Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

„Przekrój” na totalne lato!

Takiego numeru jeszcze nie było! Badamy gwiazdy i zaglądamy do ludzkiego mózgu. Psychologów pytamy o młodzież, a filozofów o to, jak żyć dobrze. Przyglądamy się naszym strachom, sprawdzamy, kiedy nauka jest przyjemna, piszemy o chodzeniu (boso, tyłem i bez celu) i o nadziei, że będzie lepiej. Nowy letni „Przekrój” już na Ciebie czeka – czytaj dla przyjemności!

Kup numer letni

Letni „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do czytania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów już dziś – tylko na stronie Przekroj.pl w niższej cenie.

Przekrój
10 lat temu japoński region Tōhoku nawiedziło potężne trzęsienie ziemi oraz tsunami. Co się zmieniło ...
2021-03-10 00:00:00

Ostrzeżenie – 10 lat po katastrofie w Japonii

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Daniel Pierce/Flickr (CC BY 2.0)
Ostrzeżenie – 10 lat po katastrofie w Japonii
Ostrzeżenie – 10 lat po katastrofie w Japonii

Jedenastego marca 2011 r. o godzinie 14.45 Kenta Satō czyścił metalowe formy z rdzy. Yasuo Takamatsu wychodził z teściową ze szpitala. Mnich Taio Kaneta siedział w świątyni, w mieście Kurihara. A pan Teiichi Satō robił zakupy w sklepie z artykułami biurowymi.

Czyta się 27 minut

Minutę później zatrzęsła się ziemia. W wyniku trzęsienia Honsiu, największa wyspa Japonii, przesunęła się o 2,4 metra w stronę Ameryki. Oś Ziemi też się przesunęła – o 10 centymetrów – co przyspieszyło jej rotację. Doba skróciła się o 1,8 mikrosekundy.

Ziemia trzęsła się przez sześć minut.

Kenta z warsztatu ojca zdążył przebiec 300 metrów do domu położonego na wzgórzu, chwycić babcię i wybiec z nią na zewnątrz. Chwilę później na podłogę – w miejscu, z którego uciekli – spadł drewniany ołtarz z bogami szinto.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Yasuo Takamatsu razem z teściową pobiegł na otwartą przestrzeń.

Mnich Kaneta wszedł na piętro świątyni, gdzie z półek pospadały wszystkie książki. Podniósł tę, która leżała na samym szczycie stosu. Wydane przez Klub Rzymski Granice Wzrostu.

A pan Teiichi wybiegł spomiędzy kartonów i folii bąbelkowych na ulicę. Na jezdni pojawiły się pęknięcia, które wypełniały się wodą.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Daniel Pierce/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Daniel Pierce/Flickr (CC BY 2.0)

Nie pamiętam, jak i kiedy dowiedziałam się o trzęsieniu ziemi w Japonii. O 6.46 rano polskiego czasu z pewnością spałam. Za to dobrze pamiętam późniejsze zdjęcia wzbierającego morza, które przelewa się przez mury i wyrywa domy z fundamentów. Pamiętam samochody uciekające przed potężną falą. Uczyłam się nowych nazw. Tōhoku – północna część wyspy Honsiu. Miyagi, Iwate, Fukushima – trzy najbardziej dotknięte prefektury. A potem przypominałam sobie słowa: rdzeń, reaktor, jod. Pamiętam napięcie, kiedy czekałam na informację, czy udało się powstrzymać wybuchy w elektrowni jądrowej Fukushima Daiichi.

I przerażenie na widok białego dymu unoszącego się nad reaktorem nr 1.

***

Myślałam, że wszystko zostało zawarte w zdjęciu Japonki, która siedzi otoczona poprzewracanymi samochodami, połamanymi deskami, wybebeszonymi meblami. Spiętrzona góra pokrytych szlamem szczątków, która zasłania horyzont. Kobieta zdjęła kalosze. Bosymi stopami dotyka mokrej trawy. Gołe nogi przyciągnęła pod brodę. Płacze.

Myślałam, że już nic więcej nie da się powiedzieć.

Dopiero w 2014 r. zrozumiałam, że jest inaczej. W The Japan Times przeczytałam, że z 310 tys. ludzi ewakuowanych w 2011 r. prawie 179 tys. nadal żyje w osiedlach tymczasowych. Obok zdjęcie: rzędy identycznych, blaszanych baraków, a między nimi wąskie, identyczne, asfaltowe uliczki. Czytałam o starszych osobach, które przez kilka godzin nie mogły znaleźć drogi do domu. A nawet kiedy przed nim stały, nie umiały go rozpoznać. Czytałam o cienkich ścianach z blachy falistej, przez które słychać sąsiada. I które zamarzają zimą, a rozgrzewają się latem. Żartowano, że na gorącym dachu można robić jajecznicę.

Potrzebowałam chwili, żeby zrozumieć. W 2014 r., trzy lata po tsunami, 179 tys. Japończyków – obywateli jednego z najbogatszych i najbardziej zaawansowanych technologicznie krajów na świecie – mieszkało w kontenerach, których ważność skończyła się w 2013 r.

Tymczasowe mieszkania były przeterminowane.

Również w 2014 r. rząd ogłosił sukces. Usuwanie szlamu i mułu zostało zakończone w stu procentach (w prefekturach Miyagi i Iwate). Sprzątanie szczątków po tsunami zostało zakończone w stu procentach (w prefekturach Miyagi i Iwate). A sytuacja w Fukushimie była pod kontrolą (tak zapewniał premier Shinzō Abe już rok wcześniej – gdy Tokio stawało do wyścigu o organizowanie igrzysk olimpijskich).

Dla mnie to był początek.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Daniel Pierce/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Daniel Pierce/Flickr (CC BY 2.0)

Cztery lata po tsunami spotkałam Kentę Satō, Yasuo Takamatsu, Taio Kanetę, Teiichiego Satō – i wielu, wielu innych. Na zawsze stali się częścią mojego życia. Wypełniają mnie – nie moje wspomnienia. Matki, która straciła dwoje dzieci. Syna, który nie utrzymał ręki matki. Mężczyzny, który został w skażonej strefie, żeby zajmować się porzuconymi zwierzętami. Ojca, który na radioaktywnej plaży ciągle szuka szczątków córki. Babci, która tydzień po tsunami zaczęła w prowizorycznej budzie wyrabiać lokalny przysmak.

Każdy inaczej radził sobie z tym, co przyniosło tsunami.

Kenta działał.

Taio słuchał.

Teiichi pisał.

Yasuo nurkował.

Fala

– Piąta rocznica, dziesiąta rocznica – te daty nic dla mnie nie znaczą. Nie mogę zapomnieć, nawet gdybym chciał. Co z tego, że mija już 10 lat? Ciągle nie znalazłem jej ciała.

Tsunami porwało Yuko Takamatsu, żonę Yasuo, z dachu banku w Onagawie, niedużym miasteczku w prefekturze Miyagi. Ostrzeżenia, nadawane przez megafon mówiły o sześciometrowej fali. Sześć metrów? Ledwie sięgnie drugiego piętra. Jeśli w ogóle przyjdzie. Dwa dni wcześniej też było trzęsienie, mniejsze, to prawda, ale miało przyjść z nim tsunami, a woda podniosła się ledwie na pięć centymetrów. Yuko razem z innymi wspięła się na dach.

W Onagawie fala miała 15 metrów. Zginęło 827 mieszkańców.

W sumie tsunami zabrało 15899 osób.

Ale Yuko Takamatsu jest jedną z 2529 osób, których ciągle nie uznano za zmarłych. Jej ciała nie odnaleziono.

Yasuo Takamatsu szuka Yuko w każdy weekend. Zakłada suchy skafander i razem ze swoim buddym Masakim Naritą, który szuka kości córki, schodzi pod wodę.

Ostatnia wiadomość, jaką Yasuo dostał od Yuko, brzmiała: „Chcę do domu”. Zaczął szukać od razu po tsunami. Najpierw we wszystkich szpitalach. Potem w szczątkach na wybrzeżu. Po trzech miesiącach Japońskie Siły Samoobrony znalazły telefon Yuko. Yasuo wysuszył go i odłożył na półkę. Kiedy go włączył, na ekranie świeciła się niewysłana wiadomość: „Tsunami jest ogromne”.

Pod koniec 2013 r. Yasuo zrobił kurs nurkowania. Kiedy z nim rozmawiałam, opowiadał o zeszytach, fotografiach i kościach zwierząt, które znajduje pod wodą. Myślał, że przeszukiwanie zatoki przy Onagawie skończą w dwa, może trzy lata. Tak mówił jego instruktor.

Minęło sześć lat od naszego spotkania. W tym czasie o Yasuo napisano jeszcze więcej reportaży, a nawet nakręcono film I Want to Go Home. Jego córka wróciła do miasta, urodziła syna. Yasuo zajmuje się wnukiem dwa razy w tygodniu. – To nie jest tak, że nie czuję upływu czasu. Tak, minęło 10 lat. Tylko że dla mnie to nie ma znaczenia.

Yasuo i Masaki nie skończyli przeszukiwać zatoki. W niektórych miejscach – na szlakach statków – nie wolno im nurkować. W inne wracają wielokrotnie. Schodzą coraz głębiej.

Yasuo mówi, że przez te sześć lat podwodny krajobraz się zmienił. Dno Pacyfiku jest bardziej muliste i zanieczyszczone. Nie znajduje już drobiazgów – tylko samochody, rybackie sieci i liny. Kiedy znajdzie coś, co można zidentyfikować, np. tablicę rejestracyjną, informuje o tym policję.

– Ciągle słyszysz historie o kościach odnalezionych na zniszczonym wybrzeżu. To oznacza, że szansa znalezienia kości mojej żony jest większa niż zero.

W 2021 r. Yasuo ciągle szuka.

Jedyna odpowiedź na pytanie, ile trwa żałoba, to: tyle, ile musi trwać.

***

Żałoba to nie zamykanie jednego etapu i przechodzenie do kolejnego. To labirynt, w którym ciągle potykamy się o samych siebie. I ciągle od nowa uczymy się akceptować rzeczywistość, stawać na nogi, znajdywać sens i budować więzi. Także ze zmarłymi.

Ostatni raz kości znaleziono w październiku 2019 r. – tak donoszą gazety. Kość podbródka i fragment zęba zaplątały się w sieci rybackie w mieście Watari. Nippon.com pisał, że ofiara to 27-letnia Maki Okubo, pracownica miejscowej szkoły jazdy, która zaginęła 11 marca 2011 r. Gazeta cytuje słowa mamy Maki: „Chcę powiedzieć wszystkim zrozpaczonym rodzinom, które jeszcze nie odnalazły ofiar – nie poddawajcie się”.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Stan Chow/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Stan Chow/Flickr (CC BY 2.0)

W Japonii, ale i na całym świecie, ciągle odnajduje się pozostałości po tsunami. Pod koniec 2020 r., 300 kilometrów na południe od Tokio, znaleziono łódź rybacką z krabami pływającymi w środku. Pochodziła z Kesennumy (1152 ofiar śmiertelnych, 214 zaginionych). Specjaliści wypowiadający się dla „Mainichi Shimbun” uważają, że łódź przepłynęła do wybrzeży Ameryki Północnej, potem zawędrowała na południe do Azji Południowo-Wschodniej i ruszyła na północ do wybrzeży Japonii.

Ale choć ciągle jeszcze szuka się ofiar tsunami (wybrzeże prefektury Fukushima przeczesuje 61 policjantów), to z ostatnim dniem marca 2021 r. oficjalnie kończy się faza rekonstrukcji. Mija 10 lat od powołania przez rząd Biura Odbudowy (Reconstruction Agency), które odpowiada za rekonstrukcję zniszczonych terenów (z wyjątkiem skażonego obszaru wokół Fukushimy – o czym później). W kolorowych broszurach zapisanych drobnym drukiem czytam, że od 2011 r. na odbudowę dróg, domów oraz leczenie ludzi wydano 31 tln jenów, czyli około bilion złotych. Odbudowano linie kolejowe (w całości) i drogi (z małymi wyjątkami). Usunięto ponad 30 mln ton szczątków. Odzyskano 94% ziemi uprawnej, odbudowano 97% przetwórni ryb.

Zbudowano 154 tys. domów, 30 tys. budynków komunalnych, 18 tys. domów przeniesiono na wyżej położone tereny.

Zostało 42 tys. osób, które czekają na przeprowadzkę do własnego domu.

Z czego aż 2 tys. ciągle żyje w domach tymczasowych.

***

Gdyby Tokio w 2013 r. nie wygrało konkursu na gospodarza igrzysk, może ludzie w Tōhoku szybciej przenieśliby się do własnych mieszkań. Ale firmy budowlane od bloków wolały budować stadiony. To dlatego w 2014 r. czytałam o przeterminowanych kontenerach.

Przez te kilka lat oczekiwania sąsiedzi oswoili się ze sobą, zbudowali wspólnoty. To właśnie do nich jeździł mnich Kaneta ze swoją mobilną kafejką. Uruchomił ją tuż po tsunami.

W książce, którą wydał w styczniu 2021 r. (Trzęsienie Ziemi w Tōhoku 3.11. Pomiędzy życiem a śmiercią) i której fragmenty przesłał mi mailem, pisał, że w normalnej sytuacji wsparcie oferowane przez grupy religijne nie powinno trwać dłużej niż dwa, góra trzy lata. Inaczej ludzie uzależniają się od pomocy, łatwo zmienić ich w wyznawców. Kaneta nazywa to kolonializowaniem serc. Pisze: „Pilnowaliśmy, żeby być towarzyszami, a nie przywódcami. W odpowiednim momencie trzeba zacząć się wycofywać. Krok po kroku”.

Ale w tej katastrofie nic nie było normalne. Kaneta nawet nie zauważył, kiedy minęło pięć lat. Przez ten czas regularnie odwiedzał kilkadziesiąt osiedli domów tymczasowych. Przywoził stoły, krzesła, kawę, ciastka i kilku mnichów. Nie zawsze z tej samej szkoły buddyzmu. Nie zawsze tego samego wyznania. To nie religia miała dla Kanety znaczenie. Kafejkę nazwał Café de Monk.

Bo monk to po angielsku mnich.

Bo Monk to jego ulubiony jazzman.

Bo monku to po japońsku „narzekać”.

Mnisi puszczali muzykę i zaczynali słuchać tego, co ludzie chcieli z siebie wyrzucić.

– Przez pierwszy rok prawie nic nie mówili. Zużyliśmy wtedy dużo chusteczek. W drugim roku do ludzi zaczęła docierać skala tego, co się stało. Nie przestawali pytać: „Dlaczego?”. W trzecim roku pojawiła się akceptacja. A w czwartym śmiech – tak opowiadał mi Kaneta w 2015 r. I dodawał, że boi się momentu wyprowadzki. Wspólnota, którą stworzyli, zniknie. Każdy pójdzie w swoją stronę. Znowu będą musieli zaczynać od nowa.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)

Dziś Kaneta już wie, co się stało dalej. W mailu pisze, że w piątym roku pojawiły się choroby i świadomość starości. Większość młodych, nie oglądając się na rząd, już dawno przeniosła się do miasta. Przy kawie w Café de Monk, coraz częściej narzekano, że już nigdy nie uda się z tego tymczasu wyprowadzić. Kaneta żartował na do widzenia: „Hej, tylko mi tu nie umierajcie! Chyba nie chcecie umrzeć w domu tymczasowym. Żyjcie! Wkrótce znowu przyjadę”. Śmiali się i kiwali głowami.

Kiedy w końcu przeprowadzili się, każdy do innego domu komunalnego, rzeczywiście okazało się, że trudniej zaprzyjaźnić się z sąsiadem, kiedy oddzielają cię od niego solidne drzwi, a nie cieniutka ściana. Mnich Kaneta uważa, że to była przeprowadzka w ciszę.

Jeden z mężczyzn, którzy przychodzili narzekać w Café de Monk, po kilku miesiącach od przeprowadzki wrócił do tymczasowego osiedla. Zabił się w miejscu wspólnych spotkań.

„Przed trzęsieniem ziemi w Japonii samobójstwo popełniało 30 tys. ludzi rocznie – wyjaśnia w książce Kaneta. – Były one powiązane z sytuacją rodzinną, ekonomiczną, instytucjonalną. To nie była osobista sprawa, tylko znacznie szerszy problem. Żyliśmy w samotnym wyizolowanym społeczeństwie, bez więzi. Poprzednikiem Café de Monk była moja działalność próbująca zapobiec samobójstwom. Czy nam się udało? Czy odpowiedzieliśmy na nieme wołanie 30 tys. ludzi – każdego roku? 300 tys. w ciągu 10 lat?”.

W broszurze Biura Odbudowy na pierwszej stronie widnieją statystki, które zamiast liczby 15899 zabitych podają: 19729. W nawiasie dodają: „włączając w to ofiary śmiertelne związane z katastrofą”. 3830 osób nie zabrała fala, tylko: smutek, pogarszające się zdrowie i stres.

Japońscy naukowcy potwierdzają, że na terenach dotkniętych katastrofą w ciągu czterech lat wzrosła liczba samobójstw, głównie wśród mężczyzn. Najwięcej badań przeprowadzono w Fukushimie. Wzrost zaobserwowano tuż po tsunami i potem po kilku latach, kiedy ludzie mogli wrócić do swoich domów. I kiedy odkryli, że to, na co czekali, już nigdy nie będzie takie, jak przed 2011 r.

W zeszłym roku rząd podjął decyzję o nierozwiązywaniu Biura Odbudowy (początkowo zostało powołane na 10 lat). Ma funkcjonować do 2031 r. Teraz zaczyna się druga faza, która skupia się na rozwoju wspólnoty i wsparciu psychicznym. Celem jest zbudowanie „Nowego Tōhoku” – lepszego niż przed 2011 r., kiedy większość młodych uciekała do dużych miast.

Jakby tsunami było szansą na zaczęcie od nowa. To było widać już w 2015 r.: projekty muzeów, ogromne festiwale, lokalne produkty. Tōhoku stało się modne. W 2019 r. odwiedziło je o 332% więcej zagranicznych turystów niż w roku 2010.

Ale o tsunami nie da się zapomnieć.

Nawet jeśli się chce. O tym, co się wydarzyło, przypomina mur. Wysoki średnio na 14 metrów, długi w sumie na 400 kilometrów – odgradza ląd od morza. Szara, betonowa ściana, warta 1,35 tln jenów (prawie 48 mld złotych), ma chronić mieszkańców Miyagi, Iwate i Fukushimy przed kolejnym tsunami.

Większość mieszkańców patrzy na szarą ścianę i nie rozumie. Mur zaburza naturalne pływy morza. Rybacy obawiają się o hodowle wodorostów i ostryg. Tracą kontakt z tym, co jest ich życiem. Przecież i tak wiele domów mieszkalnych – wielkim kosztem – przeniesiono na wyżej położone tereny.

Mur ochrania pola ryżowe.

Mężczyzna spaceruje w pobliżu betonowej ściany w mieście Miyako, w prefekturze Miyagi, w lutym 2021 r. Zdjęcie: Charly Triballeau/AFP
Mężczyzna spaceruje w pobliżu betonowej ściany w mieście Miyako, w prefekturze Miyagi, w lutym 2021 r. Zdjęcie: Charly Triballeau/AFP

Polityka wielkiej odbudowy jest ostro krytykowana. Wielu uważa, że skupiono się na odbudowaniu fasady, nie pytając, czego tak naprawdę potrzebują ci, którzy przeżyli tsunami.

Kiedy przychodzi tsunami, woda w morzu najpierw gwałtownie się cofa. Zza muru nikt tego nie zobaczy.

Wybuch

– Dzisiaj mniej ludzi przejmuje się poziomem promieniowania. Nie możemy ciągle o tym myśleć, przecież tak się nie da żyć. Ale warzywa z etykietą „Fukushima”, nadal są tańsze od tych z reszty Japonii – pisze do mnie Kenta Satō. O skażeniu, tak samo jak o tsunami, nie da się zapomnieć.

Tak naprawdę 11 marca 2011 r. wydarzyły się dwie katastrofy. Tsunami zabiło ponad 15 tys. osób. Zniszczyło wybrzeże Tōhoku. Porwało wszystko, co stało na jego drodze: domy, auta, ludzi. Ale kiedy morze się wycofało, zabierając zmarłych, katastrofa się skończyła. Rozpoczęła się żałoba.

A w Fukushimie katastrofa nadal trwa.

I to na kilku poziomach.

Bo choć nazwa Fukushima kojarzy się na świecie tylko z uszkodzoną elektrownią, to jest to również nazwa całej prefektury – trzeciej co do wielkości w Japonii, ze stolicą w mieście Fukushima, którą od położonej na wybrzeżu elektrowni Fukushima Daiichi dzieli 60 kilometrów i pasmo gór.

Prefektura ciągle nie może poradzić sobie z radioaktywną etykietą. Stąd niższe ceny warzyw i zakaz nałożony przez niektóre kraje na import ryb i owoców morza z Fukushimy. Stąd niezależne punkty mierzenia poziomu radioaktywności w jedzeniu. Stąd najbardziej wyśrubowane w kraju normy. Ale to tylko jedna strona medalu. Bo skażenie zatruwa nie tylko ziemię i jedzenie, ale też umysły. Z powodu miski ryżu rozpadają się rodziny. Często matka razem z dziećmi wyjeżdża, gdzieś gdzie nie musi liczyć bekereli. Ojciec odwiedza rodzinę tylko w weekendy. Jak powiedział mi Akira Sugenoya – chirurg, specjalista od tarczycy, który kilka lat spędził na Białorusi, lecząc dzieci po Czarnobylu, a obecnie jest burmistrzem Matsumoto (miasteczka w Alpach Japońskich, do którego przeniosło się wielu byłych mieszkańców Fukushimy) – promieniowanie nie niszczy wyłącznie genów, ale też więzi między ludźmi.

No i jest jeszcze sama elektrownia oraz skażone tereny wokół niej. Wbrew słowom premiera Abego z 2013 r., sytuacja wcale nie jest opanowana. Owszem, z basenu reaktora nr 4 usunięto pręty ze zużytym paliwem (to coś innego niż paliwo w rdzeniu – to wypalone paliwo, które nadal musi być chłodzone). W 2019 r. rozpoczęto ich usuwanie z reaktora nr 3 – przygotowania do tej operacji zajęły osiem lat. Do 10 lutego 2021 usunięto 535 z 566 prętów, nie tknięto jeszcze basenów w reaktorze nr 1 i nr 2. Uznano to za wielki sukces, jakby próbowano odwrócić uwagę od tego, że w trzech zniszczonych reaktorach ciągle leży (nie do końca wiadomo gdzie) stopione paliwo, które nieustannie trzeba chłodzić wodą. Przez dłuższy czas roboty, które wjeżdżały do środka, już po chwili się psuły. Nawet dla nich promieniowanie było za wysokie. Ale to również przedstawiane jest jako sukces: na stronie TEPCO, właściciela Fukushimy Daiichi, cała część poświęcona jest nowym technologiom. – Nie istnieją jeszcze technologie umożliwiające usunięcie stopionego paliwa jądrowego. Ale to nic, my je wymyślimy – tak mówił dyrektor Fukushimy Daiichi, Akira Ono, kiedy odwiedziłam zepsutą elektrownię w 2015 r.

Powiedział również, że za 40 lat w tym miejscu zobaczę nadmorski park, w którym będą się bawić dzieci.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)

Kiedy trzęsienie ziemi uszkodziło sieć elektryczną zapewniającą Fukushimie Daiichi prąd, a następnie tsunami zalało stojące w piwnicach zapasowe generatory i zabrało zbiorniki z zapasowym paliwem, reaktor stracił system chłodzenia. Rdzenie wyłączyły się automatycznie, ale choć reakcja rozszczepienia została przerwana, bez chłodzenia rdzenie zaczęły się topić. Przez kilkanaście godzin walczono o to, żeby doprowadzić do nich wodę.

12 marca o 15.36 wybuch wodoru zniszczył wtórną osłonę bezpieczeństwa w reaktorze nr 1.

14 marca o 11.01 wybuch wodoru zniszczył wtórną osłonę bezpieczeństwa w reaktorze nr 3.

Sytuację ustabilizowano dopiero 20 marca, kiedy do elektrowni wreszcie mogły dotrzeć wozy strażackie.

Katastrofa w Fukushimie Daiichi dostała siódmy, najwyższy, stopień w międzynarodowej skali zdarzeń jądrowych i radiologicznych.

***

Już w pierwszych dniach ewakuowano wszystkich mieszkańców w promieniu 20 kilometrów od elektrowni. Na początku wiatr wiał w stronę oceanu, ale 15 marca zmienił kierunek. Zaczął wiać na północny zachód.

Iitate, wioska, w której mieszka Kenta, rozciąga się od 25 do 45 kilometrów na północny zachód od elektrowni. Wszyscy myśleli, że to wystarczająco daleko. Ewakuowano tam ludzi z miasteczek położonych bliżej elektrowni.

Nikt nie ostrzegł ludzi w Iitate, że śnieg, który spadł w nocy z 15 na 16 marca, jest napromieniowany. Zaawansowany system SPEEDI, który szacował poziomy napromieniowania, wskazywał alarmujący poziom, ale rząd uznał, że jest zepsuty.

W Iitate pojawili się ludzie z licznikami Geigera. Ostrzegali, żeby nie wychodzić z domów. A najlepiej – wyjechać. To Kenta zaczął tweetować o tym, że pracuje w napromieniowanym środowisku, a ciągle nie nadchodzi nakaz ewakuacji. Dzieci bawiły się nad skażonymi rzekami, ludzie jedli skażone warzywa i pili skażone mleko. Nawet nie podano im jodu.

Nakaz ewakuacji wydano dopiero 22 kwietnia, prawie półtora miesiąca później. W Iitate zostało tylko 108 mieszkańców domu spokojnej starości.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)

Kenta uważał, że musi opowiadać o tym, co się stało. To była jego odpowiedzialność. Przez 30 lat żył tuż obok elektrowni jądrowej i w ogóle nie interesował się zagrożeniami. Po 11 marca uczestniczył w konferencjach, udzielał wywiadów, organizował warsztaty, nagrywał audycje. Jeździł po Japonii z wystąpieniami. Był w Czarnobylu. W Fukushimie chciał zbudować muzeum, w którym ludzie dowiedzą się o trzęsieniu ziemi, tsunami i promieniowaniu.

Razem z nim odwiedziłam Iitate. Przy drogach, na polach, wszędzie stały czarne worki pełne skażonej ziemi. Proces oczyszczania polega na myciu jezdni i budynków oraz usuwaniu kilku centymetrów wierzchniej warstwy ziemi, pakowania jej do worków i zastępowania nową – wydobytą z rozkrojonych gór. Do worków trafiała również trawa, liście i gałęzie. Czarne worki stały się wizytówką prefektury Fukushima. Uświadamiały jedną rzecz – skażenia nie da się usunąć. Można je tylko przenieść gdzieś indziej.

Rząd obiecał, że do 2045 r. skażona ziemia trafi na stałe do miejsca gdzieś poza Fukushimą. Do dzisiaj nie udało się go wyznaczyć. Worki trafiają do tymczasowego składu. A niektóre ciągle stoją gdzieś na poboczu. W 2019 r. opisywał je dla „The Diplomat” Maxime Polleri: „Worki zaczynają się rozpadać – pod wpływem gazu uwalnianego przez gnijącą ziemię. Wewnątrz nich rosną kwiaty i rośliny, które rozrywają plastikowe powłoki”.

Za domem Kenty rozciąga się las. Do 2011 r. Kenta zbierał w nim grzyby i jadalne rośliny. W rzece łowił srebrzyste rybki.

W 2015 r. 20 metrów za domem między pniami wisiała biała taśma.

– Dalej nie sprzątają – powiedział Kenta.

***

Rząd ogłosił zakończenie czyszczenia części skażonych miejsc już w 2015 r. Dla Iitate zakaz ewakuacji zniesiono (częściowo) w 2017 r. Wróciło 1482 z około 6 tys. osób.

– W 2010 r. w Iitate 30% ludzi było po sześćdziesiątcepiątce – pisze Kenta. – Średnia krajowa w tamtym czasie wynosiła 22,8%. Dziś w Iitate 70% ludzi ma więcej niż 65 lat.

Dla setki uczniów otworzono przedszkole, podstawówkę i gimnazjum. Ale liceum już nie. W Iitate nie ma nawet supermarketu.

Choć Kenta w 2017 r. został wybrany do samorządu i choć w 2018 r. przejął po zmarłym ojcu mieszczącą się tam firmę, to w Iitate nie mieszka. Przeniósł się do stolicy prefektury. Woli, żeby jego dzieci dorastały w mieście. A kiedy jedzie z nimi do domu, nigdy nie pozwala im bawić się w lesie.

– Jedno wiem z pewnością. Nasze życie się zmieniło. I nie ma powrotu do poprzedniego.

Ale mnich Kaneta ma wątpliwości, czy wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Pisze mi o tym, że właśnie podjęto decyzję o ponownym uruchomieniu elektrowni jądrowej w Onagawie – która prawie została zniszczona przez tsunami.

– Denerwuje mnie to. Przecież żaden z problemów Fukushimy Daiichi nie został rozwiązany.

Fukushima Daiichi, 2013 r., zdjęcie: Jun Teramoto/Flickr (CC BY 2.0)
Fukushima Daiichi, 2013 r., zdjęcie: Jun Teramoto/Flickr (CC BY 2.0)

Jednym z większych problemów Fukushimy Daiichi jest skażona woda. Żeby woda gruntowa nie przepływała przez roztopione rdzenie i nie wypływała do oceanu, naokoło reaktorów m.in. zmrożono ziemię, tworząc w ten sposób ścianę z lodu. Choć udało się zmniejszyć przepływ wody gruntowej, to nadal pozostaje kwestia wody używanej do chłodzenia stopionego paliwa. Na terenie elektrowni zbudowano układ do jej oczyszczania. Według TEPCO dzięki niemu poziom radioaktywnego cezu i strontu zostaje zmniejszony do dopuszczalnych przez rządy wartości. Ale nie udaje się pozbyć trytu, czyli radioaktywnego wodoru. To dlatego woda przetrzymywana jest w wielkich zbiornikach, które zajmują coraz więcej miejsca. W 2021 r. jest ich 1061, znajduje się w nich 1,24 mln metrów sześciennych wody. Już w 2015 r. mówiono mi o tym, że miejsca zaczyna brakować. W roku 2020 postanowiono coś z tym zrobić. Rząd japoński ogłosił, że zgodnie z radą ekspertów i za zgodą Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej w 2022 r. rozpocznie się wylewanie skażonej wody do oceanu.

Nawet jeśli rzeczywiście nie będzie to stanowiło większego zagrożenia (tryt to jedyny radioaktywny pierwiastek, który występuje naturalnie – elektrownie jądrowe rutynowo wpuszczają go w niedużych stężeniach do oceanów), to przeciwko wylaniu skażonej wody protestują rybacy z Fukushimy, którzy wiedzą, czym to się skończy. Kolejnymi zakazami eksportu, obniżonymi cenami, niemożliwością spłacenia kredytów, które zaciągnęli, żeby odbudować się po tsunami.

Ale największym problemem – umiejętnie schowanym za interaktywnym spacerem po elektrowni, który można odbyć na stronach TEPCO – są stopione rdzenie. To musi wybrzmieć i to głośno: w trzech zniszczonych reaktorach Fukushimy Daiichi leży stopione paliwo.

Ciągle rozgrzane, ciągle radioaktywne.

Zgodnie z pierwotnym planem rozpoczęcie usuwania stopionego paliwa miało nastąpić w 2021 r. Już wiadomo, że tak się nie stanie. Na stronie TECPO pojawiają się kolejne informacje o wydłużeniu prac z powodu COVID-19 (w Wielkiej Brytanii przerwano prace nad robotem, chorują kolejni pracownicy elektrowni).

30 grudnia 2020 r. „Asahi Shimbun” napisało o nowym pomiarze przeprowadzonym przez Nuclear Regulation Authority. Okazuje się, że wokół dwunastometrowych włazów, które trzeba podnieść, żeby dostać się do środka rdzenia w reaktorze nr 2 i nr 3, promieniowanie wynosi 10 siwertów na godzinę.

Żeby zabić dorosłego człowieka, wystarczy pięć siwertów.

Cytowany przez „Asahi Shimbun” szef NRA, Toyoshi Fuketa skomentował: „To będzie miało ogromny wpływ na proces likwidacji elektrowni”.

Pewnie wydłuży się o kolejne 10 lat. Czy nie prościej byłoby się poddać i zalać ją betonem? Tyle że Japonii nie stać na porzucenie energii jądrowej. To dlatego ciągle mówią, że sytuacja jest pod kontrolą.

Wirus

Pan Teiichi niedawno wrzucił na Facebooka zdjęcie: ubrany jest w czarne, ortalionowe spodnie, kurtkę, gumowe rękawiczki, maskę i czarny kapelusz z woalką z plastiku. Stoi przed swoim sklepem z nasionami. Za plecami ma drewniane deski wygrzebane z resztek miasta Rikuzentakata (1656 ofiar śmiertelnych, 223 zaginionych). Namalował na nich twarz. Źrenice to gwiazdy, z oczu płyną łzy. Nad twarzą pan Teiichi napisał: „Sieję ziarna nadziei w sercu”.

Pamiętam tę twarz z mojej wizyty w 2015 r., kiedy sklep pana Teiichiego stał niżej, bliżej morza – na terenach zagrożonych. Dokładnie w tym samym miejscu, co przed tsunami. Zamiast miasta otaczał go plac budowy. W tle było widać samotną sosnę – jedyne drzewo, które ocalało z siedemdziesięciotysięcznego lasu sosen porastającego wybrzeże.

Z panem Teiichim rozmawialiśmy o jego książce – Ziarno nadziei w sercu. Pisał ją po angielsku, choć angielskiego nie zna. W obcym języku oswajał nieoswajalne słowa. W obcym języku próbował zrozumieć katastrofę.

Tsunami stało się jego obsesją. W archiwach czytał o tsunami z przeszłości, mierzył pnie drzew i obliczał ich wiek. Słona woda zabija ich korzenie. Jeśli ciągle stały, choć były starsze od największych tsunami, to znaczy, że do nich fala nie doszła.

Kilka lat po naszym spotkaniu pan Teiichi przeniósł się na wyżej położone tereny. Pisze mi: „Teraz mieszkam 30 metrów nad poziomem morza. Najprawdopodobniej to miejsce jest bezpieczne”.

Pan Teiichi nie przestaje poprawiać swojej książki. W 2017 r. przesłał mi piąte wydanie. We wstępie napisał: „Tak długo jak mam ziarno nadziei w sercu, mogę żyć wszędzie. Pewnie inni mają tak samo. Nieważne, co się wydarzy; nieważne, jak jest ciężko, musimy iść naprzód. To dlatego – nawet jeśli twoje miasto zostało kompletnie zniszczone […] nawet jeśli straciłeś wszystko – miej mocną duszę, spójrz w niebo i idź naprzód. Wtedy naprawdę zasiejesz ziarno nadziei w sercu. A z czasem, zbierzesz szczęście”.

Fotografię w covidowym ubraniu podpisał: „Sklep z nasionami jest dziś w pełni uzbrojony! Nie mogę się zakazić ani nie mogę zakazić was. Wyglądam śmiesznie? Sprzedaję ziarna śmiechu”.

***

W Japonii na wirusa zmarło 6557 osób. Chorowało – 408 tys. W państwie obowiązuje stan zagrożenia zdrowia publicznego. Po raz pierwszy od 10 lat odnotowano wzrost samobójstw. W 2020 r. samobójstwo popełniło 20919 osób, w tym czasie na koronawirusa zmarło 3459 osób. Znacząco wzrosły samobójstwa wśród kobiet: z 885 w 2019 r. do 6976. O tych statystykach pisze Alex Martin dla „The Japan Times”. Opisuje historię kobiety, która popełniła samobójstwo 15 stycznia 2021 r. Zostawiła notkę: „Przepraszam za problemy, które spowodowałam”. Kobieta razem z córką przeszła łagodną wersję wirusa. Zaczęła obawiać się, że to ona zainfekowała córkę, a córka mogła zarazić kogoś w szkole.

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Stan Chow/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Stan Chow/Flickr (CC BY 2.0)

Rozpoczyna się nowa katastrofa. Może ci, którzy przeżyli tę z 2011 r., mogą nas czegoś nauczyć? Wiedzą, jak radzić sobie z traumą.

Kenta działa.

Mnich Kaneta słucha.

Pan Teiichi pisze.

Yasuo Takamatsu nurkuje.

Babcia Abe produkuje lokalne przysmaki.

Pan Sasaki rozmawia ze zmarłymi przez telefon.

Hiroki Terai uczy ludzi płakać.

Mnich Urakami uczy ludzi umierać.

Wszyscy uczą nas, jak pełniej żyć.

– Jest coś, co łączy Fukushimę z COVID-19 – pisze mi mnich Kaneta, który uważa, że stopnienie trzech reaktorów to było ostrzeżenie. Tak samo jak wirus. – Wydaje mi się, że ktoś lub coś pyta nas, jakie są nasze wartości i priorytety. Każe nam się zastanowić nad cywilizacją, w której żyjemy. Nad stylem życia, który wybraliśmy. Globalizacja, gromadzenie się ludzi w wielkich skupiskach miejskich, zniszczone systemy polityczne (zwłaszcza w Japonii) – czuję, jakby Ziemia spadała, osuwała się na dno.

Ile jeszcze ostrzeżeń będziemy potrzebować?

Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)
Tōhoku, 2011 r., zdjęcie: Akinori Yamada/Flickr (CC BY 2.0)

***

Już po publikacji tekstu przeczytałam informację w "The Guardian", że 17 lutego 2021 roku znaleziono szczątki 61-letniej Natsuko Okuyamy z Higashimatsushima w prefekturze Miyagi. Natsuko zaginęła 10 lat temu podczas tsunami.

Dziękuję Eri Kawai Kobayashi i Tatsuyi Yabuuchiemu za pomoc w przygotowaniu tekstu i rozmowy z bohaterami.

Podziel się tym tekstem ze znajomymi z zagranicy lub przeczytaj go po angielsku na naszej anglojęzycznej stronie Przekroj.pl/en!

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!