Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Katarzyna Sroczyńska

Niech wieczór należy do nas

Niech wieczór należy do nas
Niech wieczór należy do nas

Zamiast zabiegów anti-ageing niemiecki filozof Wilhelm Schmid proponuje art of ageing: życie tak, by starość zaakceptować, zamiast się jej opierać. Potrzebne będą: filiżanka ekwadorskiej vilcabamby, roślina doniczkowa i garść sentencji.

Eksperyment: filozofia w hotelu. Takie słowa wypisano na górze kartki, którą dostałam razem z kluczem do pokoju w recepcji „Arte Luise Kunsthotel”, położonego kilka minut od głównego berlińskiego dworca kolejowego. Sercem hotelu jest stara klatka schodowa, na której ścianach wypisano cytaty z Wilhelma Schmida, jednego z najpopularniejszych dziś w Niemczech filozofów i nauczycieli sztuki życia (jego książki ukazały się łącznie w nakładzie ponad miliona egzemplarzy). Idę po skrzypiących schodach i czytam (a nie jest łatwo zachować równowagę; na szczęście w recepcji dostałam bryk z cytatami po angielsku): „Sztuka życia – ciągłe zadanie kształtowania życia i siebie”; „Życie to eksperyment – szczęśliwe meandrowanie Myśli i Życia”; „Ogród przyjemności i obfitość pustej przestrzeni są fantastyczne”; „Sztuka życia opiera się nie na tym, co mamy, ale na tym, czego nam brakuje i czego zawsze będzie nam straszliwie brakować”; „Wszystko staje się znaczące dzięki temu, co Erotyczne. To jest to kompletne bogactwo i to podstawowe przyciąganie, które przynoszą ocalenie, nawet gdy nic innego nie ma znaczenia”; „Myśl o śmierci – napęd do pełnego zaangażowania w bogactwie życia”.

Z tą myślą o śmierci jadę na drugi koniec miasta, do Charlottenburga i wdrapuję się na czwarte piętro eleganckiej kamienicy. Otwiera mi szczupły, siwy mężczyzna około sześćdziesiątki, z powściągliwym uśmiechem. Powściąga też, niespecjalnie skutecznie, irytację, bo – jego zdaniem – się spóźniłam. Kiedy chwilę później okazuje się, że źle zapamiętał, na którą godzinę się umówiliśmy, całą sytuację łagodzi uśmiech jego żony („a nie mówiłam, po co się było złościć”). Wilhelm Schmid uczy ludzi sztuki życia. Czy potrafi także nauczyć, jak przestać się bać starzenia się i śmierci?

Wilhelm Schmid (już ze spokojem ducha i uśmiechem mędrca): Nie sądzę, żeby to było możliwe. Nie wydaje mi się, żebyśmy mogli zapomnieć o tym, że się starzejemy i jesteśmy śmiertelni. A nawet warto myśleć, że życie ma koniec. To nadaje mu wartość. Gdyby się nigdy nie kończyło, nie byłoby tak ważne. Wizja końca przynagla nas do tego, by żyć intensywnie. Nie chodzi o to, żeby się nie bać, ale żeby bać się mniej. Moim zdaniem strach jest ważny.

Katarzyna Sroczyńska: W jednej ze swoich książek zachęca Pan ludzi to tego, by byli smutni i nieszczęśliwi.

Wilhelm Schmid: Bo to zdecydowanie bardziej interesujące niż bycie szczęśliwym. Poza tym nie znam nikogo, kto byłby stale szczęśliwy. Znam za to sporo osób, które starają się stworzyć iluzję, że tak jest.

Życie składa się z momentów szczęśliwych i nieszczęśliwych. Oczywiście w różnych proporcjach. Ale nie jest naszym zadaniem decydowanie o tym, ile będzie szczęścia, a ile nieszczęścia w życiu.

Nie naszym?

Nie, to należy do samego procesu życia. Naszym zadaniem jest radzenie sobie z tym, co przychodzi.

Brzmi stoicko.

Tak, ale są w tym także elementy epikureizmu. Bliski jest mi też Arystoteles i sceptycyzm, bardzo stara szkoła filozoficzna, która dziś wydaje mi się szczególnie ważna. Bo przypomina, że nie ma nic pewnego w życiu. Nawet w kategoriach naukowych. To nie jest krytyka nauki, to tylko uznanie jej granic. W życiu nie wystarczy wiedzieć, trzeba też wierzyć. Człowiek nie jest w stanie wiedzieć wszystkiego. A tam, gdzie nie wiemy, potrzebujemy wierzyć, na przykład w miłość.

A jak bycie sceptykiem pomaga sobie radzić ze starzeniem się?

Nie wiemy przecież, co dzieje się w chwili śmierci ani potem.

Ale jeśli czegoś nie znam, to boję się bardziej. Nie mam poczucia kontroli ani wpływu, to przerażające.

Jeśli chce się pani bać, to rzeczywiście ma pani okazję. Ale może też pani wierzyć. Ja wierzę w to, co dzieje się w chwili śmierci, i w to, co dzieje się potem. Nie wiem tego, ale wierzę, że dzieje się właśnie to, a nie coś innego. Jako filozof pytam także o to, co jest bardziej prawdopodobne. I sądzę, że zostaje po nas energia. Nie w sensie ezoterycznym, ale fizycznie.

Co Pan ma na myśli?

Elektryczność na przykład. Nasz organizm funkcjonuje dzięki impulsom elektrycznym. A fizyczna energia nie ginie, nie umiera. To powszechna wiedza: energia zmienia formę, ale nie ma końca. Zatem moje osobiste życie się kończy, ale fizyczne – nie! To cudowne!

[...]

Drodzy Czytelnicy! 

To jest fragment artykułu, opublikowanego w nr 3558 /2017. Jeśli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 


Redakcja

 

Data publikacji: