Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Szaleństwo to narzędzie adaptacji, która jest tajemnicą sukcesu naszego gatunku. Ludzie różnią ...
2019-03-22 10:00:00

Nasze piękne umysły

Roland Topor – rysunek z archiwum, nr 2686/1996 r.
Nasze piękne umysły
Nasze piękne umysły

Szaleństwo to narzędzie adaptacji, która jest tajemnicą sukcesu naszego gatunku. Ludzie różnią się psychicznie tak samo jak fizycznie. Tkwi w tym wielka siła – mówi Marcinowi Moskalewiczowi psychiatra Michael A. Schwartz.

Czyta się 15 minut

Marcin Moskalewicz: Czy choroby psychiczne istnieją?

Michael A. Schwartz: Wolę termin „cierpienie psychiczne”. Jestem psychiatrą, uważam, że szaleństwo istnieje naprawdę, ale nie jest po prostu zaburzeniem. Porównałbym je raczej do wzrostu. W pewnym momencie jesteś tak wysoki, że nie możesz pracować na przykład na pokładzie samolotu, bo musiałbyś się garbić albo uderzać w głowę, i wówczas pojawi się cierpienie. Temu cierpieniu zazwyczaj, choć niekoniecznie, towarzyszą medyczne komplikacje. Często cierpią też inni. Nie dysponujemy jednak prostym badaniem krwi na określenie granic tzw. chorób psychicznych. Nie są one mentalnymi odpowiednikami chorób somatycznych. To właśnie dlatego psychiatria jest tak interesująca.

Wzrost jest jednowymiarowy, ludzie – wielowymiarowi.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

To prawda. Jesteśmy niebywale różnorodni. Różnie myślimy i działamy. Trudno postawić granicę między właściwym a niewłaściwym myśleniem czy działaniem. Tym bardziej że pozornie „nienormalne” zachowania mogą się okazać skuteczne, gdy zmieni się ich kontekst. Szaleństwo jest narzędziem adaptacji, a zdolność do adaptacji jest tajemnicą naszego sukcesu jako gatunku. Ludzie różnią się psychicznie tak samo jak fizycznie. Tkwi w tym wielka siła.

A co z cierpieniem?

Nasze ograniczenia są jednocześnie atutami. Proszę pomyśleć o kolorze skóry. Rasa ludzka narodziła się najprawdopodobniej w okolicach równika, skąd nasi przodkowie wyemigrowali, zasiedlając cały glob. Problem osób o czarnym kolorze skóry polega na tym, że nie byłyby w stanie żyć na północnych równoleżnikach, np. na Islandii, ze względu na deficyt witaminy D. Melanina [pigment, który odpowiada m.in. za kolor skóry – przyp. red.] blokuje promienie słoneczne, osłabiając jej produkcję. Na północy mieliby m.in. problemy z kośćmi. Prawdopodobnie więc jaśniejsza skóra jest produktem ewolucji, dla jej posiadaczy ilość słońca na północy okazuje się wystarczająca. Oznacza to, że jeśli pochodzisz z Afryki i zostajesz ambasadorem Islandii, powinieneś dostarczać organizmowi witaminę D. A jeśli jako Islandczyk wylądujesz w Afryce, musisz używać silnego kremu z filtrem. Istnieją zatem zarówno korzyści, jak i niedogodności płynące z wielości kolorów skóry. Korzyścią jest zdolność do zasiedlenia globu, wadą – podatność na choroby wynikające ze zmiany klimatu. Tak samo jest z naszą różnorodnością psychiczną.

Jak te korzyści wyglądają w praktyce?

Proszę na chwilę zapomnieć o aspekcie chorobowym i spojrzeć na ludzką różnorodność w kategoriach cech szczególnych. Często klasyfikujemy się nawzajem ze względu na wzrost i wagę. Analogicznie możemy się sklasyfikować ze względu na zdolności w odgrywaniu ról. Pierwsza wielkość decyduje o tym, czy jesteś dobrym graczem – na ile dogadujesz się z ludźmi, zaprzyjaźniasz się, jesteś dla nich atrakcyjny? Czy wydajesz się dobrym obywatelem, ojcem, kolegą? Czy jesteś elastyczny, grając w społeczne role? Granie sprawia ci trudność? Sądzę, że możemy się nawzajem określić pod tym względem intuicyjnie w ciągu minuty, tak samo jak bez trudu odnotowujemy, że ktoś jest ponadprzeciętnie wysoki. Druga wielkość określa, w jakim stopniu wierzysz w te gry. Czy sądzisz, że ważne jest bycie dobrym ojcem i obywatelem? A może chodzi ci tylko o granie – udawanie przed innymi? Skrajności w ramach populacji wiążą się zarówno z cierpieniem, jak i z przewagą adaptacyjną.

Weźmy zatem wybitnego gracza, który nie identyfikuje się z rolą.

Nazwiemy go psychopatą. Taki człowiek łatwo wykorzystuje innych, odwołuje się do ich dobrej woli, a następnie zdradza.

Ale są również tacy, którzy całkowicie wierzą w grę, w którą nie potrafią grać. Mają niezwykle wysoki poziom lęku. Mogą też być obsesyjni. Starają się ze wszystkich sił, ale im nie wychodzi. Nie są pewni, czy zamknęli drzwi, i muszą się cofnąć, by sprawdzić. Ciągle się martwią. Istnieją także tacy, którzy ani nie potrafią grać w naszą społeczną grę, ani w nią nie wierzą. Egzystują w swoich małych światach. Można ich określić mianem schizofreników. Robią swoje, a niekiedy mogą wymyślić własną, zupełnie nową grę. Są wreszcie tacy, którzy zarówno świetnie grają, jak i mocno wierzą w to, w co grają. Takich ludzi chciałbyś mieć w swoim zespole. Będą ciężko pracować do późna. Nie zmienią jednak pracy, nawet jeśli będą wykorzystywani. Albo będą tkwić w beznadziejnym małżeństwie i cierpieć na depresję. Zostaną oszukani przez życie. To typy melancholijne.

Współczesna psychiatria nie wydaje się celebrować tak rozumianej różnorodności.

Powiem więcej: nasz stopień nieakceptacji dla różnorodności ludzkich zachowań jest prawdopodobnie najwyższy w historii! Kryzys wspólnot rodzinnych i małych grup kulturowych sprawił, że stajemy się sobie coraz bardziej obcy. Wciąż silne jest pragnienie zamykania ludzi w szpitalach – ze względu na nasz lęk przed odmiennością, którą często nazywamy szaleństwem. Boimy się, że ktoś nas zastrzeli albo zrobi zamach.

Cierpienie związane ze skrajnościami bardziej rzuca się w oczy niż korzyści adaptacyjne.

Bo korzyści są względne i wynikają z etapu rozwoju, na którym znajduje się społeczeństwo. Gdy wszystko idzie w dobrym kierunku, potrzebni są ludzie, którzy wierzą w grę i zarazem świetnie w nią grają. Budowniczowie, którzy pracują ciężko i z poświęceniem. Tacy, którzy nie troszczą się o gratyfikację, którzy wierzą w to, co robią. W czasie regresu zaś górę biorą osoby zachowawcze, które pielęgnują przeszłość, konserwatyści, którzy wierzą w grę, lecz nie umieją już w nią grać. Poświęcają się na rzecz czegoś, co jest nieaktualne. Z kolei gdy dominująca gra osiąga kres, potrzebni są ludzie kreatywni, którzy wymyślą nowe zasady, wizjonerzy w typie schizofreników. Newton pod koniec życia cierpiał na paranoję. Syn Einsteina chorował na schizofrenię, tak jak John Nash i wielu innych, których pomysły zdawały się nie mieć sensu. Coś, co wydaje się szalone, za sto lat może zostać uznane za innowację.

Pionier badań nad dziedzicznością schizofrenii Franz Kallmann fantazjował na temat jej całkowitego usunięcia z genomu ludzkiego. Czy taki efekt byłby Pana zdaniem pożądany?

Absolutnie nie. Schizofrenia może się wiązać z niebywałą kreatywnością, istnieją jej lekkie przypadki. Społeczną funkcją schizofrenii jest innowacyjność. Wielu wybitnych ludzi zawdzięczało swoją wielkość doświadczeniom quasi-psychotycznym. Proszę sobie wyobrazić, że żyjemy na prehistorycznej wyspie. Woda, palmy, słońce – raj. Wszyscy mieszkamy na drzewach, na hamakach. Jesteśmy szczęśliwi. Tymczasem jeden z nas ciągle schodzi na dół. W końcu kopie sobie jamę pod skałą, do której się wprowadza. Łazi w koło i krzyczy coś bez sensu. Nawet dzieci się z niego śmieją i obsikują go z góry. Pewnego dnia nadciąga straszliwa burza i łamie prawie wszystkie drzewa. Gdybyśmy byli małpami, byłby to nasz koniec. Ale jesteśmy ludźmi, umiemy się adaptować. Idziemy więc do jamy szaleńca, oglądamy ją, badamy i widzimy, że jest całkiem dobrze. Sami zaczynamy kopać jamy. Szaleniec okazał się prorokiem. Pokazał nam nowy sposób życia, który wcześniej wydawał się pozbawiony sensu.

Spodziewam się, że szaleniec zostanie królem wioski.

Skądże! Społeczność oskarży go o narażenie się bogom, którzy ukarali wszystkich, sprowadzając burzę. Zostanie ukrzyżowany na ostatnim drzewie! Tak niestety najczęściej kończą wizjonerzy. Uznanie przychodzi w kolejnych pokoleniach.

Dlaczego gra przestaje obowiązywać?

W czasie regresu, nim pojawią się wizjonerzy, do gry wkraczają niszczyciele, czyli osoby o skłonnościach psychopatycznych przekonane, że świat musi się zmienić. Czas pozbyć się hydroelektrowni i poszukać nowych źródeł energii. Czas zastąpić telefony stacjonarne przenośnymi. Nieważne są koszty społeczne. Do przodu idą niszczyciele będący jednocześnie twórcami. Patrząc globalnie na aktualny moment rozwoju cywilizacyjnego, widzimy takich ludzi wśród polityków. Wiemy, że są łajdakami, którzy świetnie grają w gry, że zachodzą wysoko, gdyż nie mają obiekcji, by niszczyć. Nie będę wymieniał ich z imienia i nazwiska, niektórych wszyscy znamy. To oni definiują nasz ponowoczesny świat.

Występują też zapewne w innych zawodach?

Oczywiście. Na przykład najlepsi grający w grę, którą nazywamy psychiatrią, pracują dzisiaj nad poszukiwaniem związków między zaburzeniami psychicznymi a obszarami mózgu i neuroprzekaźnikami. Związki te nie są jasne, za to ich poszukiwanie i weryfikacja związanych z tym hipotez są lukratywne.

A właściwie dlaczego Pan został psy­chia­trą?

Bo uważam, że to droga do poznania tego, kim jesteśmy. Lekarzem zaś zostałem nagle. Ponieważ przeskoczyłem dwie klasy w szkole, byłem najmłodszy na roku. Gdy po studiach ludzie zaczęli zwracać się do mnie per „doktorze Schwartz”, brzmiało to dla mnie jak sarkazm. Byłem na stażu, robiłem jedynie wywiady, kroplówki, morfologię krwi. Pewnego razu do szpitala przyjęto jednego z moich profesorów, który miał guza na szyi. W weekend, gdy byłem na oddziale zupełnie sam, podczas rutynowego obchodu wszedłem w nocy do jego sali. To był olbrzymi prywatny pokój, z wielkim oknem, światło księżyca oświetlało go tak, że było jasno niemal jak w dzień. Wszedłem i zobaczyłem, że leży cały we krwi. Chwilę wcześniej przeciął sobie tętnice w rękach, nogach i na szyi żyletką. Zrozumiałem, że ten guz to rak i że postanowił popełnić samobójstwo. Ostatnią rzeczą, której się spodziewał w środku nocy, była wizyta stażysty. Wchodzę, on patrzy na mnie, wciąż pamiętam wyraz jego twarzy, i mówi: „Wyjdź, po prostu wyjdź, nikt nie dowie się, że tu byłeś”.

Co zrobić w takiej sytuacji?

Ja wezwałem pomoc. Uratowali go, więc pewnie później umarł na raka. Rozmawiałem o tym wielokrotnie z różnymi osobami: „Trzeba było wyjść, zamknąć drzwi”, „Trzeba było z nim pogadać”, „Zrobiłeś dobrze”. Problem polegał na tym, że nikt wcześniej nie omówił ze mną takiego scenariusza! Wpadłem na krwawiącego człowieka, wezwałem pomoc i sądzę, że podjąłem dobrą decyzję. Można uważać inaczej, ale to wtedy stałem się doktorem Schwartzem. Zrozumiałem, że medycyna to nie zabawa.

Nie dopuszcza Pan prawa do eutanazji na życzenie?

Nie jest trudno odebrać sobie życie, jeśli się tego chce. Nie mam nic przeciwko instytucjonalizacji samobójstwa, ale nie powinni w tym uczestniczyć lekarze. Lekarze powinni bronić życia. Jeśli jako społeczeństwo zechcemy zalegalizować eutanazję, powinien się nią zająć ktoś inny.

Kim Pan jest poza byciem psychiatrą?

Przede wszystkim Amerykaninem, urodzonym pod koniec wojny, w środku Zagłady, tuż przed pokoleniem baby boomers. Nazywano nas lucky few. W obliczu wszechobecnej śmierci byliśmy cudem życia. Mieliśmy też szczęście. Etnicznie jestem Żydem, moi rodzice byli przede wszystkim Żydami, ale ja już nie. Małe społeczności, w których żyli, odeszły w przeszłość. Nie jestem wierzący, choć zachodzę czasem z synem do synagogi. Nie jem też wieprzowiny, choć nie uważam, że jej spożywanie to grzech.

Rodzice mojej mamy pochodzili z Polski, tata urodził się w miasteczku Motol na terenie dzisiejszej Białorusi, niedaleko Pińska. W Nowym Jorku mieszkała z nami Polka Anna Staszewska, moja niania, która mnie wychowała. Świetnie gotowała, jako dziecko jadłem mnóstwo polskich potraw, które nieco modyfikowała pod żydowskie podniebienie. Anna była katoliczką, jej pokój był pełen obrazków ze świętymi. Rozmawialiśmy po angielsku. Po polsku mówiła tylko wtedy, gdy była na mnie wściekła. Kiedy wraz z siostrą dorośliśmy i wyprowadziliśmy się od rodziców, Anna z nimi została, stając się kimś w rodzaju kuzynki.

Doświadczył Pan kiedyś anty­se­mi­tyz­mu?

Dorastałem w Nowym Jorku i gdy poszedłem do Princeton, przeżyłem szok. Jeden z moich współlokatorów powiedział, że nie będzie mieszkać z Żydem, który skończył szkołę publiczną. Mogło to mieć także związek z faktem, że byłem raczej wyluzowany, nie miałem wyniosłych manier. Poza tym nie doświadczyłem antysemityzmu, gdyż staram się go unikać.

Uwielbiałem być Amerykaninem. Chciałem jechać do Kalifornii, na Alaskę, na Hawaje, a nie do Izraela! To była moja ziemia obiecana! Lata 60. były wspaniałe, łamaliśmy wszystkie zasady. A dzisiaj? Mamy regres. W 1969 r. przegapiłem Wood­stock tylko dlatego, że byłem dyżurującym stażystą. Pamiętam jak dziś: słucham transmisji w radiu, gdzie wołają: „Wszyscy są tutaj! Wszyscy się bawimy! Wszyscy jesteśmy razem!”. A ja muszę siedzieć całą noc w szpitalu.

Używał Pan narkotyków?

Tak, ale za pieniądze i na polecenie rządu federalnego! Pod koniec lat 60. trwał pobór w związku z wojną w Wietnamie. Wszyscy musieli iść do wojska, ale zgodnie z planem Berry’ego lekarz w trakcie specjalizacji mógł uzyskać odroczenie. Zostałem przydzielony do publicznej ochrony zdrowia. Odbyłem dwuletnią służbę wojskową, pracując jako asystent w laboratorium psychofarmakologii klinicznej w Narodowym Instytucie Zdrowia Psychicznego w Waszyngtonie. Badaliśmy psychodeliki, zwłaszcza dimetylotryptaminę (DMT), która występuje w niektórych roślinach i jest składnikiem ayahuaski. Powoduje halucynacje. Prowadziliśmy eksperymenty na kotach, którym podawaliśmy DMT i LSD. W 1973 r. opublikowaliśmy wyniki badań. Okazało się, że tolerancja kotów na DMT – w odróżnieniu od LSD – nie wzrasta. Nasze koty goniły przez dwa tygodnie niewidzialne myszy, ale prawa zwierząt laboratoryjnych nie były wówczas dla nikogo problemem. Chodziło o zbadanie tzw. adrenochromowej, biochemicznej teorii schizofrenii.

Udało się coś osiągnąć?

Niestety, za prezydentury Nixona, na fali wojny z narkotykami program został zamknięty. Była to fatalna decyzja, mnóstwo pytań pozostało bez odpowiedzi, a badania naukowe opóźniły się o 40 lat z powodów czysto politycznych. Notabene szef mojego laboratorium był znanym naukowcem. Pewnego dnia w jego biurze pojawili się tajniacy w garniturach. Twierdzili, że reprezentują ważnego klienta rządowego, który cierpi z powodu stresu. Pytali o leki, głównie antydepresyjne. Przychodzili wielokrotnie, chcieli poznać mnóstwo szczegółów, interesowali się, jakimi domowymi sposobami można wywołać te same efekty. Przestali się pojawiać, kiedy Nixon ustąpił ze stanowiska.

A korzyści płynące z zastosowania psychodelików w psychiatrii są olbrzymie. Teoria adrenochromowa może się okazać kluczem do zrozumienia psychozy i pozwolić stworzyć nową generację leków. Same stany psychodeliczne mogą mieć wartość terapeutyczną, co pokazały m.in. niedawne badania na temat traumy dotykającej weteranów wojennych.

Czy można całkowicie wyleczyć się z zaburzeń psychicznych?

Oczywiście! Problemem pozostaje stygma. Mój kuzyn Irwin cierpiał z powodu zespołu Tourette’a. Nie umiał też się zachować w sytuacjach społecznych, był niegrzeczny, wydurniał się. Miałem wówczas dziewięć lat, on był starszy i uważałem, że to bardzo zabawne. Mimo że potem wyzdrowiał, nigdy nie pozbył się wstydu wynikającego z dawnej choroby. Nie został w pełni zaakceptowany przez innych. Dotyczy to większości pacjentów psychiatrycznych. Jeśli przeszedłeś atak serca i wróciłeś do siebie, to możesz się tym przechwalać. A co, jeśli miałeś załamanie nerwowe albo cierpiałeś na schizofrenię? Jeśli zaczniesz o tym mówić, ludzie mogą się od ciebie odwrócić, więc milczysz. W ten sposób rodzi się mit, że zaburzenia psychiczne są nieuleczalne, a to nieprawda. Po prostu ciągle widzimy tylko chorych, a nie wyleczonych. Z tego powodu założyłem organizację nazwaną – na cześć mojego kuzyna – The Irwin Foundation. Organizujemy wielkie imprezy pod hasłem świętowania zdrowienia, na których jemy, tańczymy, śpiewamy. Nie wiadomo przy tym, kto jest pacjentem, kto byłym pacjentem, a kto lekarzem psychiatrą. Chodzi o przezwyciężenie stygmy. Dalekosiężnym celem jest powstanie programu wsparcia „peer-support” polegającego na tym, że osoby, które wyzdrowiały, pomagają chorym. Obecnie można uzyskać dyplom zawodowy w tej dziedzinie. Czas choroby nie jest więc stracony, zyskujesz bowiem doświadczenie, które możesz później wykorzystać w pracy.

Jak wyszliście z tym do ludzi?

Gdy George W. Bush był prezydentem, zrobiliśmy imprezę w Teksasie. Wynajęliśmy firmę cateringową z Dallas, Eddie Deen’s Ranch, zamówiliśmy jedzenie na 100 osób, a przyszło 500. Idę więc do właściciela i proszę go, by nie przesadzali z karmieniem, bo się nie wypłacimy, mamy pieniądze na 100 osób. A on mi na to: „Co za wspaniała impreza! Mam dużą firmę, sporo zarabiam, zasponsoruję pozostałych 400”. Wspaniały gość! Takie cuda się zdarzały. Później się okazało, że była to firma obsługująca Busha. Facet opowiedział Bushowi o naszym projekcie, co przyczyniło się do oficjalnego uznania zawodu peer-support. Zrobiliśmy ze 20 podobnych imprez. Projekt okazał się sukcesem.

Czy te wydarzenia miały wydźwięk antypsychiatryczny?

Zazwyczaj organizacje psychiatryczne protestowały przeciwko temu, co robimy. Nie podobało im się naruszanie granic profesjonalizmu, bratanie się między lekarzami i pacjentami. Później jednak zaczęto nas wspierać. Organizowaliśmy imprezy w tym samym czasie, co spotkania Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Osobiście wierzę w ideę polilogu, czyli dialogu, w którym uczestniczy wielu partnerów. Nie chodzi przecież o rację – tę mogą mieć jednocześnie wszyscy. Dlatego sądzę, że krytyka płynąca ze strony antypsychiatrii może być pomocna, ale mówię to jako psychiatra, a nie antypsychiatra.

Antypsychiatria oskarża psychiatrię o to, że nie leczy chorób, lecz wydaje sądy moralne, które wspiera farmakoterapią. Jest w tym ziarno prawdy.

Na pewno psychiatria jest bardziej wieloznaczna niż pozostałe specjalności medyczne, lecz obecny w niej element moralny dotyczy całej ochrony zdrowia. Nie ma wątpliwości, że cierpienie, z którym mamy do czynienia, jest realne oraz że nasze podejście jest skuteczne w zwalczaniu go. Jeden z moich pacjentów, który według oficjalnej klasyfikacji cierpi na zaburzenia afektywne dwubiegunowe, przeżywa katastrofalne w skutkach wzloty i upadki. Ale jednocześnie pragnie hipomanii. Jako lekarze respektujemy to i staramy się ów stan utrzymać, jednak w taki sposób, by nie przerodził się w manię. Ekstrema zawsze są problematyczne, ale niekoniecznie patologiczne. To tak jak z kolorem skóry – może dawać realne korzyści, tyle że trzeba za to zapłacić określoną cenę.

Czy stosowanie leków jest konieczne?

Nie, wszystko zależy od kontekstu. W przypadku drobnych kompulsji i obsesji warto zmienić własne nastawienie. Paskudne rzeczy dzieją się przecież każdego dnia, gdy siadamy na toalecie. I co wówczas robimy? Czy mówimy: „O Jezu, straszne, jak tu śmierdzi, wyjmijmy tę kupę i przyjrzyjmy się jej bliżej”? Ależ nie, naciskamy spłuczkę i wszystko znika. Tak samo należy postępować z drobnymi kłopotami psychicznymi – trzeba je zaakceptować i czym prędzej się z nimi pożegnać.

Jakie problemy psychiczne dotykają dziś Amerykanów?

Schizofrenia, która łączy się z bezdomnością, rozpadem rodzin i włóczęgostwem, dotyczy jedynie niewielkiego odsetka ludzi. Znacznie dotkliwsze społecznie są trauma oraz zaburzenia lękowe i depresyjne. Ale z nimi także mogą wiązać się pożytki. Pewna doza obsesyjności jest korzystna, jeśli jesteś naukowcem, a bycie psychopatą pomaga politykowi. Żyjemy w końcu w świecie ponowoczesnym, w którym zmiany następują lawinowo. Narcyzm i psychopatia, łatwość w nawiązywaniu kontaktów i składaniu obietnic, mówienie czegoś innego, niż się myśli, zapewniają realną przewagę. Prawdopodobnie zmienia się to właśnie teraz, wraz z rozwojem Internetu. Klasyczna nowoczesność zapewniała anonimowość, więc można było do woli zmieniać role. Tymczasem sieć wszystko pamięta. Ma to znaczenie zwłaszcza w Ameryce, gdzie funkcjonuje pewien szczególny typ ludzi, którzy doskonale odgrywają role społeczne. Są przyjaźni, otwarci, uśmiechnięci, są świetnymi przywódcami, ale to wszystko gra.

Amerykański uśmiech. Czy to się leczy?

Obrazek, na którym wszyscy są szeroko uśmiechnięci, jest dla mnie jak z horroru. Musimy pogodzić się z tym, że nie będziemy żyć wiecznie i nie zawsze będziemy piękni oraz weseli. Co więcej, społeczeństwo się starzeje. Niestety, kryzys Ameryki jest widoczny w ochronie zdrowia. Jego początek bierze się z naszego myślenia o zdrowiu i chorobie. To olbrzymi problem społeczny. Przeszedłem niedawno mały zabieg medyczny: wymieniono mi baterię w rozruszniku serca. Trwało to godzinę. Wie pan, ile wyniósł rachunek? 150 tys. dolarów! Z tego 90 tys. kosztowała bateria. Jestem ubezpieczony, więc musiałem zapłacić tylko 5 tys. dolarów. Ale czy ubezpieczyciel zapłacił całą resztę? Tego się nigdy nie dowiemy. System nie jest przejrzysty. Zresztą nawet 5 tys. dolarów to nie jest kwota, na którą stać normalne pracujące rodziny. Medycyna stała się zbyt droga, problemy wydają się nierozwiązywalne. Koszty słusznej skąd­inąd idei Obamacare są przytłaczające. Jednak wierzę, że kryzys stanie się bodźcem do działania i zmiany systemu, choć zajmie to pewnie ze 20 lat. Zgadzam się z tym, co powiedział o nas Churchill: „Na Amerykanów zawsze można liczyć. Postąpią dobrze, po tym, jak już wszystko zrobią źle”.
 

zdjęcie: archiwum prywatne Marcina Moskalewicza
zdjęcie: archiwum prywatne Marcina Moskalewicza

Michael A. Schwartz:

Profesor psychiatrii klinicznej oraz profesor humanistyki medycznej na Texas A&M University. Urodził się w 1944 r.
 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!