pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Osobiste wyznanie trenera Nieuważności
2019-09-13 10:00:00

Najpiękniejszy dzień w moim życiu

Najpiękniejszy dzień w moim życiu

Żeby opowiedzieć swój najlepszy dzień, muszę najpierw streścić najgorszy.

Czyta się 2 minuty

Pozornie, czyli obiektywnie, był on bardzo udany, spędziłem go w gronie przyjaciół, na pikniku. Pogoda – cudowna. Ale już na początku tego plenerowego przyjęcia zostałem wytrącony z równowagi pewnym wydarzeniem czy raczej – brakiem wydarzenia. Oto ktoś powiedział coś zabawnego, ktoś inny dorzucił dowcipne zdanie i wszyscy zaśmiali się w głos. Nic dziwnego, bo było to bardzo śmieszne. Wtedy, nagle, rozbłysła w mojej głowie wspaniała, lakoniczna puenta, która scalała dwa poprzednie żarty w nowy sposób, ukazując ich ukrytą stronę, kwitnącą i kipiącą mnogimi znaczeniami. Już miałem tę królewską puentę wypowiedzieć, gdy ktoś wszedł mi w słowo. I skierował potok rozmowy zupełnie gdzie indziej. A ja zostałem z tą swoją perłą – nienarodzoną.

Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie wstać i nie krzyknąć: stop! Po tamtym drugim zdaniu ja miałem powiedzieć swoją puentę, ostateczne, niezaprzeczalne zwieńczenie wielowiekowych dziejów towarzyskiego żartu! Ale oczywiście nie zrobiłem tego, tylko usiadłem, oddychając głęboko, i próbowałem wmówić sobie, że to nic takiego – ot, kilka słów, które nie padły.

Zamiast jednak szybko zapomnieć o całej sprawie, coraz namiętniej wyobrażałem sobie moje niedoszłe towarzyskie zabłyśnięcie, przez co z każdą chwilą czułem się gorzej. Jakby wysoka, niewidzialna postać powoli otulała mnie połą swego płaszcza. Trudne do opanowania napięcie łapało mnie za gardło i rozsadzało uszy. Czułem żal do losu oraz wstyd – za to, że przejmuję się taką błahostką. Jednocześnie starałem się brać udział w zabawie, udało mi się nawet kilka żarcików, po których wszyscy trzęśli się ze śmiechu, ja jednak nie mogłem uwolnić się od głupiego podejrzenia, że robią to przez litość.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Nazajutrz wstałem z poczuciem, że poprzedniego dnia wydarzyło się coś, o czym lepiej nie wspominać – i oczywiście zaraz to sobie przypomniałem. Nie będę opowiadał o kolejnych dniach, bo to już byłoby nużące. W każdym razie zadra utkwiła głęboko w mojej duszy.

Ale nadeszło wybawienie.

Tego dnia, a była to sobota, od rana wszystko zgrabnie do siebie pasowało. Spotkałem najpierw przyjaciela, z którym poszedłem do księgarni. Tam wpadłem na dwoje znajomych i razem wylądowaliśmy na lodach, a potem w kawiarni i chyba jeszcze gdzieś. W każdym razie kiedy zmierzchało, a był to jeden z tych zmierzchów, od których świat robi się jaśniejszy, wmaszerowaliśmy do restauracji i tam posadzony zostałem obok dwóch osób. Znałem te osoby doskonale, o, jakże doskonale!

Wtedy już miałem przeczucie, co się wydarzy.

Pierwsza z osób powiedziała zabawne zdanie, to samo co wtedy, na pikniku, a druga odpowiedziała słowo w słowo to, co tamtego dnia. Potem wszyscy, cała restauracja, spojrzeli na mnie z zachętą, a niektórzy dawali nawet subtelne znaki, bo oto nadszedł wreszcie czas na moją arcypuentę. Powoli podniosłem się z krzesła, otworzyłem usta i długo, długo stałem zupełnie oniemiały, aż w końcu pokręciłem głową i wyszeptałem tylko:

– Kocham was.

A oni chórem krzyknęli:

– Wszystkiego najlepszego!

I skakali wysoko, pod same kandelabry, a ja skakałem z nimi.

 

Dedykowane M. Raczkowskiemu

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!