Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część siódma, czyli poza słowami

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

Do chaty szamanki wrócił nad ranem, nagi, z brudnymi od ziemi stopami, mchem we włosach i siniakami na kolanach. Poprzedniego dnia rozpoczęła się ceremonia ayahuaski, w której Adam Z. ochoczo wziął udział. Gdy wywar z pnącza amazońskiej rośliny zaczął działać, poczuł się skrępowany własnym ubraniem, więc je porzucił i nagi wybiegł do lasu. Tam, wyczekując spotkania z Absolutem, przemierzał Matkę Ziemię bosymi stopami. Oczy zwracał do nieba, a ręce rozkładał na boki, w uniesieniu, gotowy do lotu. Nie poleciał jednak Adam Z. Przeciwnie – do życia doczesnego, brutalnie, przywołała go fizjologia.

Właśnie teraz wraca, brudny i skruszony. Zakrywa się dłońmi. Szamanka siedzi przed chatą, pali mapacho i nawleka dym na swoje siwe włosy. Adam Z. chce umknąć przed jej karcącym spojrzeniem, ale czuje się zahipnotyzowany. Zamiera, patrzy w ciemne oczy czarownicy, otwiera usta, by przepraszać, kajać się, prosić o wybaczenia i kolejną szansę, gotów jest przysięgać na życie, że z następnej ceremonii już nie ucieknie – ale żadne słowo nie może się z niego wydobyć. Próbuje Adam Z., próbuje maniakalnie, co tylko pogłębia jego przerażenie. Stracił słowa, a raczej moc ich wypowiadania. Buduje zdania w głowie, ale te rozpadają się, gdy tylko otwiera usta, rozpadają się w ciszy. Szamanka chwyta go za ręce, przykłada czoło do jego czoła i nos do jego nosa. Zamykają oczy i biorą wspólnie trzy głębokie oddechy. Uspokaja się Adam Z. i nagle rozumie, że został na niego rzucony czar. W pierwszym odruchu chce zapytać, ponownie otwiera usta, napina umysł i szyję, ale nie potrafi wypowiedzieć żadnego słowa. Szamanka patrzy na niego z litościwym uśmiechem, przykłada palec do ust i odprawia.

Odchodzi Adam Z. w zdziwieniu i ciszy. Co chwilę sprawdza, czy czar przestał działać i próbuje krzyknąć, zaśpiewać albo wypowiedzieć chociaż jedno słowo. Nieskutecznie. W głowie kotłują się myśli i pytania: „Czy tak już pozostanie na zawsze? Czy to kara za grzechy, czy może lekcja, której znaczenia nie rozumie?”.

W sklepie spożywczym wskazuje palcem, wielokrotnie: „To, no to, to!”. I kręci głową, nie, nie kasza, nie fasola, nie. Sprzedawczyni podaje chleb, Adam Z. się poci, macha rękami, że nie, nie chce chleba.

– No na chleb pan wskazujesz! – mówi z dezaprobatą sprzedawczyni.

Otwiera Adam Z. usta, poci mu się górna warga, czerwień zalewa poliki, ale żadne słowo nie pada z jego ust. Wyciąga rękę, prostuje palec wskazujący i celuje nim w regał z pieczywem.

– No już się nie denerwuje, bo zawału dostanie – dodaje sprzedawczyni. – Wyraźnie pokaże, czego chce.

Pokazuje Adam Z. wyraźnie, pokazuje, chociaż bliski jest wskoczenia za ladę. W końcu płaci za bułkę grahamkę i jogurt naturalny, przyjmując pełne pogardy spojrzenie od sprzedawczyni. Wychodząc, słyszy, jak ta rozmawia z klientką, że upośledzony jakiś, nie mówi, pewnie pisać też nie potrafi. Upokorzony, zniesmaczony ale i zainspirowany, w papierniczym kupuje zeszyt i długopis. Od teraz używa go do komunikacji w sklepach, kasach biletowych, spotkaniach z listonoszem i innymi ludźmi.

Mijały dni, a słowa nie chciały wrócić do Adama Z. Poszedł nawet na ustawienia Hellingerowskie, poszedł do bioenergoterapeuty, a nawet wrócił do chaty w lesie, by prosić szamankę o zdjęcie zaklęcia. Dowiedział się, że minie ono wtedy, gdy będzie gotowy, by minęło. I tyle. A przecież był gotowy, a przynajmniej powtarzał to sobie w głowie. Wrócił Adam Z. od szamanki przygnębiony. Przestał słuchać radia i oglądać telewizję, bo słowa zaczęły go męczyć, skoro nie mógł własnych wypowiadać. Odsunął się od ludzi. Rozmowa za pomocą zdań pospiesznie pisanych na kartce ustawiała go w pozycji ofiary, przegranego, który w żadnym pojedynku na słowa nie wygra. Gdy chciał ripostować – rozmówcy poruszali już nowy temat. Bo tak zazwyczaj rozmawiał Adam Z. – by wygrać, by powiedzieć, by doradzić, by ocenić, by zaimponować, a nie w celu spotkania.

Pewnego wieczoru, na przykościelnym billboardzie zobaczył dobrze mu znany cytat: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo”. Przystanął i zadumał się, ciekawy tego, co jest na końcu, skoro początek ustanawia słowo. Zrozumiał, że za każdym razem, gdy wypowiadał słowo, powoływał do życia jakiś świat: kompletny, zamknięty, oceniony, nazwany. Używał słów jak pieczęci. Nie znał niczego, co nie miało swojego imienia. A przecież musiał istnieć jakiś świat, wskrzeszony po śmierci świata stworzonego słowami. Wpatrując się w cytat z Ewangelii, zapłakał i otworzył usta, bo poczuł, że zaklęcie minęło, że jest gotowy wypowiedzieć swoje pierwsze słowa. A brzmiały one tak: „Nic istnieje”.

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor powieści „Chodziło o miłość”, „Duchy Jeremiego” i reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info