Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Paulina Wilk

Mandala na wodzie

Mandala na wodzie

Okręt „Scarborough” opuścił port w Portsmouth w ostatnich dniach stycznia 1748 r. Kapitan Philip D’Auvergne, zatrudniony przez Kompanię Wschodnioindyjską, obrał kurs na Fort St. David położony w południowych Indiach, nieopodal Madrasu. Stamtąd statek wyruszył do Chin. 12 września około 120 mil na zachód od filipińskiej wyspy Luzon został zniesiony na płyciznę najeżoną skałami. Dla „Scarborough” stała się ona pułapką. Nie pomogło wyrzucenie za burtę najcięższych dział ani próby wyciągania statku linami. Jednostkę uwolniły dopiero wysoki przypływ i silne prądy. Żeglarze ochrzcili miejsce przymusowego postoju imieniem Mielizna Scarborough i popłynęli dalej, do Kantonu.

Dziś nazywana jest różnie, w zależności od tego, kto rości sobie do niej prawa. Filipińczycy mówią na nią Panatag lub Bajo de Masinloc, dla Chińczyków to wyspa Huangyan, ma także nową nazwę anglojęzyczną – Democracy Reef. Zajmująca 150 km² płycizna jest niezamieszkana, jej najwyższy punkt to Skała Południowa, w czasie przypływu wystająca ponad powierzchnię na niespełna 2 m. 

Niewielkie laguny zdobiące jej brzegi stanowią idealne schronienie dla łodzi rybackich, które przypływały tu przez dekady z Filipin, Chin i Tajwanu. Łowił, kto chciał. Tutejsze wody są pełne ryb, największym przysmakiem jest lucjan czerwony o delikatnym, białym mięsie. Rybacy z wiosek na północy Filipin przypływali tu na połowy grupowe, które były podstawą ich utrzymania. Jeszcze niedawno kilkudniowa wyprawa dawała każdemu z nich zarobek w wysokości kilkuset dolarów. Aż do 2012 r., gdy ich drewniane łodzie wzmacniane bambusowymi pałąkami, dzięki którym trzymają się dzielnie na wzburzonych wodach Morza Południowochińskiego, zostały z mielizny przepędzone. Początkowo rybacy myśleli, że to żart albo ćwiczenia. Otoczyły ich trzy łodzie chińskiej straży przybrzeżnej oraz kilka łodzi motorowych, nad nimi krążył śmigłowiec. Żarty się skończyły, gdy Filipińczycy odmówili zawrócenia łodzi i próbowali łowić dalej. Kilku z nich armatki wodne strąciły do morza. Był to pierwszy z serii incydentów. Pierwszy sygnał, że Chińczycy zmieniają warunki gry. Chcą tych wód na wyłączność. 

[...]

Rezerwat narodowych miłości

Pływający na swoich sprawnych łodziach ważkach azjatyccy rybacy nie śnili nawet, że znajdą się w epicentrum XXI stulecia. Tak się bowiem składa, że przyszłość Morza Południowochińskiego zdecyduje o kształcie globalnego porządku. Jeśli USA mają utracić panowanie nad światem, jeśli Chiny mają zdominować półkulę wschodnią i dwa ocea- ny – Indyjski i Spokojny – dojdzie do tego właśnie tu, wśród wysepek otoczonych rafą koralową. 

ilustr. Bohdan Butenko
ilustr. Bohdan Butenko

Filipińscy rybacy pierwsi dostrzegli niepokojące zmiany. W nowym stuleciu zaczęli napotykać chińskie okręty wojskowe i łodzie patrolowe nakazujące im zmianę kursu i rezygnację z łowisk. Pierwsi zadziwili się widokiem anten satelitarnych, baraków i dział sterczących z gołych dotąd skał. Jeszcze zanim mapy satelitarne zaktualizowały obrazy wysepek, rybacy obserwowali, jak te niewielkie formacje zmieniają się w nowe lądy – wybetonowane, umocnione drenowanym z dna piaskiem i przywożonymi na transportowcach skałami. Nagle puchły do rozmiarów pozwalających pomieścić lądowisko, wieże wartownicze, schrony. A także maszt z wciągniętą wysoko flagą Chińskiej Republiki Ludowej. Na te wyspy przypływają wycieczkowce, przywożą chińskich patriotów, by odśpiewali na nowym terytorium hymn, zrobili pamiątkowe zdjęcie, zawieźli dobrą nowinę rodzinie i znajomym.
Zaskoczenie rybaków było tym większe, że wcześniej sennymi łowiskami nikt się nie interesował. Właściwie żadna z Wysp Spratly nie nadaje się do zasiedlenia. Są za małe, nie mają źródeł słodkiej wody ani naturalnych barier przed silnymi wiatrami i uderzeniami fal. Gdyby życie na nich mogło mieć sens, już dawno by się tam zjawiło. Basen Morza Południowochińskiego jest bowiem jednym z najgęściej zaludnionych obszarów świata – przy jego brzegach żyje 600 mln ludzi, a na dodatek populacje większości nadmorskich krajów – Wietnamu, Filipin, Tajwanu, Indonezji, Malezji, Singapuru, Brunei oraz Chin – szybko rosną i się bogacą. Południowi Azjaci dobrze znają bogactwa swojej krainy i wiedzą, że Spratly mają do zaoferowania różnorodność ryb i owoców morza. Naukowcy potwierdzili tę wiedzę, wykazując, że archipelag służy za żłobek licznym gatunkom, które następnie zamieszkują wody całego basenu i zapewniają przetrwanie milionom ludzi. Teraz niezliczone formy życia są zagrożone agresywną militaryzacją i betonowaniem, a także obecnością coraz większych kutrów, łowiących ponad miarę, by wykarmić coraz zamożniejsze społeczeństwa. Badacze chcą, by Wyspy Spratly stały się obszarem chronionym, morskim rezerwatem. Zamiast tego znalazły się w oku politycznego cyklonu.

Prawo do nich rości sobie kilka państw – Chiny, Tajwan i Wietnam. A kilka kolejnych – Filipiny, Malezja i Brunei – żąda prawa do administrowania nimi. Stawiają na nich prowizoryczne instalacje wojskowe i cywilne. Powody sporu są – przynajmniej nominalnie – strategiczne. Każdemu z państw chodzi po trosze o blokowanie wpływów krajów sąsiedzkich, zabezpieczenie swoich potrzeb obronnych i ekonomicznych. Te ostatnie związane są z rybołówstwem, ale także ze złożami ropy i gazu, jakie rzekomo skrywa akwen. Przeprowadzone dotychczas badania (a zajmowali się nimi tak wprawieni w znajdowaniu żył złota spece, jak British Petroleum) nie potwierdzają jednak legend o znaczących zasobach paliw. Wygląda na to, że awantura o Wyspy Spratly ma przede wszystkim wymiar nacjonalistyczny. 

ilustr. Bohdan Butenko
ilustr. Bohdan Butenko

Niemal wszystkie kraje regionu zdobyły niepodległość – i państwową podmiotowość – niedawno, po drugiej wojnie światowej lub po zimnej wojnie. Dotyczy to post- kolonialnych organizmów, takich jak Indonezja, Filipiny czy Singapur, ale też południa Chin, które przez dużą część swojej historii było wachlarzem prowincji, centrów typu mandala. Współcześnie te młode organizmy mają potrzebę odgradzania się grubą kreską, a jako gracze na arenie świata niedoświadczeni demonstrują swoją siłę w sposób często nieokrzesany i przesadny. W Azji Południowo-Wschodniej kwitną teraz świeckie religie państwowe – umiłowanie własnego narodu. Są to kostiumy tworzone sztucznie, by zintegrować wspólnoty równie sztucznie wtłoczone w europejski koncept tożsamości oparty na sztywnych granicach.

Pożeranie morza

Wyspy Spratly nie są jedyne. Spory dotyczą także Wysp Paracelskich położonych 300 km od wybrzeża Wietnamu, dość blisko chińskiej wyspy Hajnan. Co prawda nie ma wokół nich znaczących złóż, ale niektóre da się zaludnić. Pierwsi prawo do Paraceli, przez zatknięcie flagi, przyznali sobie w 1932 r. Francuzi. Ale – tak jak inni późniejsi władcy tych terenów – nie wiedzieli, co z wyspami począć, dość szybko je opuścili. Zaskakująco długo – aż do początku lat 30. XX stulecia – ani Chińczycy, ani inne ośrodki polityczne w regionie nie rozróżniali tych archipelagów, nie było map wskazujących, gdzie się które wyspy znajdują.

Mimo to każda następna flaga zatknięta z okrzykiem: „Ta wyspa należy do nas!” mobilizowała i wzmagała grę w zaklepywanie kolejnych drobinek lądu. Dzisiaj sytuacja jest groteskowa, ale też w najwyższym stopniu niebezpieczna. Chiny stworzyły drugą po amerykańskiej największą marynarkę świata, w całym regionie trwa moda na kupowanie łodzi podwodnych i zwiększanie budżetów obronnych (od początku stulecia wzrosły średnio o 30%), a amerykańskie lotniskowce pływają w tę i z powrotem, przypominając o swojej sile. Wojenny punkt ciężkości pod koniec XX stulecia przeniósł się z lądu europejskiego na wody Azji. Wielu badaczy spraw międzynarodowych wskazuje punkt zapalny potencjalnej trzeciej wojny światowej właśnie tam – w błękitnych wodach między niewielkimi archipelagami. 

Momentem zwrotnym był rok 1907, gdy Japończycy uznali atol Pratas – trzy wysepki położone 340 km na południowy wschód od Hongkongu – za swoją własność. Do tamtej pory wszystkie chińskie mapy wskazywały wyspę Hajnan jako najbardziej wysunięte na południe terytorium kraju. Jednak aktywność Japończyków, którzy z wysp Pratas czerpali guano – ptasie odchody doskonale nadające się na nawóz – rozbudziła roszczenia Pekinu. Także pojawienie się Francuzów w rejonie Wysp Spratly podziałało elektryzująco – Chiny organizowały ekspedycje i zamawiały mapy, na których wszystkie odkryte skrawki lądu przypisywały... sobie. Od połowy lat 70. XX stulecia żądania te przyjmują ton „historyczny” – władze mówią o starożytnych prawach Chin do tych terenów. Naukowcy uważają je za bezpodstawne. Kształt chińskich oczekiwań biegnie wzdłuż tzw. linii dziewięciu kresek. Jest to kartograficzny jęzor wcinający się w wody Morza Południowochińskiego tak, że połyka je niemal w całości, łącznie z James Shoal – płycizną położoną 1500 km od lądu chińskiego, a zaledwie 100 km od wybrzeży Malezji. Znajduje się ona 22 m pod wodą i zgodnie z Konwencją Narodów Zjednoczonych o prawie morza (przyjętą w 1982 r. i ratyfikowaną przez Chiny) nie może być niczyim terytorium. Trybunał w Hadze w 2016 r. odrzucił żądania terytorialne Chin dotyczące Morza Południowochińskiego, a rację przyznał Filipinom oskarżającym je o naruszenie suwerenności. Cóż to jednak znaczy wobec stosowania siły – militarnej i technologicznej? Tuż po ogłoszeniu tego przełomowego wyroku, który miał dać mniejszym państwom wsparcie w zmaganiach z chińskim Golemem, prezydent Filipin oświadczył, że nie będzie nawet próbował wyciągać żadnych konsekwencji. 

ilustr. Bohdan Butenko
ilustr. Bohdan Butenko

Malezyjskie przysłowie mówi: „Gdy walczą dwa słonie, mrówka powinna się usunąć z drogi”. Mniejsi bohaterowie konfliktu rozumieją swoje ograniczenia – dla większości państw Chiny są głównym partnerem handlowym, kluczowym inwestorem, utrzymują prężne mniejszości, m.in. na Filipinach, w Wietnamie czy Singapurze, a do tego mają miażdżącą przewagę wojskową. W zachłannym pożeraniu morza Pekinowi nie chodzi zresztą o kraje sąsiedzkie, lecz o supermocarstwo – Stany Zjednoczone. Dla Amerykanów Morze Południowochińskie jest azjatycką furtką do leżącego w strefie ich wpływów Pacyfiku. Ale również czymś więcej – języczkiem u wagi. USA dobrze rozumieją bowiem, dlaczego Chińczycy pragną morza na wyłączność. Dałoby im ono przewagę, jaką Amerykanie zyskali, przejmując Morze Karaibskie – strategiczną kontrolę w skali oceanu, a nawet półkuli. Z punktu widzenia Europejczyka Morze Południowochińskie wydaje się dziwacznym kształtem wciśniętym między sympatyczne i mało znane destynacje wakacyjne. Ale wystarczy powiększyć kadr, by pojąć niebywałe znaczenie tych wód.

Są one łącznikiem oceanów Indyjskiego i Spokojnego, a co za tym idzie najbardziej zatłoczoną drogą morską świata, wąskim gardłem całego globalnego handlu. Jego bramami są niewielkie przesmyki, z których najistotniejsza to cieśnina Malakka. Prowadzi z Morza Andamańskiego do Morza Jawajskiego, tworzy korytarz między kontynentalną Malezją a Sumatrą. Ma nieco ponad 900 km długości i zaledwie 34 km szerokości. Co roku przepływa przez nią ponad 60 tys. statków i trzy razy więcej ropy naftowej niż przez Kanał Panamski. Ponad 90% wszystkich dóbr i towarów na świecie transportuje się nie samolotami czy tirami, ale na statkach. I aż połowa tego ładunku musi przepłynąć przez cieśninę Malakka, by trafić do portów nieodzownych dla globalnej gospodarki – Hongkongu, Singapuru, a potem dalej: do Korei Południowej, Japonii. 

Dla Chińczyków wody te mają znaczenie wyjątkowe z trzech powodów. Po pierwsze – tędy na tankowcach dopływają zasoby paliwa do coraz bardziej energochłonnej gospodarki i 1,3 mld ludzi. Po drugie – odkąd u schyłku XX w. Chiny postawiły na wymianę handlową i eksport, ich gospodarczym sercem jest południe kraju i znajdujące się tam, na wybrzeżu, specjalne strefy ekonomiczne. Największa z nich obejmuje już całą deltę Rzeki Perłowej. Po trzecie wreszcie – aby zapewnić sobie ekspansję w innych rejonach Azji, w Afryce, a nawet Ameryce Łacińskiej, gdzie prowadzą inwestycje i wydobywają surowce, Chiny muszą kontrolować szlaki oceaniczne. Stosunkowo niewielkie Morze Południowochińskie leży w sercu układanki, której stawką jest całkowita zmiana gry międzynarodowej.

[...]

Drodzy Czytelnicy! 

To jest fragment artykułu, opublikowanego w nr 3559/2017. Jeśli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 


Redakcja

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu Kultura i społeczeństwo w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.