Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
ludzie listy piszą
Robert Rient

Podstęp, gałęzie i śmierć

ilustracja: Karyna Piwowarska
Podstęp, gałęzie i śmierć
Podstęp, gałęzie i śmierć

Mój chłopak zaprzyjaźnił się z wirtualną dziewczyną, ale nie wie, że to ja – co teraz? Sąsiad nie chce przycinać gałęzi, które wchodzą mi w oczy, a zamiast trawnika ma łąkę – jak go poskromić? Czy to źle, że chcę umrzeć?

Podstęp

Pani Profesor,

rok temu założyłam fikcyjne konto na pewnym portalu społecznościowym i nawiązałam kontakt z moim chłopakiem. Chciałam sprawdzić, czy zdradzi mnie z przypadkową dziewczyną. Nie garnął się do zdrady. Chodzi o to, że on się ze mną zaprzyjaźnił, w sensie z tą wirtualną, zwierza mi się ze swojego związku z prawdziwą mną, z wszelkich skrytych myśli. Czasami wychodzi z domu tylko po to, by usiąść w parku i porozmawiać ze mną na czacie. Sytuacja mnie przerosła, bo więcej czasu spędzam ze swoim chłopakiem wirtualnie niż na żywo. Gdy jesteśmy obok siebie, nie jest taki otwarty, a nawet coraz bardziej się zamyka. Nie wiem, jak wybrnąć z tej sytuacji, nie chcę likwidować tego fikcyjnego konta, bo mój chłopak straci swoją najlepszą przyjaciółkę. Ostatnio nalega na spotkanie, pomimo tego, że wie, że poruszam się na wózku inwalidzkim i mieszkam w Ameryce. Chce do mnie przylecieć. To znaczy mieszkamy razem w warszawskiej kawalerce i nie poruszam się na wózku, ale przecież ta wirtualna ja musiała wymyślić jakąś historyjkę. To bardzo wrażliwy i kochany chłopak. Co mi Pani radzi?

Marlena Sz. z Warszawy, 22 lata, studentka

Pani Marleno,

jest kilka rozwiązań. Może Pani doznać cudownego uzdrowienia, odciąć się od całego świata wirtualnego i wyjechać do lasu amazońskiego, by mieszkać w domku na drzewie i oczywiście poinformować o tym swego wirtualnego przyjaciela. Może Pani wejść w związek romantyczny z zaborczym samcem, który zabronił Pani utrzymywać wirtualne kontakty z innymi mężczyznami. Zdjęcie umięśnionego samca zrobione na siłowni powinno być ostatnią wiadomością wysłaną wirtualnemu przyjacielowi. Może Pani również śmiertelnie zachorować, napisać pożegnalny list do swego wirtualnego przyjaciela, prosząc, by obiecał, że będzie dobry dla swojej dziewczyny, i umrzeć. Może Pani również zainteresować się zjawiskiem ukrytym za słowem: prawda. Ostrzegam, że to niebezpieczne i bardzo pojemne słowo, grozi utratą wielu iluzji i wielu wirtualnych światów. Na Pani miejscu nie pogardziłabym również konsultacją z profesjonalnym psychoterapeutą.

Gałęzie

Pani Profesor,

mój sąsiad utrudnia mi życie. Wprowadził się kilka miesięcy temu na posesję obok, nie przycina drzew, zamiast trawnika zapuścił łąkę, przyciąga to różne owady, w tym szerszenie, które latają mi nad głową. Fragment drogi prowadzący do naszych domów jest wspólny, chciałem usunąć z drogi dwa drzewa, już stare i nikomu niepotrzebne, nie zgodził się. Próbowałem tłumaczyć, że to niebezpieczne, bo gałęzie mogą się oderwać i spaść komuś na głowę, nic do niego nie dociera, twierdzi, że za nic w życiu nie zgodzi się, by te drzewa wyciąć. Przez niego będę miał więcej formalności, by udowodnić w gminie, że drzewa zagrażają życiu. To bardzo dziwny człowiek, jesienią nie grabi wszystkich liści, tylko zostawia taki śmietnik na ziemi, bo twierdzi, że pod tymi liśćmi żyją jakieś robaki. Jak sobie poradzić z utrudniającym życie sąsiadem?

Marek Góra z Osolina, 29 lat, kierowca

Szanowny Panie,

jeśli coś jest stare, to nie znaczy, że jest niepotrzebne, jeśli ktoś jest stary, to również nie znaczy, że jest niepotrzebny. Poza rzeczami, sprawami, ludźmi i innymi istotami, które uznaje Pan za potrzebne, istnieje znacznie większy zbiór rzeczy, spraw, ludzi i innych istot, o których nie ma Pan i nigdy nie będzie miał pojęcia. Nie ma Pan na przykład pojęcia, kto mieszka jesienią pod suchymi liśćmi, a kto pod nimi zimuje. Pomysł zamiany trawnika na łąkę brzmi jak poezja, zresztą nie tylko brzmi – łąka to dom dla ogromnej liczby zwierząt. Jeśli chodzi o owady, to faktycznie niektóre z nich latają, nieliczne nad Pana głową i nawet jeśli ciężko w to Panu uwierzyć, nie robią tego intencjonalnie. Bardziej przelatują nad Panem, niż fascynują się Pana osobą, by utrudnić Panu życie. Gdyby nie owady, nie byłoby nie tylko kwiatów, nas by nie było, ludzi, którzy swoimi płotami, domami, pasami startowymi, wieżowcami, spalinami i innymi wynalazkami odbierają dom coraz większej liczbie gatunków. Czy jest Pan świadomy, że trwa właśnie szóste, największe w historii planety, wymieranie gatunków? Czy wie Pan, że jesteśmy sprawcami tego wymierania? Pan jest sprawcą z tym swoim pomysłem na równo przycięty trawnik, przystrzyżone gałęzie, żeby wyglądały, wycięte drzewa, bo za stare i miały czelność znaleźć się obok drogi. Liście, które spadły z drzewa i nie zostały zagrabione, sobie poradzą, natura sobie z nimi poradzi. Pan i ja bez natury sobie nie poradzimy, ale wciąż własny komfort, wygoda i widok z okna zdają się ważniejsze od planety, na której żyjemy. Jeśli chodzi o sąsiada, proszę z nim porozmawiać, może czegoś Pana nauczy.

Śmierć

Pani Janino,

przegrałam, na całej linii. Całe życie ścigałam króliczka z baśni, wpadałam w głębokie, czarne dziury, wierząc, że prowadzą do nowych, lepszych światów. Stwarzałam te światy, zwiedzałam je. Wierzyłam w miłość tak zwaną romantyczną, w to, że dzieci są sensem mojego życia, a później, że Bóg, wiara. Praktykowałam, ale jak! Wydawałam wszystkie pieniądze i wszystkie siły, oddawałam się cała. Myślę, że to się stało już w dzieciństwie, jakaś skaza, krzywda, brak. Nie było wesoło, ale przecież u nikogo nie było zbyt wesoło, może bardziej niż inni wszystko brałam do siebie, przeżywałam, wzruszałam się jak szalona, a potem przelewało mi się od tych wzruszeń. Żyłam intensywnie i szybko, głęboko. Od narkotyków do klasztoru, przez dwa małżeństwa, dwójkę dzieci, zdaje się samodzielnych. To cud, że wciąż żyję, tak myślę, no i pewnie powinnam to docenić, ale nie umiem. Nie wiem, po co tak pędziłam, i nie wiem, gdzie pędziłam, i nie wiem, jak nie zadawać sobie tych wszystkich pytań? A Pani wie? Jest tak, że część mnie chciałaby się chwycić nowej wiary, nowej pasji, ale większa część jest świadoma, że donikąd mnie to nie zaprowadzi – jakieś doświadczenia, jakaś wiedza, jakieś rozczarowania. Myślę, że to sprawiedliwe, że umieramy. I jeśli czasami myślę, że już na mnie czas – czy grzeszę? Dzieci nie chcą tego w ogóle słuchać albo pocieszają, albo się złoszczą i nie mam nikogo, z kim mogłabym bez lęku o śmierci porozmawiać. Czy to od razu musi być depresja, gdy myślę o śmierci i o tym, że już czas na mnie?

Katarzyna B. ze Smolca, 61 lat, emerytka

Szanowna Pani,

nie wiem, naprawdę nie wiem. A czy Pani nie wie, że te wszystkie rubryki z pytaniami i odpowiedziami, we wszystkich gazetach świata, prowadzą ludzie, którzy udają, że coś wiedzą? Ale przecież Pani nie pyta tak, by dostać odpowiedź, ale raczej tak, by porozmawiać. Mnie się tylko wydaje. A wydaje mi się, że jeśli śmierć jest sprawiedliwa, to i życie jest sprawiedliwe. Jednak nic o śmierci nie wiem, tak naprawdę to nic, mam tylko opowieści, widoki, wspomnienia, towarzyszenie tym, którzy jej doświadczali. Ale patrzeć na zakochanych, a zakochać się to przecież ogromna różnica. Tyle o śmierci. Co do pytań i we mnie co chwilę powstają. Różnica jest taka, że nie zmuszają mnie jak kiedyś do rzucania się na księgi, ludzi, badania, nowe światy. Są takie pytania, które pozostają, zatarte przez brak odpowiedzi. Myśl o śmierci: to z pewnością nie musi być depresja, ale przecież może. I chcę wyraźnie podkreślić, że smutek, przygnębienie nie jest dla mnie synonimem jednostki chorobowej – tę należy profesjonalnie zdiagnozować i wyleczyć.

Droga Pani, tak, mi również zdarzyło się pomyśleć, że to już czas, że wystarczy, jednak myślałam tak prawie zawsze poza stanem równowagi: wtedy, gdy bolało albo miałam dosyć, albo wtedy, gdy byłam bezgranicznie szczęśliwa i czułam, że mogłabym umrzeć choćby za chwilę, bo oto stanęłam na szczycie świata. Jednak za każdym razem ból i szczęście mijały, dlatego i im nie wierzę. W tym wszystkim, czego nie wiem, tkwi jednak decyzja, by nie przyśpieszać tego momentu, gdy mnie nie będzie. I Panią pozwolę sobie zachęcić do rozważenia tego pomysłu. Śmierć przyjdzie, a teraz Pani żyje, a to znaczy, że nie przegrała Pani.

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce „Moje wszystkie odpowiedzi”.

 

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor powieści „Chodziło o miłość”, „Duchy Jeremiego” i reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info