Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Paulina Wilk

Mandala na wodzie

Mandala na wodzie

Okręt „Scarborough” opuścił port w Portsmouth w ostatnich dniach stycznia 1748 r. Kapitan Philip D’Auvergne, zatrudniony przez Kompanię Wschodnioindyjską, obrał kurs na Fort St. David położony w południowych Indiach, nieopodal Madrasu. Stamtąd statek wyruszył do Chin. 12 września około 120 mil na zachód od filipińskiej wyspy Luzon został zniesiony na płyciznę najeżoną skałami. Dla „Scarborough” stała się ona pułapką. Nie pomogło wyrzucenie za burtę najcięższych dział ani próby wyciągania statku linami. Jednostkę uwolniły dopiero wysoki przypływ i silne prądy. Żeglarze ochrzcili miejsce przymusowego postoju imieniem Mielizna Scarborough i popłynęli dalej, do Kantonu.

Dziś nazywana jest różnie, w zależności od tego, kto rości sobie do niej prawa. Filipińczycy mówią na nią Panatag lub Bajo de Masinloc, dla Chińczyków to wyspa Huangyan, ma także nową nazwę anglojęzyczną – Democracy Reef. Zajmująca 150 km² płycizna jest niezamieszkana, jej najwyższy punkt to Skała Południowa, w czasie przypływu wystająca ponad powierzchnię na niespełna 2 m. 

Niewielkie laguny zdobiące jej brzegi stanowią idealne schronienie dla łodzi rybackich, które przypływały tu przez dekady z Filipin, Chin i Tajwanu. Łowił, kto chciał. Tutejsze wody są pełne ryb, największym przysmakiem jest lucjan czerwony o delikatnym, białym mięsie. Rybacy z wiosek na północy Filipin przypływali tu na połowy grupowe, które były podstawą ich utrzymania. Jeszcze niedawno kilkudniowa wyprawa dawała każdemu z nich zarobek w wysokości kilkuset dolarów. Aż do 2012 r., gdy ich drewniane łodzie wzmacniane bambusowymi pałąkami, dzięki którym trzymają się dzielnie na wzburzonych wodach Morza Południowochińskiego, zostały z mielizny przepędzone. Początkowo rybacy myśleli, że to żart albo ćwiczenia. Otoczyły ich trzy łodzie chińskiej straży przybrzeżnej oraz kilka łodzi motorowych, nad nimi krążył śmigłowiec. Żarty się skończyły, gdy Filipińczycy odmówili zawrócenia łodzi i próbowali łowić dalej. Kilku z nich armatki wodne strąciły do morza. Był to pierwszy z serii incydentów. Pierwszy sygnał, że Chińczycy zmieniają warunki gry. Chcą tych wód na wyłączność. 

[...]

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

7 to nadzwyczajna liczba w numerologii – w Chinach brzmi podobnie do słowa „pewny”. U nas masz siedem pewnych i bezpłatnych artykułów do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Rezerwat narodowych miłości

Pływający na swoich sprawnych łodziach ważkach azjatyccy rybacy nie śnili nawet, że znajdą się w epicentrum XXI stulecia. Tak się bowiem składa, że przyszłość Morza Południowochińskiego zdecyduje o kształcie globalnego porządku. Jeśli USA mają utracić panowanie nad światem, jeśli Chiny mają zdominować półkulę wschodnią i dwa oceany – Indyjski i Spokojny – dojdzie do tego właśnie tu, wśród wysepek otoczonych rafą koralową. 

ilustr. Bohdan Butenko
ilustr. Bohdan Butenko

Filipińscy rybacy pierwsi dostrzegli niepokojące zmiany. W nowym stuleciu zaczęli napotykać chińskie okręty wojskowe i łodzie patrolowe nakazujące im zmianę kursu i rezygnację z łowisk. Pierwsi zadziwili się widokiem anten satelitarnych, baraków i dział sterczących z gołych dotąd skał. Jeszcze zanim mapy satelitarne zaktualizowały obrazy wysepek, rybacy obserwowali, jak te niewielkie formacje zmieniają się w nowe lądy – wybetonowane, umocnione drenowanym z dna piaskiem i przywożonymi na transportowcach skałami. Nagle puchły do rozmiarów pozwalających pomieścić lądowisko, wieże wartownicze, schrony. A także maszt z wciągniętą wysoko flagą Chińskiej Republiki Ludowej. Na te wyspy przypływają wycieczkowce, przywożą chińskich patriotów, by odśpiewali na nowym terytorium hymn, zrobili pamiątkowe zdjęcie, zawieźli dobrą nowinę rodzinie i znajomym.
Zaskoczenie rybaków było tym większe, że wcześniej sennymi łowiskami nikt się nie interesował. Właściwie żadna z Wysp Spratly nie nadaje się do zasiedlenia. Są za małe, nie mają źródeł słodkiej wody ani naturalnych barier przed silnymi wiatrami i uderzeniami fal. Gdyby życie na nich mogło mieć sens, już dawno by się tam zjawiło. Basen Morza Południowochińskiego jest bowiem jednym z najgęściej zaludnionych obszarów świata – przy jego brzegach żyje 600 mln ludzi, a na dodatek populacje większości nadmorskich krajów – Wietnamu, Filipin, Tajwanu, Indonezji, Malezji, Singapuru, Brunei oraz Chin – szybko rosną i się bogacą. Południowi Azjaci dobrze znają bogactwa swojej krainy i wiedzą, że Spratly mają do zaoferowania różnorodność ryb i owoców morza. Naukowcy potwierdzili tę wiedzę, wykazując, że archipelag służy za żłobek licznym gatunkom, które następnie zamieszkują wody całego basenu i zapewniają przetrwanie milionom ludzi. Teraz niezliczone formy życia są zagrożone agresywną militaryzacją i betonowaniem, a także obecnością coraz większych kutrów, łowiących ponad miarę, by wykarmić coraz zamożniejsze społeczeństwa. Badacze chcą, by Wyspy Spratly stały się obszarem chronionym, morskim rezerwatem. Zamiast tego znalazły się w oku politycznego cyklonu.

Prawo do nich rości sobie kilka państw – Chiny, Tajwan i Wietnam. A kilka kolejnych – Filipiny, Malezja i Brunei – żąda prawa do administrowania nimi. Stawiają na nich prowizoryczne instalacje wojskowe i cywilne. Powody sporu są – przynajmniej nominalnie – strategiczne. Każdemu z państw chodzi po trosze o blokowanie wpływów krajów sąsiedzkich, zabezpieczenie swoich potrzeb obronnych i ekonomicznych. Te ostatnie związane są z rybołówstwem, ale także ze złożami ropy i gazu, jakie rzekomo skrywa akwen. Przeprowadzone dotychczas badania (a zajmowali się nimi tak wprawieni w znajdowaniu żył złota spece, jak British Petroleum) nie potwierdzają jednak legend o znaczących zasobach paliw. Wygląda na to, że awantura o Wyspy Spratly ma przede wszystkim wymiar nacjonalistyczny. 

ilustr. Bohdan Butenko
ilustr. Bohdan Butenko

Niemal wszystkie kraje regionu zdobyły niepodległość – i państwową podmiotowość – niedawno, po drugiej wojnie światowej lub po zimnej wojnie. Dotyczy to postkolonialnych organizmów, takich jak Indonezja, Filipiny czy Singapur, ale też południa Chin, które przez dużą część swojej historii było wachlarzem prowincji, centrów typu mandala. Współcześnie te młode organizmy mają potrzebę odgradzania się grubą kreską, a jako gracze na arenie świata niedoświadczeni demonstrują swoją siłę w sposób często nieokrzesany i przesadny. W Azji Południowo-Wschodniej kwitną teraz świeckie religie państwowe – umiłowanie własnego narodu. Są to kostiumy tworzone sztucznie, by zintegrować wspólnoty równie sztucznie wtłoczone w europejski koncept tożsamości oparty na sztywnych granicach.

Pożeranie morza

Wyspy Spratly nie są jedyne. Spory dotyczą także Wysp Paracelskich położonych 300 km od wybrzeża Wietnamu, dość blisko chińskiej wyspy Hajnan. Co prawda nie ma wokół nich znaczących złóż, ale niektóre da się zaludnić. Pierwsi prawo do Paraceli, przez zatknięcie flagi, przyznali sobie w 1932 r. Francuzi. Ale – tak jak inni późniejsi władcy tych terenów – nie wiedzieli, co z wyspami począć, dość szybko je opuścili. Zaskakująco długo – aż do początku lat 30. XX stulecia – ani Chińczycy, ani inne ośrodki polityczne w regionie nie rozróżniali tych archipelagów, nie było map wskazujących, gdzie się które wyspy znajdują.

Mimo to każda następna flaga zatknięta z okrzykiem: „Ta wyspa należy do nas!” mobilizowała i wzmagała grę w zaklepywanie kolejnych drobinek lądu. Dzisiaj sytuacja jest groteskowa, ale też w najwyższym stopniu niebezpieczna. Chiny stworzyły drugą po amerykańskiej największą marynarkę świata, w całym regionie trwa moda na kupowanie łodzi podwodnych i zwiększanie budżetów obronnych (od początku stulecia wzrosły średnio o 30%), a amerykańskie lotniskowce pływają w tę i z powrotem, przypominając o swojej sile. Wojenny punkt ciężkości pod koniec XX stulecia przeniósł się z lądu europejskiego na wody Azji. Wielu badaczy spraw międzynarodowych wskazuje punkt zapalny potencjalnej trzeciej wojny światowej właśnie tam – w błękitnych wodach między niewielkimi archipelagami. 

Momentem zwrotnym był rok 1907, gdy Japończycy uznali atol Pratas – trzy wysepki położone 340 km na południowy wschód od Hongkongu – za swoją własność. Do tamtej pory wszystkie chińskie mapy wskazywały wyspę Hajnan jako najbardziej wysunięte na południe terytorium kraju. Jednak aktywność Japończyków, którzy z wysp Pratas czerpali guano – ptasie odchody doskonale nadające się na nawóz – rozbudziła roszczenia Pekinu. Także pojawienie się Francuzów w rejonie Wysp Spratly podziałało elektryzująco – Chiny organizowały ekspedycje i zamawiały mapy, na których wszystkie odkryte skrawki lądu przypisywały... sobie. Od połowy lat 70. XX stulecia żądania te przyjmują ton „historyczny” – władze mówią o starożytnych prawach Chin do tych terenów. Naukowcy uważają je za bezpodstawne. Kształt chińskich oczekiwań biegnie wzdłuż tzw. linii dziewięciu kresek. Jest to kartograficzny jęzor wcinający się w wody Morza Południowochińskiego tak, że połyka je niemal w całości, łącznie z James Shoal – płycizną położoną 1500 km od lądu chińskiego, a zaledwie 100 km od wybrzeży Malezji. Znajduje się ona 22 m pod wodą i zgodnie z Konwencją Narodów Zjednoczonych o prawie morza (przyjętą w 1982 r. i ratyfikowaną przez Chiny) nie może być niczyim terytorium. Trybunał w Hadze w 2016 r. odrzucił żądania terytorialne Chin dotyczące Morza Południowochińskiego, a rację przyznał Filipinom oskarżającym je o naruszenie suwerenności. Cóż to jednak znaczy wobec stosowania siły – militarnej i technologicznej? Tuż po ogłoszeniu tego przełomowego wyroku, który miał dać mniejszym państwom wsparcie w zmaganiach z chińskim Golemem, prezydent Filipin oświadczył, że nie będzie nawet próbował wyciągać żadnych konsekwencji. 

ilustr. Bohdan Butenko
ilustr. Bohdan Butenko

Malezyjskie przysłowie mówi: „Gdy walczą dwa słonie, mrówka powinna się usunąć z drogi”. Mniejsi bohaterowie konfliktu rozumieją swoje ograniczenia – dla większości państw Chiny są głównym partnerem handlowym, kluczowym inwestorem, utrzymują prężne mniejszości, m.in. na Filipinach, w Wietnamie czy Singapurze, a do tego mają miażdżącą przewagę wojskową. W zachłannym pożeraniu morza Pekinowi nie chodzi zresztą o kraje sąsiedzkie, lecz o supermocarstwo – Stany Zjednoczone. Dla Amerykanów Morze Południowochińskie jest azjatycką furtką do leżącego w strefie ich wpływów Pacyfiku. Ale również czymś więcej – języczkiem u wagi. USA dobrze rozumieją bowiem, dlaczego Chińczycy pragną morza na wyłączność. Dałoby im ono przewagę, jaką Amerykanie zyskali, przejmując Morze Karaibskie – strategiczną kontrolę w skali oceanu, a nawet półkuli. Z punktu widzenia Europejczyka Morze Południowochińskie wydaje się dziwacznym kształtem wciśniętym między sympatyczne i mało znane destynacje wakacyjne. Ale wystarczy powiększyć kadr, by pojąć niebywałe znaczenie tych wód.

Są one łącznikiem oceanów Indyjskiego i Spokojnego, a co za tym idzie najbardziej zatłoczoną drogą morską świata, wąskim gardłem całego globalnego handlu. Jego bramami są niewielkie przesmyki, z których najistotniejsza to cieśnina Malakka. Prowadzi z Morza Andamańskiego do Morza Jawajskiego, tworzy korytarz między kontynentalną Malezją a Sumatrą. Ma nieco ponad 900 km długości i zaledwie 34 km szerokości. Co roku przepływa przez nią ponad 60 tys. statków i trzy razy więcej ropy naftowej niż przez Kanał Panamski. Ponad 90% wszystkich dóbr i towarów na świecie transportuje się nie samolotami czy tirami, ale na statkach. I aż połowa tego ładunku musi przepłynąć przez cieśninę Malakka, by trafić do portów nieodzownych dla globalnej gospodarki – Hongkongu, Singapuru, a potem dalej: do Korei Południowej, Japonii. 

Dla Chińczyków wody te mają znaczenie wyjątkowe z trzech powodów. Po pierwsze – tędy na tankowcach dopływają zasoby paliwa do coraz bardziej energochłonnej gospodarki i 1,3 mld ludzi. Po drugie – odkąd u schyłku XX w. Chiny postawiły na wymianę handlową i eksport, ich gospodarczym sercem jest południe kraju i znajdujące się tam, na wybrzeżu, specjalne strefy ekonomiczne. Największa z nich obejmuje już całą deltę Rzeki Perłowej. Po trzecie wreszcie – aby zapewnić sobie ekspansję w innych rejonach Azji, w Afryce, a nawet Ameryce Łacińskiej, gdzie prowadzą inwestycje i wydobywają surowce, Chiny muszą kontrolować szlaki oceaniczne. Stosunkowo niewielkie Morze Południowochińskie leży w sercu układanki, której stawką jest całkowita zmiana gry międzynarodowej.

Mityczne wpływy Chin 


Aby uzasadnić swoje ambicje, Chiny od prawie pół wieku opowiadają bajkę o odwiecznych wpływach w basenie. Kartografowie, geografowie i historycy tworzą interpretacje oraz faktoidy mające przekonać opinię publiczną i instytucje międzynarodowe, że Pekinowi przysługuje uświęcone przeszłością prawo dominacji na Morzu Południowochińskim. Tymczasem istniejące dowody świadczą o czymś przeciwnym – o bujnej tysiącletniej komunikacji między wspólnotami etnicznymi. Ponad tysiąc języków używanych wokół morza w przeszłości wykazuje podobieństwa, które wytłumaczyć można jedynie intensywnymi kontaktami i naturalnym przenikaniem się społeczności.

Wbrew neonacjonalistycznym opowieściom o tym, że południe Chin stanowiło główny ośrodek wpływów w regionie, pozostałości – budowli, naczyń, świątyń – świadczą o dominującym wpływie Indii. Roberta D. Kaplana, analityka i pisarza, skłania to do używania dziś znów pojęcia Indochiny czy Indo-Pacyfik na określenie regionu będącego łącznikiem kultur dwóch oceanów. Do późnego wieku XVII południe Chin było mozaiką prowincji, a dla handlowo-żeglarskiej wspólnoty Morza Południowochińskiego stanowiło tylko jednego z wielu uczestników zbiorowej gry. 

Dopiero w 1795 r. za sprawą zatrudnionego przez Kompanię Wschodnioindyjską kartografa Jamesa Horsburgha zaczęły powstawać wiarygodne mapy morza, publikowane w latach 1809–1811. Dopiero one obaliły mit, że w północnej części morza znajduje się archipelag Wanli Shitang pełen niebezpiecznych raf. Wiara w jego istnienie utrzymywała się wśród Chińczyków przez 300 lat i powstrzymywała ich przed eksplorowaniem wód poniżej wyspy Hajnan. Podczas gdy owe wody śmiało pokonywali – zgodnie z sześciomiesięcznym cyklem monsunów – drobni handlarze, rybacy oraz wielkie flotylle hiszpańskie, portugalskie, brytyjskie czy holenderskie, Chiny pozostawały bohaterem trzeciego planu. Odwrócone plecami od świata traciły, gdy inni pływali, robili interesy, konkurowali, a przez to wszystko – modernizowali się.


Trzy dekady admirała

W historii Chin istnieje jeden tylko imponujący – ale też bezlitośnie zaprzepaszczony – epizod żeglarski. Trwał trzy dekady, pomiędzy latami 1403 a 1433, i znany jest jako „podróże eunucha”. Admirał Zheng He był muzułmaninem, pochodził z prowincji Yunnan. Został tam pojmany podczas inwazji dynastii Ming i wykastrowany, służył cesarzowi Yongle. Za jego panowania (Yongle był synem założyciela dynastii Ming) Nankin stał się największym miastem świata, 2 tys. naukowców stworzyło kompendium wiedzy opublikowane w 11 tys. tomów (pozostawało ono największym zbiorem wiedzy aż do powstania... Wikipedii), a Zakazane Miasto w Pekinie, nowej chińskiej stolicy, było najbardziej zaawansowanym urbanistycznie miejscem na globie.

Wydelegowany przez światłego cesarza admirał Zheng He odbył kilka (pięć, sześć lub siedem – historycy spierają się co do liczby) wypraw morskich. Ich celem był pokaz siły i wielkości chińskiej cywilizacji, mimo że odbywały się pod hasłami pokojowymi. Admirał dysponował flotą oceaniczną, o jakiej nie mogła marzyć żadna z ówczesnych koron europejskich. Jego słynny statek skarbów miał 400 stóp długości, czyli pomieściłby w sobie trzy „Santa Marie” dowodzone przez Krzysztofa Kolumba. Na tak wielkie okręty (a miał ich łącznie 300) admirał ładował porcelanę, złoto, kamienie szlachetne i herbatę. Dary miały onieśmielać odwiedzanych, budzić w nich podziw i grozę. Każda ekspedycja liczyła od 50 do 250 okrętów, na ich pokładach było ponad 20 tys. żołnierzy uzbrojonych w najnowocześniejszy sprzęt. Niall Ferguson, opisując te wyprawy w Cywilizacji, porównał je do kosmicznych misji Apollo. Podróże Zheng He wymagały podobnej wizji, zaawansowania technologicznego, a także ambicji badawczych. 

Admirałów Chiny miały wówczas kilku, ale tylko Zheng He opłynął Ocean Indyjski. Dotarł do Tajlandii, Jawy, Sumatry, indyjskiej Kerali, był też w Adenie i Dżeddzie. Według niektórych badaczy chińskich opłynął również Afrykę, ale twierdzenia tego nie podtrzymują naukowcy międzynarodowi. 

Trzydzieści lat militarnych wojaży zapewniło cesarstwu zaczyn faktycznej dominacji na Morzu Południowochińskim, ustanowiono garnizony m.in. w Malakce i na Cejlonie. Ale sukcesy Zheng He budziły zazdrość wśród urzędników na cesarskim dworze. W 1424 r. Yongle zmarł, wkrótce nastąpiła zmiana polityki i ponowne zamknięcie Chin. Mapy i dzienniki Zheng He spalono – cała wiedza o zewnętrznym świecie, jaką zdołał zgromadzić, przepadła. Od 1500 r. budowanie statków trójmasztowych podlegało w Chinach karze śmierci. Cesarstwo przez kolejne 500 lat nie posiadało ani jednego okrętu, który mógłby dopłynąć do Wysp Spratly. 

W 1984 r. Deng Xiaoping wydobył zakurzoną figurę Zheng He, by użyć go jako ikony i historycznego uzasadnienia dla prowadzenia nowej polityki „otwartych drzwi”. Deng – entuzjasta reform – stawiał na porty, handel zagraniczny i kontakt ze światem. Dla eksplodujących industrialno-handlowych tworów, takich jak Shenzhen czy Szanghaj, morze było życiodajne. Kontrola wód nagle stała się interesem strategicznym, któremu przyprawiane są teraz historyczne korzenie. 

Rachunek sił

Jak duże jest prawdopodobieństwo wojny na Morzu Południowochińskim? Jaki byłby jej skutek? Na razie takie ćwiczenia umysłowe można prowadzić bez lęku, że się zrealizują. Dysproporcja między wielkością floty Chin i USA, a także między ich potencjałem militarnym jest zbyt duża, by Pekin ryzykował otwartą konfrontację. Ale pierwsze kamienie, prowadzące do lawinowej zmiany, ruszyły. Chiny prześcignęły Koreę Południową i są największym budowniczym okrętów, także wojskowych, na świecie. Dziś ich flota dorównuje tej amerykańskiej z lat 90. XX w., ale szybko rośnie i jest nowocześniejsza. Pekin dysponuje pionierskimi technologiami, np. w budowie ultracichych łodzi podwodnych. 

Jeszcze nie dziś, ale w perspektywie dwóch–trzech dekad konflikt zbrojny jest możliwy. Jego konsekwencje będą mieć znaczenie dla porządku, który ukształtował się w wyniku kolonialnych sporów Brytyjczyków i Holendrów przed wiekami. To ich stratedzy polityczni ukuli bowiem sprzeczne koncepcje morza otwartego i zamkniętego – obie idee miały służyć europejskiej dominacji na morzach i oceanach. Wciąż kształtują dylemat: do kogo należy morze? Jeśli wody miałyby stanowić własność państw, zdusiłoby to, a z pewnością skomplikowało, przepływ dóbr. Jeśli morza mają pozostać wolne – do jakiego stopnia kraje nadmorskie mogą chronić swoje interesy i zasoby? Zgodnie z Konwencją Narodów Zjednoczonych o prawie morza każde państwo (w tym należąca do niego wyspa) ma prawo do wód sięgających 12 mil morskich od linii brzegu, gwarantuje ona krajowi także wyłączną strefę ekonomiczną do 200 mil morskich od brzegu. Chiny, które ten dokument dobrze znają, tworzą na Morzu Chińskim sztuczne wyspy – na rafach, skałach i płyciznach, by tym samym ustanawiać nowe geofakty. Zmiana geografii jest przecież technologicznie możliwa. Morze Południowochińskie zaroiło się od wysp, których niedawno jeszcze wcale nie było.

Równolegle z coraz agresywniejszym rozpychaniem się Chin w regionie słabnie pozycja Stanów Zjednoczonych. Odkąd prezydent Richard Nixon i Henry Kissinger ustalili z Mao Zedongiem w 1972 r., że nie będą oficjalnie wspierać Tajwanu, w zamian za co Chiny przestaną sponsorować komunistów w Azji Południowo-Wschodniej, zapanowała względna równowaga. USA odmawiały mieszania się w spory terytorialne, dawały jednak znać, że niepokoi je militaryzacja wód. Utrzymują w rejonie swoje lotniskowce, a po 2011 r. aktywnie wspierały też mniejsze państwa i zachęcały je do budowania wzajemnych sojuszów przeciw potencjalnemu hegemonowi.

Ta polityka, pielęgnowana przez Hillary Clinton, skończyła się jednak wraz z wyborem Donalda Trumpa na prezydenta i niezwykle trudno dziś przewidzieć, czy Waszyngton tworzy jakąś nową strategię. Wkrótce po objęciu urzędu prezydent zszokował Chińczyków, dzwoniąc do władz Tajwanu. Później zapewnił co prawda o szczególnej relacji USA z Chinami, ale także zadecydował o sprzedaży broni Tajwanowi. Takie gesty są wyraźnym afrontem dla Pekinu. Niedawno niszczyciel US Navy prowokacyjnie przepłynął 12 mil morskich obok terytorium, które Chiny uważają za własne. Pokaz siły miał zaprzeczyć pogłoskom, jakoby Amerykanów nie było stać na utrzymywanie wojsk na Morzu Południowochińskim. 

Rachunki wydają się nieubłagane. Amerykański budżet na obronność maleje, chiński rośnie o kilkanaście procent rocznie. Dla USA utrzymywanie okrętów tysiące mil od własnych granic to ogromny koszt. Chińczycy mają bliżej, a co najważniejsze – im na Morzu Południowochińskim zależy bardziej. Starcie między potęgami to na razie political fiction, Kaplan i Hayton przewidują, że tymczasem czeka nas ciąg dalszy schizofrenii: kwitnąca między Waszyngtonem a Pekinem wymiana handlowa regularnie doprawiana spięciami i pokazami siły.

Pępek świata

Wśród przepychających się słoni codzienne życie prowadzą mrówki – wyspiarskie społeczności zmuszone swoje tradycyjne modele działania podporządkować nie tylko państwom, ale także ponadnarodowym koncernom. Globalność wód, które Chiny chciałyby przekształcić w swoje wewnętrzne jezioro, najlepiej widać z dachu Marina Bay Sands – luksusowego kompleksu hotelowo-rozrywkowego wybudowanego w sztucznej zatoce Singapuru.

Ta wyspa 200 lat temu była zaledwie kropką na mapie, sprytnie wyłudzoną przez brytyjskiego żeglarza i urzędnika Kompanii Wschodnioindyjskiej – sir Stamforda Rafflesa – od lokalnego sułtana. Prędko okazała się idealnie położonym portem. Południowo-zachodni monsun sprowadzał tu łodzie z Chin, Wietnamu czy Malezji, a po kilkunastu tygodniach spędzonych na targowaniu, wymianie, paleniu opium i przeładunkach północno-wschodni wiatr zabierał towary ku Indiom i Bliskiemu Wschodowi. Nie było w Azji lepszego miejsca do robienia interesów, nie było drugiej finansowej stolicy usadowionej dogodnie u wylotu cieśniny Malakka. Banki i statki – to wystarczyło, by przemienić Singapur w jeden z najważniejszych i najzamożniejszych zaułków na mapie świata. By pojąć jego znaczenie i wagę Morza Południowochińskiego dla współczesności, wystarczy wjechać na 63. piętro Marina Bay Sands, zamówić kieliszek wina i podejść do barierki. W dole rozciąga się oszałamiający widok. Od zachodu – szpice wieżowców oznaczonych logotypami potężnych instytucji finansowych, Manhattan Wschodu, który zarabia pieniądze, gdy Europa zasypia. To on dyktuje jej kursy na kolejny dzień. 

Od północy – konsekwentny pejzaż bloków, dróg najsilniej zurbanizowanej wyspy świata, jedynego zakątka Azji, w którym nie ma biedy. Od południa – dźwigi i kontenery olbrzymiego portu, dzięki któremu niczego nieprodukująca wyspa jest liderem eksportu. Tu spływają półprodukty i dobra zewsząd, są montowane, rafinowane i wysyłane dalej po wielokrotnie wyższej cenie. 

Od wschodu widok jest najpiękniejszy, wyjaśnia wszystko. Setki statków, łodzi i okrętów zwróconych ku wyspie dziobami. Kołyszą się w złotawych przedwieczorem wodach, nakryte dachem gęstych chmur anonsujących porę deszczową. Stoją zakotwiczone tankowce, transportowce, kutry i liniowce. Czekają cierpliwie, aż Singapur je wpuści, podejmie, włączy do ogólnoziemskiej rodziny kontaktów i interesów. Przypływają tu malutcy i olbrzymy – z Atlantyku, Pacyfiku, Morza Arabskiego i Północnego. 

Przypominają pielgrzymów, którzy pokonali daleką drogę, burze i sztormy, by dotrzeć do portu, który jest ich przeznaczeniem, a także ich bóstwem. Nadaje sens wysiłkom i połączeniom, należycie docenia i wycenia ich starania. 

Wszystkie legendy o globalizacji, o iPhone’ach składanych z części produkowanych w kilkunastu krajach, o zielonych mango dojrzewających tygodniami na dnie ładowni i otulonych troskliwie orchideach wartych po dowiezieniu do Europy tysiące dolarów, o przemytnikach i piratach przejmujących drogie cargo tu się zbiegają i zawiązują. Maleńki Singapur był kiedyś osadą rybaków wypływających w morze nie dalej, niż wymagały tego skromne potrzeby ludności w osadzie zwanej Tamasek. Globalne siły zmieniły ich przeznaczenie, ale nie przez monolityczną dominację, do jakiej dążą Chiny. Sir Stamford Raffles od razu ogłosił, że Singapur będzie portem otwartym. Jedną z jego pierwszych decyzji była likwidacja podatków i zaproszenie wszystkich, by właśnie tu cumowali swoje statki i sprzedawali towary.

Dziś Singapur nie ma wrogów. Chronią go międzynarodowe sojusze, depozyty bankowe przewyższające te zgromadzone w Szwajcarii, zamorskie bazy wojskowe. I szare myśliwce przelatujące nad wyspą każdego dnia. W 1942 r. wojska brytyjskie utraciły Singapur na rzecz Japonii. Winston Churchill przewidująco nazwał ten dzień początkiem końca imperium. Nie mylił się, w ciągu kilku lat korona utraciła niemal wszystkie kolonie w Azji, w tym Indie. Tymczasem mała niepodległa wyspa, usadowiona właśnie tam, gdzie wody z cieśniny Malakka wpadają do Morza Południowochińskiego, stała się pępkiem świata. 

 

Korzystałam z książek:
Bill Hayton, The South China Sea: The Struggle for Power in Asia, Yale University Press, New Heaven and London 2014;
Robert D. Kaplan, Asia’s Cauldron: The South China Sea and the End of a Stable Pacific, Random House, New York 2014;
Niall Ferguson, Civilization. The Six Killer Apps of Western Power, Penguin Books, London 2012.

 

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu Kultura i społeczeństwo w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!