Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część szósta, czyli ceremonia ayahuaski

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

Biegnie po lesie tak, jakby pierwszy raz biegł po lesie. Adam Z. jest nagi. Wbija stopy w mech, w runo leśne, w korzenie, odbija się od nich, czując, że ma pięty z kauczuku. Rozkłada ręce i leci. W każdej chwili, pomiędzy tym, jak jedna stopa odbija się od ziemi, a druga na niej ląduje – leci. Czas zniknął, nie tyle, że stracił na znaczeniu, czy przestał być odczuwany – tych stanów już Adam doświadczał, wtedy czas za każdym razem pozostawał w świadomości jako linia, obiekt, punk odniesienia. Tym razem czas naprawdę zniknął. Dlatego chwile, podczas których unosi się w powietrzu, podczas których leci, trwają przynajmniej połowę wieczności. I chociaż patrząc z boku,  dostrzeglibyśmy raczej szaleńca i odruchowo sięgnęli po telefon komórkowy, by wezwać karetkę – Adama nic to nie obchodzi – właśnie uciekł z ceremonii ayahuaski, będąc wciąż pod wpływem szamańskiej medycyny.

Do domku w lesie i wsi położonej w czeskich górach dotarł wieczorem busem prowadzonym przez długowłosego mężczyznę, będącego dzieckiem kwiatem we wczesnym przekwicie. Poza nimi, w ceremonii brała udział łysa dziewczyna o ogromnych, niebieskich oczach, poszukująca trwałego przebudzenia; młodzieniec będący zwolennikiem środków psychoaktywnych; pisarz z depresją i trzema powieściami na koncie, w tym jedną dobrą i aktorka, poszukująca weny. Ceremonia rozpoczęła się po zmierzchu. Na każdego czekał materac, butelka wody, miska i papier toaletowy.

– A po co miska? – dopytuje zaciekawiony Adam Z.

– Ayahuasca nazywana jest pnączem przodków, lianą duszy, ale również La Purga – wyjaśnia szamanka – to znaczy, że potrafi czyścić.

– Zarówno górą, jak i dołem – dodaje wyraźnie dumny ze swej wiedzy długowłosy mężczyzna.

Mrozi to na chwilę wszystkie myśli Adama Z., bo przypomina mu się ceremonia Kambo, podczas której witał się ze śmiercią. Przez chwilę chce uciec, ale szamanka już nakłada na jego głowę dym z płonącego drewna Palo Santo, dmucha mu w dłonie, serce i stopy. Adam klęka przed szamanką, wypija kubek czarno-brązowej mazi przypominającej w smaku zwęgloną oponę samochodową, albo uwędzone i posypane sadzą śliwki. Wraca pokornie na swój materac, wpatruje się w ciemność, gdy nagle dostrzega, że ciemność wpatruje się w niego. Podskakuje, krzyczy – krótko, lecz dosadnie – po czym opada na materac, by wraz ze skurczem żołądka zwrócić do miski fragment swojego dzieciństwa, ten, w którym został sam w domu, a firanki zmieniły się w przemarsz demonów. Wtedy urodził się lęk. Teraz lęk opuszcza Adama Z. Jego ciało wije się po podłodze, a jego usta jęczą. Szamanka chwyta go za serce i głaszcze je, śpiewając icarosa. Łzy płyną po twarzy Adama. Smakują chałwą. Zlizuje je z warg, zlizuje z placów. Tyle łez w tak małych oczach? – Pyta szamanki, ale ta zamiast odpowiedzi każe mu obserwować i nic więcej nie robić.

Zaczyna się spektakl kolorów, a gdzieś w tle, wyświetlany jest film z dzieciństwa Adama. Obserwuje go, znudzony. To właśnie teraz postanawia, że zatańczy. Zrzuca z siebie koszulę, podoba mu się ten ruch. Dotyka skóry na klatce piersiowej i chce więcej. Ściąga spodnie i skarpety, ściąga majtki. Jest wolny. Wybiega z moloki – szamańskiej chatki – i biegnie w kierunku lasu. Słyszy wzywający go głos szamanki, czuje jak słowami nawleka na jego stopy kolejne liny i ciągnie go ku sobie. Adam walczy. Nogi ma z ołowiu, ale dobrze zna to ze snów, trzeba iść, nic więcej nie robić, tylko iść. W końcu stawia pierwszy krok, a za nim następny. Głos szamanki znika, gdy przybywa drzew.

Jeszcze nigdy otchłań nie była tak czuła – myśli Adam, i leci, z każdym krokiem trochę wyżej. Czuje jak rodzi się w jego brzuchu ptak, może to feniks, może kondor – tego jeszcze nie wie. Ptak prostuje skrzydła, czuje wyraźnie ten ruch w swoim brzuchu. Za chwilę osiągnie cel: ostateczną wolność, przebudzenie, nirwana, nibbāna, moksza, oświecenie. Adam Z. stoi na dwóch wyprostowanych nogach, czuje coraz silniejszy ruch w brzuchu, to musi być budząca się prawda, to życie, to rajski ptak, który chce się uwolnić. Nadszedł czas – krzyczy Adam Z. do wysokiego nieba, ręce rozkłada na boki, gotowy do lotu, napina całe ciało i robi kupę.

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info