakiegoś niepokoju czy poczucia niezręczności, która towarzyszy białym, gdy spotykają się w grupie i zapada milczenie. U nas nad talerzem trzeba gadać. Zawsze trzeba gadać. To było mocne przeżycie. Tamta podróż pchnęła mnie w stronę zainteresowania Indianami. Później trafiłem na postać Russella Meansa, który stał się głównym bohaterem mojej książki.

Tropisz w niej też spuściznę dawnych prezydentów USA, w tym powszechnie szanowanego Abrahama Lincolna. Okazuje się, że dał zgodę na największą egzekucję w dziejach Ameryki.

Chciałem sprawdzić spuściznę wobec Indian ludzi uwiecznionych w skale monumentu Rushmore, czyli Lincolna, Jeffersona, Roosevelta i Washingtona. Każdy z nich ma sporo za uszami. Lincoln oceniany jest przez historię jednoznacznie pozytywnie. Ale on też nie dopuszczał do siebie myśli, o zostawieniu Indian w ich przestrzeni, bez ingerencji w ich wierzenia, zwyczaje, sposób życia. Jak cała biała elita był zwolennikiem asymilowania Indian. W czasie jego rządów w Minnesocie doszło do tzw. buntu Małego Kruka. Na bardzo ograniczonym terenie żyły tam plemiona Dakotów prowadzone przez wodza o takim imieniu. Co ważne, był on całe życie zwolennikiem pokojowych relacji z białymi. Dakotowie byli tam uzależnieni od funduszy i żywności dostarczanej przez rząd. Nie były to prezenty od białego człowieka, ale rekompensata za zabrane ziemie i obowiązek wynikający z zawartych traktatów. Umożliwiały Indianom przetrwanie. W 1862 r. żywność i fundusze przestają przychodzić, bo jest dziura w budżecie federalnym i Waszyngton wstrzymuje transfery. Osady Dakotów zaczynają przymierać głodem. Jeden z agentów rządowych stwierdza, że „mogą zdychać lub zacząć jeść własne łajno”. W końcu Indianie zaczynają się buntować. Napadają na osady białych. Armia bardzo szybko pacyfikuje bunt i w odwecie napada na wsie, morduje ludność cywilną. Mężczyźni zostają aresztowani, procesy odbywają się bez tłumaczy i trwają po kilka minut. Zapadają 303 wyroki śmierci. Lincoln część Dakotów uniewinnia, części zmniejsza wyroki, ale wysyła na szafot 38 z nich. Gdyby to prezydent Theodore Roosevelt miał podjąć decyzję, prawdopodobnie straciłby wszystkich. To on twierdził, że „może nie wszyscy dobrzy Indianie to martwi Indianie. Ale jest tak w dziewięciu przypadkach na dziesięć”.

Mała Indianka z plemienia Siuksów Dakota, 1899 r. (Wikimedia Commons)
Mała Indianka z plemienia Siuksów Dakota, 1899 r. (Wikimedia Commons)

W książce przytaczasz rasistowskie i ksenofobiczne poglądy wielu Amerykanów, w tym autora Czarnoksiężnika z Krainy Oz. L. Frank Baum twierdził, że „biali, prawem podboju, mocą cywilizacyjnej sprawiedliwości, są panami kontynentu amerykańskiego. Bezpieczeństwo osadników na pograniczu można zapewnić tylko przez całkowitą anihilację niewielu pozostałych tu Indian”.

Z takich cytatów można by ułożyć encyklopedię. Przekonanie o supremacji białego człowieka, wyższości białej rasy i konieczności cywilizowania rasy gorszej, konieczności wprowadzenia porządku wśród dzikusów było w czasie podboju zachodu kraju i później wszechobecne. Nie tylko wśród rządzących, elit, ale też zwykłych ludzi. Popularna była ideologia Manifest Destiny – Objawionego Przeznaczenia. Mówiła o tym, że osadnikom należą się ziemie Indian, bo zostały im dane przez Boga. Tę propagandę wspierała chrześcijańska myśl o czynieniu sobie ziemi poddaną.

Gdy Leola Jedno Pióro bohaterka Twojej książki, usłyszała, że jesteś z Polski, powiedziała: „Czytałam o Polsce. Zostało wam tylko pięć tysięcy Żydów”. Dostrzegasz analogię w tym, jak Amerykanie traktowali Indian, do tego, jak Polacy traktowali albo traktują Żydów?

Nie. Dostrzegam ją gdzie indziej. Stany Zjednoczone zakleszczone są w swojej mitologii. Ich demokracja mogłaby być bardziej zaawansowana, zdrowsza, gdyby zaczęła rozbrajać mity. Wprawdzie świat akademicki odważnie i powszechnie zajmuje się kwestią indiańską, podobnie choćby sztuka. Ale nie ma politycznego, instytucjonalnego procesu rozliczania przeszłości, nie powołano żadnej komisji pojednawczej, która ponownie rozpatrzyłaby na przykład złamane traktaty. Polska zaczęła taki proces rewizji własnej historii przeprowadzać. Prezydent Kwaśniewski pojechał do Jedwabnego, przeprosił. Teraz robimy ogromny krok w tył. Ludzie PiS zapatrzeni są w USA, ich sposoby budowania mitów. Te wszystkie święta, oprawy, bohaterowie, rojenia o wielkich filmach historycznych w hollywoodzkim stylu. Mabena, czyli maszyna bezpieczeństwa narracyjnego prof. Zybertowicza, miałaby to wszystko wyeksportować w świat, też na wzór amerykański. To żenujące m.in. z tego powodu, że nie jesteśmy żadną Ameryką, tylko – z globalnego punktu widzenia – kompletnym zadupiem. Mamy mniej narzędzi, mniej wyobraźni, mniejszą siłę oddziaływania. Poza tym Amerykanie być może nie mierzą się z własną historią na poziomie edukacji powszechnej czy polityki, ale można tam przeprowadzić wszelkie badania, podjąć każdą dyskusję i tysiące badaczy czy twórców robią to na co dzień. Wolność słowa jest w USA absolutna. A u nas mamy nową ustawę o IPN.

To z naszego kontynentu wypływały statki z kolonizatorami. Masz w sobie jakiś zarzut do nas, białych Europejczyków?

Biorę na siebie współodpowiedzialność jako człowiek, który wyrósł w kulturze zachodniej, europejskiej. Pochodzę ze świata, który z użyciem niewyobrażalnej przemocy narzucał swoją wolę ludziom w Ameryce, Afryce, Australii. Biały człowiek przez setki lat myślał, że jest lepszy. Wielu z nas wciąż tak myśli.

Do czego ta współodpowiedzialność Ciebie zobowiązuje?

Do rzetelnego wykonywania swojej reporterskiej pracy. Czuję odpowiedzialność w opowiadaniu tej części historii, która była pomijana, przykrywana mitologią. Każdy Polak wie, kim był Krzysztof Kolumb, a prawie żaden, kim był Siedzący Byk. Warto próbować to zmieniać.

Maciej Jarkowiec – ur. w 1977 r. w Lesznie, z wykształcenia filolog norweski. Kilka lat spędził w USA, gdzie pracował m.in. na kutrach rybackich, budowach, farmach, w ogrodach, hotelach i knajpach. Nakręcił kilka filmów niezależnych. Mieszka w Warszawie z żoną i córką. Właśnie pojawiła się jego książka Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu.

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info