pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
O świątecznych piernikach pisze
2020-12-11 09:00:00
dieta cud

Piernikowa terapia

zdjęcie: Storiès / Unsplash
Piernikowa terapia
Piernikowa terapia

Pieczony, pachnący miodem las miał być nie tylko urodzinową niespodzianką dla córki, ale także sposobem na moją walkę z tęsknotą w puste, spędzone bez dzieci święta. Był też sentymentalnym wspomnieniem czasów, gdy świąteczne pierniki robiła jeszcze mama.

Czyta się 3 minuty

To była akcja kulinarno-terapeutyczna. Moja córka ma urodziny 27 grudnia, tuż po świętach. Tamtego roku wyjeżdżała na Boże Narodzenie do rodziny swojego taty, razem z nim. Rozwód ma swoje konsekwencje nawet po dobrych siedmiu latach. Na przykład zostaje się bez dzieci na Boże Narodzenie. Kiedyś z podobnej okazji pojechałam rozdawać prezenty pacjentom szpitala psychiatrycznego, którzy zostali w Wigilię na oddziale. Gotowałam też dla ludzi w kryzysie bezdomności. Żywienie innych – moje pogotowie ratunkowe. Na krawędzi serca sprawnie nakładam łyżką ziemniaki. Każdy ma swoje sposoby, wiadomo. W zeszłym roku, mając w perspektywie święta w rozłące, postanowiłam upiec córce najpiękniejszy tort na świecie. Taki, jakiego żadna cukiernia nie zrobi, bo komu by się chciało. Z pierników. Sama, bez pomocy. Pracochłonny projekt na moje włas­ne dobre święta. Decyzja zapadła miesiąc wcześniej. Zawzięłam się i po nocach metodycznie oglądałam na YouTubie filmiki o tym, jak robi się torty. I jak wykonuje się domki z piernika. Jak lukruje się kolce jeża i ogon wilka. W tajemnicy gromadziłam foremki, złoty lukier, jadalny klej. Studiowałam sztukę produkcji szklanej kuli z syropu cukrowego na baloniku z wodą. Nie wygadałam się, choć wewnętrznie chichotałam z nerwów i podniecenia. Dzieci pojechały. Tuż po Wigilii, którą spędziłam z mamą, zaczęłam piec biszkoptowe spody. Zaopatrzyłam się w białą czekoladę i mascarpone, z których miał powstać krem. Schłodziłam także ciasto na pierniki, żeby łatwiej było wykrawać kształty. Nie robiłam go sama, kupiłam w szwedzkim sklepie z meblami, niestety mają tam najlepsze z łatwo dostępnych na rynku.

Dawno temu, gdy moja mama była jeszcze sprawna, tuż po Wszystkich Świętych rozpoczynała produkcję porządnego, dojrzewającego ciasta z miodu, przypraw korzennych, mąki żytniej i spirytusu. W dłoniach mamy ciasto najpierw się kleiło, a potem stawało lśniące, ciemnobrązowe. Pachniało miodem. W ciągu kolejnych tygodni dojrzewało jak lista prezentów w głowie najmłodszych i tuż przed mikołajkami było już całkiem elastyczne. Powstawały z niego renifery, gwiazdki, śnieżynki – z roku na rok coraz sprawniej ozdabiane przez dzieci. Udekorowane ciastka miękły po upieczeniu aż do świąt, kiedy osiągały swoje magiczne optimum – kruchości, miękkości, wytrawnej słodyczy. Dopełniało się koło czasu.

Moje ciasto ze szwedzkiej mąki miało przenieść mnie do Narnii, do krainy dzikich zwierząt przyjaznych człowiekowi, puszystych lisich ogonów, choinek i małego domku w 3D, z dachem w lukrowaną dachówkę. Wycinanie i pieczenie trwało wiele godzin. Powstawały zwierzątka, ściany domku, okna. Ciasteczka dekorowałam zawzięcie, układałam girlandy z jadalnych perłowych koralików, sklejałam domek, oblizywałam palce z lukru. Szklana kula z syropu okazała się dla mnie – domorosłej cukierniczki – za trudna: miała być cieniutka i przezroczysta, wyszła jaskrawozłota, z zaciekami, niepełna. Uznałam, że stanie się ogniskiem na skraju lasu, zwróci się płomieniami w górę i nada tortowi dynamiki. Zanim ją ułożyłam, musiałam przełożyć biszkoptowe blaty masą, a potem całość pokryć warstwą lukru. Miałam już kiedyś w rękach plastyczny lukier, bo na szóste urodziny syna wyszykowałam mu inny, prostszy tort – boisko z murawą, po której biegały gumisie w dwóch kolorach. Tym razem lukier musiał pozostać biały, nieskażony brudnym palcem. Już wiedziałam (błogosławiony niech będzie YouTube), że można go rozwałkować, potem nałożyć na tort jak obrus, docisnąć po bokach i wygładzić specjalną packą (nabyłam). Czyste emocje. Ileż łatwiej dzięki temu nie myśleć o tym, że nie ma ze mną najukochańszych ludzi. Trzeba skupić się na przyklejaniu niedźwiedzia do białej tafli, pisaniu kaligraficznie imienia złotym mazakiem z jadalnym tuszem (miałam wydrukowane próbne wersje pisma kaligraficznego), aranżacji otoczenia domku, doklejaniu oszronionych drzewek.

W końcu wszystko, co miało stać, stało – leśna historia była opowiedziana. Posypałam tort jadalnym brokatem i tak skończyły się święta. Czekał pod choinką na dziewczynkę, która 27 grudnia wieczorem zdmuchnęła rozstawionych wokół piernikowego lasu 11 świeczek. Potem ugryzła ogon wilka, mlasnęła, odłamała jeszcze trochę i zaniosła babci.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Data publikacji:

Monika Kucia

Dziennikarka i kuratorka kulinarna (sialababamak.pl). Łączy słowa, smaki i ludzi. Pokazuje cudzoziemcom Polskę od smacznej strony i tworzy spektakle kulinarne, w których namawia, żeby jeść resztki, daje do wąchania zapach piwnicy i sypie złoty pył na jedzenie.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!