Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Kamil Bałuk

Normalny zespół

Tobiasz Papuczys/ Instytut Grotowskiego
Normalny zespół
Normalny zespół

„Fajne masz włosy, też takie chcę” – dotyka mojej głowy Adam, a ja nawet się nie dziwię. Wystarczająco udzieliła mi się niepoważna atmosfera panująca w piwnicy dawnej siedziby PZPR w Pile. To tu zespół Na Górze ma próby, a Adam to ich wokalista. Za chwilę zacznie wykrzykiwać słowa najnowszej piosenki: „Król! Król!/Ma prezydenta/ma parlament/ma telewizję/ma w dupie nas/Król!/Król!/Po co nam król?”.

Salka prób liczy 4 × 5 m. Pięcioosobowa kapela dzieli ją z Grabażem i zespołem Strachy Na Lachy. Na ścianach: kalendarz z roznegliżowanymi kobietami, plakat z hiszpańskiego festiwalu, powiększona do posterowych rozmiarów okładka kultowej płyty Joy Division Closer. Pełen rock and roll. I chociaż z fotografem grzecznie pijemy herbatę i chrupiemy ciasteczka, to piwo już się chłodzi. No bo jak to – próba zespołu rockowego bez piwa? Wypiją dopiero wtedy, gdy wybrzmi ostatnia piosenka – kiedy pili podczas prób, kończyło się tak, że nie trzymali rytmu. Bywało, że któryś zanadto gwiazdorzył. 

„Ja grałem sobie, a on sobie, przestawaliśmy być zespołem” – śmieje się Krzysztof Nowicki „Kris”, klawiszowiec.

Kris ma przed sobą 61 klawiszy i sześć pokręteł syntezatora Roland z przyklejonym na przodzie logo zespołu. Na klawiszach, nieco z boku, położył papierową ściągę z tytułami piosenek: Znowu przyszła, Serce, Choroba, Debil. Klawiszy dotyka w pełnym skupieniu, z wyczuciem. Niestety, tylko jedną ręką, lewa nie nadąża mu za prawą, nie potrafił jej wyćwiczyć i z dwojga złego lepiej, by zwisała swobodnie.

Robert Wasiak, zwany „Małym”, perkusista, ma z kolei problemy z mówieniem. Opracował własny język migowy, który przydaje mu się na zagranicznych występach. 

„Bo kto się dogaduje na migi, temu chętniej polewają” – żartuje kolega z zespołu.
Kiedy trzeba się z kimś dogadać, koledzy delegują Roberta – mimo że na próbach odpowiada im zwykle pojedynczymi słowami i okrzykami.

Adam Kwiatkowski, wokalista, w teksty wczuwa się jak nikt, ale ich nie pisze. Zresztą w ogóle nie umie pisać ani czytać.

Taki właśnie mają styl.

„Wszystko byłoby dobrze, proszę księdza – powiedziała organizatorowi chrześcijańskiego festiwalu jedna ze słuchaczek – gdyby oni grali na trzeźwo!”

„Ależ, proszę pani, oni nie są pijani – odpowiedział ksiądz. – Oni są niepełnosprawni”.

Krasnoludków nie będzie

Może to ten jeden, przypadkowo odebrany telefon wszystko zmienił?
W 1991 r. w Domu Kultury w Chodzieży odebrał go młody, długowłosy Wojtek Retz. Już od szkoły średniej chodził tam posłuchać jazzu, angażował się w działający w piwnicy klub miłośników muzyki. Siedzieli ze znajomymi, słuchali winylów. Gdy ktoś miał nową zdobycz, przynosił na spotkanie. Jaka muzyka? Dylan, Floydzi, AC/DC, Maanam, Klaus Mitffoch, Republika, czasem to, co puszczał w Trójce Kaczkowski.

Oprócz klubu muzycznego młody Retz organizował wymyślone przez siebie od zera Święto Wrażliwości. „Bo Wojtek jest od działań niekonwencjonalnych” – mówili w tamtym czasie w domu kultury. 

„Czyli jakich?” – pytam 30 lat później.

„Wystawy malarskie, koncerty okolicznych artystów, wydawanie tomików poezji, happeningi. Dzisiaj to zwyczajne wydarzenia, ale w tamtym czasie dla starszego pokolenia niekonwencjonalne było nawet to, że mieliśmy długie włosy. Lubiłem spotkania z ludźmi, wymianę twórczej energii. No i pewnego razu odebrałem telefon”.

„Właśnie odnawiam budynek, w którym powstanie Dom Pomocy Społecznej. Mam do przemalowania kilka ścian, może młodzież coś pomaluje? Chciałabym rozmawiać z plastykiem” – poprosiła kobieta po drugiej stronie słuchawki.

Retz nie przekazał telefonu plastykowi. Powiedział, że nie ma sensu marnować ścian na schematyczne widoczki.

„Zaproponowałem jej – mówi – że z grupą młodych artystów z okolicy chętnie zrobię nowoczesne graffiti wewnątrz budynku. Maniek, taki gitarzysta i jeden z tych, co to mieli »rozwalić dom kultury«, namalował pejzaż: szerokie morze na całą ścianę i spadająca do niego olbrzymia kropla. Wokół różne kolory, trochę psychodeliczne”.

Kiedy po malowaniu zobaczyła to plastyczka, powiedziała, że takie ostre malarstwo niezbyt pasuje do domu, w którym będą mieszkać niepełnosprawni. Ale szefowa ośrodka powiedziała do Retza: „Wie pan co? Pan się chyba na tym zna, dobrze byśmy się porozumieli. Może zatrudnię pana na stałe?”. Bo jeśli ktoś jest artystą, przyzwyczajonym do wykraczania poza standard, to na pewno zrozumie niestandardowych podopiecznych Domu.

Kilka tygodni później Retz pracował już w jej DPS-ie na pół etatu. Drugie pół wciąż miał w Domu Kultury – dziś mówi, że tak się trochę zabezpieczał. Nie miał przecież pewności, że ta współpraca z niepełnosprawnymi wypali. Twierdzi, że uratował go brak wykształcenia kierunkowego: „Nie jestem terapeutą, tylko kaowcem, więc działam nieschematycznie”.

Zanim 60 przyszłych podopiecznych przeprowadziło się do Rzadkowa, odwiedził ich w poprzednim domu pomocy, w którym mieszkali. Pierwsza wizyta nie była łatwa: szare ściany, podarte ciuchy, jeden z mężczyzn siedział i się ślinił, inny uderzał głową w ścianę, może byli pod wpływem środków uspokajających. Bywa, że personel je podaje, żeby za bardzo nie przeszkadzali.

Retz najpierw się rozpłakał. A potem pomyślał: chyba zrobię tu teatr.

Najbardziej zaburzona była u chłopaków mowa. Ale Retz zobaczył, że niektórzy, np. osoby z zespołem Downa, mają bardzo plastyczne ruchy – wystarczy znaleźć im strój, dobrać odpowiednie światło, wpuścić na scenę. I już, mogą nawet improwizować. Teatr łączy przecież muzykę, ekspresję ruchową, sztuki plastyczne, tak że nie trzeba nawet zbyt dużo mówić. 

„Czułem, że to musi wyjść” – mówi.

Przeczucia postanowił sprawdzić, jadąc na festiwal dla niepełnosprawnych. Obejrzał pierwszy spektakl, potem drugi i już wiedział: ich teatralne sztuki powstaną z buntu.

„Buntu przeciwko czemu?” – pytam. 

„Przeciwko syfowi, który tam widziałem. Denerwowało mnie robienie z niepełnosprawnych małp, obsadzanie ich w roli krasnoludków, czerwonych kapturków – odpowiada. – W dorosłych ludziach opiekunowie widzieli jedynie dzieci, tylko przez to, że mieli oni pewne ograniczenia intelektualne. To szło prosto skrótem myślowym – skoro to pod względem umysłowym dzieci, to mogą grać tylko w baśniach. Publiczność klaskała z litości, urzędnicy byli zadowoleni, że pokazują się w ważnym społecznie kontekście. Aktorzy, to prawda, cieszyli się, ale to tym gorzej, bo nie widzieli, że to wszystko było oszukiwane!” 

Retz postanowił, że u niego oklaski będą za dobry występ, a nie z litości. W teatrze granice się przesuwają i to, co na ulicy wydaje się niewygodne, dziwne, na deskach teatralnych jest już performance’em.

„Teatr lubi wszystko, co przejaskrawione – mówi. – A dla chłopaków przejaskrawione zachowanie to stan naturalny. Był w DPS-ie Józek, którego niepełnosprawność objawiała się tym, że każdy ruch miał spowolniony. Kiedy podawał ci rękę, zajmowało mu to kilka sekund. Na jednym ze spektakli dałem mu proste zadanie: miał trzymać worek, nabierać z niego dłonią piasek i powoli sypać na scenę, tak jakby siał ziarno. Przy jego ekspresji efekt był porażający.

Kiedy indziej Józek był jednym z głównych aktorów sztuki Pieśń kolorów – leżał na podłodze, bez koszulki, przykryty szmatami. Pozostali chłopcy, każdy ubrany w koszulkę innego koloru, podchodzili pojedynczo i usuwali z Józka szmatki jedna po drugiej, stopniowo go odsłaniając. Józek wstawał, chwytał z podłogi białą bluzę i wkładał ją na siebie. W swoim tempie, czyli dla niego normalnie, ale dla publiczności – teatralnie, powolnie. Na końcu każdy z aktorów malował Józka bluzę na swój kolor”.

„Jaka była fabuła?” – pytam.

„Nie było jakiejś konkretnej, to był zbiór scen: muzyka, malowanie i sypanie piaskiem. Widz mógł je sobie złożyć we własną opowieść. Aktorzy mieli jeden cel – zaciekawić widza. To byli ludzie z głęboką niepełnosprawnością, Józkowi trzeba było przypominać na niektórych spektaklach, żeby włożył bluzę. Potem jego jedyne zadanie było takie, żeby stał. No, ale jak on majestatycznie stał! Wtedy odkryłem zasadę, która do dzisiaj jest hymnem naszego zespołu: »zrób efekt z defektu«”.

Tobiasz Papuczys/ Instytut Grotowskiego
Tobiasz Papuczys/ Instytut Grotowskiego

Swoich aktorów Retz oswajał z teatrem krok po kroku: najpierw stał z nimi na scenie, potem tylko podpowiadał coś zza kulis. Zjeździli razem całą Polskę, wygrali Łódzkie Spotkania Teatralne, czyli wreszcie zwyczajny przegląd teatrów niezależnych i alternatywnych, a nie coś dla niepełnosprawnych. Po kilku występach jeden z chłopaków z DPS-u, Adam Kwiatkowski, potrafił już wykonać własną improwizację. Wkrótce miał się objawić jego talent wokalny.

Bo Retz po jakimś czasie zobaczył, że z niektórymi będzie można robić coś więcej niż teatr. Zauważył, że jeden z jego podopiecznych, nieżyjący już dziś Robert Bartol, podśpiewywał piosenkę z popularnego serialu. Było to o tyle dziwne, że wcześniej psycholodzy zdiagnozowali go jako niezdolnego do mówienia.

„Spytałem go po niezbyt udanym występie, co się stało – opowiada Retz. – Tak z przyzwyczajenia, nie licząc, że się odezwie. A on odpowiedział mi, po raz pierwszy w życiu: »Za dużo ludzi«. Okazało się, że nie tylko potrafi mówić, ale też śpiewa. Niskim głosem, takim trochę jak Tom Waits”.

Inny mieszkaniec Domu Pomocy, Robert Wasiak, ksywa „Mały”, pukał rytmicznie łyżeczką w talerz. Retz puścił mu film instruktażowy dla perkusistów jazzowych, załapał od razu. „Bębniarz. To będzie nasz bębniarz” – pomyślał Retz, chociaż żadnych bębnów jeszcze nie było i „Mały” na pierwszym koncercie walił pałeczkami w kartonowe pudła.

Zespół miał taką samą nazwę, jak wcześniej ich grupa teatralna – Na Górze, bo ich DPS znajdował się na wzniesieniu. 

Był dzień przed Wigilią 1994 r., kiedy w macierzystym DPS-ie w Rzadkowie zagrali trzy kawałki: Hej heja, Gdy ci smutno, Rampam. Po latach śpiewali tak:

Zbudowałem dom z niepewności
zbudowałem dom z pytań
zbudowałem dom z samotności
zbudowałem dom z oczekiwań. 

Tylko żeby śrubki nie odkręcił


Dziś listy artystów, z którymi przez ostatnie 23 lata dzielili scenę, pozazdrościłoby im wielu: Kult, Strachy Na Lachy, Hey, Pablopavo, Maciej Cieślak ze Ścianki, Jarosław Kozłowski z zespołu Pogodno, Zbigniew Zamachowski. To, że salę prób dzielą ze Strachami Na Lachy, też nie jest przypadkowe. Dwóch gitarzystów tego zespołu, Longin Bartkowiak i Mariusz Nalepa, zanim dołączyło do zespołu Grabaża, przez lata grało z chłopakami w Na Górze.

Zespół obecnie działa już niezależnie od DPS-u, w którym powstał, i tworzą go: Adam i „Mały”, nadal przebywający w Rzadkowie, Kris, który mieszka samodzielnie, oraz dwóch pełnosprawnych – basista Jacek i „Woju”, czyli Wojtek Retz. „Nie pisz »pełnosprawnych«! – protestuje Retz. – Nie istnieją przecież ludzie całkowicie sprawni. Każdy ma jakąś ułomność, tylko niektórzy bardziej widoczną”.
Zespół ma za sobą setki koncertów, i to w nie byle jakich miejscach: na Malcie w Poznaniu, w Jarocinie, na festiwalu Unsound. Na dziesięciolecie istnienia supportował ich Wojciech Waglewski i Voo Voo. 

Ale popularność przychodziła stopniowo. Pierwszą kasetę z nagraniami zespołu obejrzał Mariusz Nalepa, jeden z instruktorów terapii zajęciowej. Był pewien, że zobaczy chłopaków walących w cymbałki bez ładu i składu. A tu szok – normalne kawałki. Dyrekcja DPS-u sprezentowała im głośniki, perkusję, po pierwszych płatnych koncertach mieli już wzmacniacz.

Zagrali też w galerii w Szczecinie, na imprezie o nazwie Święto Działań Niezwykłych. Właściciel był tak zachwycony, że załatwił chłopakom z Na Górze wspólny koncert z zespołami Hey i Kult. Nie mieli dobrego sprzętu, więc spytali, czy mogą grać na tym należącym do Kultu. Perkusista spojrzał na „Małego” i powiedział: „No dobra, tylko żeby mi tu żadnej śrubki nie odkręcił”. „Mały” usiadł, zaczął grać. Perkusista na to: „A nie, widzę, że spoko”.

W 1996 r. nagrali kasetę, którą rozdawali ludziom. Sympatyzujący z nimi właściciel galerii odtworzył ją muzykowi Acid Drinkers, Arki Noego i Luxtorpedy – Robertowi „Litzie” Friedrichowi.

Wojtek Retz: „»Litza« tak się zachwycił naszą muzyką, że postanowił wydać nam płytę za pieniądze, które zarobił w Arce Noego. Dzieciaki z zespołu zaśpiewały z nami jeden utwór”.

Nagranie dostał od „Litzy” Tomasz Budzyński z zespołu Armia. Jeszcze nie wiedział, że w przyszłości Na Górze uratuje Armii występ. Kiedyś kapela Budzyńskiego grała na plenerowym koncercie w Nowej Hucie. Na miejscu okazało się, że repertuar Armii nijak nie pasował do preferencji publiczności – mieszkańcy na balkonach szaleli przy piosenkach Haliny Frąckowiak, ale inny softrockowy zespół przywitała cisza. Trzeba było znaleźć coś, co wpadnie w ucho.

„Co robić?” – naradzał się w busie zespół Armia. 

„Zagrajmy Rampam zespołu Na Górze. Tekst jest prosty: 

Tu jestem JA 
tam jesteś TY
a dookoła jesteśmy MY
Rampapararam, rampapararam
”.

„Zagraliśmy chyba z siedem razy zwrotkę i tyle samo refrenów. Za piątym razem publika śpiewała już z nami, no to solówka i znowu dwie zwrotki. Szał!” – wspomina po latach w swojej książce Budzyński. Armia bisowała kilka razy, a kiedy wyjeżdżali, z pobliskich krzaków usłyszeli niezbyt trzeźwe okrzyki osiedlowych fanów muzyki: „Rampapararam!”. 

Tobiasz Papuczys/ Instytut Grotowskiego
Tobiasz Papuczys/ Instytut Grotowskiego

W Internecie można znaleźć prowizoryczny teledysk do tej piosenki złożony ze starych zdjęć zespołu. Na fotkach jest 20 lat młodszy Wojtek Retz, wokalista Adam Kwiatkowski. Jest też nieżyjący już drugi wokalista Robert Bartol, który śpiewał tak niewyraźnie, że „Gazeta Wyborcza” porównała go przed laty do liderów brytyjskich punkowych zespołów, w kółko wykrzykujących dwa słowa. 

Na każdej fotografii w oczy rzuca się szeroki uśmiech „Małego”. Ksywę dostał nie tylko za wzrost – kiedy powstawał zespół, był zaledwie nastolatkiem. Dziś to uśmiechnięty, doświadczony perkusista przed czterdziestką. Choć ma największe w zespole trudności z mówieniem, świetnie komunikuje się muzyką. Kiedy uderza w gary, ożywia się, strofuje kolegów, żeby trzymali rytm. Czasem wykrzykuje coś spontanicznie z radości.

„Słyszałem, że zaczynałeś karierę perkusisty od uderzania w kartony” – zagaduję „Małego”.

„Taaak, kartony!” – krzyczy i klepie mnie po plecach, głośno się śmiejąc. Kiedy go o coś pytam, odpowiada pojedynczymi słowami. Ale rozumiemy się doskonale, wystarczą gesty. Zbiera z sali tekturowe opakowania z płytami zespołu, wkłada mi je do ręki.

„Weź!” – mówi i znowu się śmieje. Pochylam się, żeby spakować je do plecaka, a on przytula mnie i głaszcze po głowie. Tak po prostu, bez powstrzymywania emocji i krygowania się. 

Jest mi z tym miło i głupio. Miło, bo to takie uczucie, jakbym właśnie przyjął od kogoś radość w czystej formie. Głupio, bo nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz sam okazałem komuś coś podobnego.

Jak nazywa się ich niepełnosprawność? Pytam o to Wojtka i Jacka, czyli dwóch, jak nazywają się w żartach, „normalsów”. Wzruszają ramionami. Mówią coś o podziale na upośledzenia lekkie, umiarkowane, głębokie.

„I który z nich ma jakie?” – dociekam.

„Nie wiemy. Przecież widzisz, że mają to gdzieś” – śmieją się.

[...]

Drodzy Czytelnicy! To jest fragment reportażu, opublikowanego w nr 3557/2017. Jesli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 

Dziękujemy, przepraszamy!

Redakcja 

Data publikacji:

Kamil Bałuk

Reporter, absolwent socjologii, filologii niderlandzkiej i dziennikarstwa oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Reportaże publikował w „Dużym Formacie”, „Przekroju”, „Wysokich Obcasach” oraz w zbiorach „Grzech jest kobietą” i „Tutaj drzwi trzeba otwierać powoli”. Autor książki "Wszystkie dzieci Louisa" (Dowody na Istnienie, 2017). Laureat piątej edycji Konkursu Stypendialnego im. R. Kapuścińskiego za projekt zbioru reportaży o współczesnej Holandii, nad którym obecnie pracuje.