Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część trzecia, czyli miłość to za mało

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

 „Jeśli oświecenie jest miłością, to droga do niego musi również prowadzić przez miłość” – myśli Adam Z., wpadając w lekką ekstazę z powodu swego przekonania, które uznaje za głębokie. Od dobrych 10 minut stoi przy stojaku świadków Jehowy i słucha jak Estera, prawdopodobnie najpiękniejsza kobieta na świecie, opowiada o Armagedonie, 144 tysiącach powołanych do życia w niebie i całej reszcie mogącej dostąpić życia wiecznego na ziemi.

– Na ziemi – powtarza Adam Z. odrobinę bezmyślnie, nie do końca świadomy wypowiadanych słów, wpatrzony w usta Estery, które przy każdym słowie zdają się układać w pocałunek.

– Ależ tak, na ziemi, proszę posłuchać Ewangelii Jana, rozdział 3 werset 16 – Adam patrzy na drobne palce Estery wertujące Pismo Święte z wprawą harfiarki i natychmiast wyobraża sobie, co ona, tymi palcami... – „Albowiem Bóg tak bardzo umiłował świat, że dał swego jednorodzonego Syna, aby nikt, kto w Niego wierzy, nie został zgładzony, lecz miał życie wieczne”.

– Jeśli życie wieczne, to tylko z panią – uśmiecha się Adam siermiężnie.

– Słucham? – poważna twarz Estery i sroga twarz brata Edmunda, pod którą wisi precyzyjnie zawiązany krawat, wytrącają Adama Z. z miłosnej pasji, ale tylko na chwilę.

– Nie, proszę mnie źle nie zrozumieć, nic poza życiem wiecznym bardziej mnie nie interesuje, właśnie udało mi się uciec z sekty...

– ...z sekty? – dopytuje w przejęciu Estera, a serce Adama Z. przyspiesza pod wpływem czułości jej słów i obietnicy troski, którą otrzyma u boku tej współczującej kobiety.

Litanii, która padła z ust Adama, nie sposób powtórzyć, warto jednak nadmienić, że wyrzucenie z pracy zmieniło się w opowieść o bestialskim upokorzeniu przez sadystycznego szefa, utrata mieszkania wskutek nieopłacania czynszu była tak naprawdę ucieczką przed demonicznym właścicielem kamienicy, lichwiarzem i satanistą, a przygarnięcie przez wyznawców Kryszny okazało się więzieniem w pokoju z łysymi mężczyznami, którzy sznurem zmuszali go do odmawiania 1729 modlitw dziennie. Pod koniec opowieści Adam łkał i przyjął „Strażnicę” zatytułowaną Gdzie znaleźć pocieszenie, „Przebudźcie się!” – Katastrofy – co zrobić, żeby przetrwać i książkę Poznaj Słowo Boże. Dostał adres Sali Królestwa, w której umówił się na jutro, by rozpocząć półroczne studium Biblii – chciał zacząć jeszcze dzisiaj, wieczorem, ale Estera miała w planach głoszenie z bratem Edmundem.

„Bóg, czy też energia, natura, życie, prowadzą mnie same ku oświeceniu – myśli Adam Z., odchodząc w podskokach od miłości swego życia. – Niepotrzebne mi powłóczyste szaty ani praca, można, doprawdy można żyć miłością”.

Noc spędzona na dworcu głównym, ze „Strażnicą” służącą za poduszkę, znacząco studzi emocje Adama Z. Nie ugnie się jednak pod presją świata i nie wróci do domu rodzinnego, wolałby przerzucać obornik gołymi rękami. A wie, co mówi – kiedyś, na balkonie, w wynajmowanym u satanisty mieszkaniu zamieszkały gołębie. Porzuconego przez nie gówna nie mógł zmyć długimi godzinami (i faktycznie nie zmył). Szczęśliwie zachował ostatnią wypłatę, mógł teraz nakupić bułek i pasztetu – byle przetrwać do jutra. Nawet oko zmrużył, dopóki nadgorliwi stróże prawa nie poprosili go o okazanie biletu na pociąg.

Przegoniony – ale przecież „Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” – wędrował po mieście, aż w końcu nadszedł czas na spotkanie z Esterą. Jednak inaczej to wszystko sobie wyobrażał. Studium Biblii rozpoczęło się modlitwą do Jehowy, którą wygłosił brat Edmund, po czym skarcił Adama Z., który zamiast trzymać pochyloną głowę, co chwilę zerkał na Esterę. Potem przyszedł czas na czytanie fragmentów Pisma Świętego, serię pytań i kolejną modlitwę. Żadnego obiadu, poczęstunku, z napitków tylko woda. Podczas wieczornego zebrania 84 wyznawców podało mu rękę, powiedziało dzień dobry i udawało, że woń unosząca się z niepranej koszuli Adama nie drażni ich nosów. Podczas kolejnego studium Biblii Adam Z. popełnił faux pas, prosząc Esterę i brata Edmunda, by pokazali zesłanie Ducha Świętego.

– Słucham?

– No, mówienie językami, skakanie na rękach, piana z ust, te klimaty.

– To raczej u zielonoświątkowców.

Potem było jeszcze gorzej.

– Czy możemy porozmawiać o nas? – pyta Adam, gdy brat Edmund w końcu udał się do toalety.

– Nie ma żadnych nas, spotykamy się tylko po to, żeby pomóc ci poznać Jehowę i jego zamierzenie.

– Ty jesteś moim zamierzeniem.

– „Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego”.

– Ty jesteś moim królestwem.

– Nie, przepraszam, panie Adamie, ale nie wydajesz się pan być normalny

– Panie? Byliśmy na ty! – wzburzony Adam Z. podnosi się z krzesła, zamaszystym gestem uderza Biblię, która szybuje wysoko i otwarta na Księdze Hioba trafia Esterę w twarz. – Kiedy ja się zakochałem, nie obchodzi mnie żaden Jehowa! Nie widzisz tego niewiasto?! Tyś moją bramą! – gardłowy okrzyk przywołuje z łazienki brata Edmunda, który pospiesznie wyciera mokre ręce w spodnie z kantem i wyprasza Adama z Sali Królestwa.

Siedząc na drewnianej ławce, czując jak pęka mu serce, Adam uznaje, że nie znajdzie oświecenia w religiach, mnisich szatach, garniturach i strażnicach, nie znajdzie w ludzkich namiętnościach, chociaż te jej palce wertujące słowa Boga, te palce – zadumał się, ale szybko przegonił przyziemne wołanie. Skoro przepędzali go z miejsca w miejsca, jak każdego męczennika, zdecydował, że czas udać się na prawdziwe odosobnienie. 

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor powieści „Chodziło o miłość”, „Duchy Jeremiego” i reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info