Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część pierwsza, czyli zastępowanie agresji

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

Adam Z. postanowił, że osiągnie oświecenie. Warunki zdawały się sprzyjające: stracił miejsce do życia, wyrzucono go z pracy, poza tym miał trzydzieści trzy lata. A wszystko zaczęło się od kłótni.

Właśnie teraz, Adam Z., doradca klienta w firmie telekomunikacyjnej, ponownie tłumaczy starszej pani, że wysokość abonamentu będzie rosła, bo w umowie, którą zawarła na 24 miesiące, a dokładnie w paragrafie 7 i punkcie 39 jest to wyraźnie napisane. Starsza pani nie poddaje się, macha umową przed nosem Adama, wywołując delikatny wiatr, który w zupełnie innych, nieklimatyzowanych okolicznościach mógłby zostać uznany za przyjemny. Adam fantazjuje, że knebluje staruszkę umową i zakleja jej usta taśmą klejącą. W rzeczywistości uśmiecha się i powtarza mantrę o paragrafie 7 i punkcie 39. Staruszka znowu macha zamaszyście umową, wzbudzając podmuch wiatru, który porusza dwa włosy wystające z nosa Adama. Na odgłos uderzenia podnoszą się wszystkie głowy w salonie sprzedaży.

W gabinecie szefa poszkodowana twierdzi, że gdyby nie zasłoniła się ręką, dostałaby w twarz. Adam upiera się, że zahaczył o rękę szanownej pani przypadkiem, sięgając po długopis. W minionych latach podczas spotkań z klientem zdarzyło mu się ziewać, podnosić głos, rzucać zszywaczem, a w trakcie rozmów telefonicznych przerywać połączenie, gdy czuł narastającą złość lub nudę. Dlatego szef stawia mu ultimatum: trening zastępowania agresji (na własny koszt) albo rozwiązanie umowy o pracę.

Trening trwa trzy pełne dni, od rana do wieczora. Dwójka prowadzących, ośmiu uczestników. Praca w kręgu. Rozmowy o dzieciństwie i konsekwencjach agresji. Ćwiczenia i gry psychologiczne. Adam dawno nie czuł się tak wściekły. Pierwszego dnia milczy. Drugiego odpowiada półsłówkami. Trzeciego, gdy przychodzi czas, by stanął przed materacem i wyobraził sobie twarz najbardziej irytującej go osoby, widzi starszą panią, szefa, cztery kobiety, z którymi był w związkach na tak zwane całe życie, a później postać swego brata, matki i ojca.

– Powiedz, co czujesz – zachęca prowadzący.

– Nie.

– To wyraź.

Adam dotyka materaca, popycha go, uderza dłonią, pięścią, łokciem, a w końcu kopie i boksuje. Trwa to ponad pół godziny. Adam krzyczy, a nawet pluje. W końcu wybucha płaczem i pada na ziemię. Wyczerpany, spocony i spokojny. Oto doświadczył pierwszego w życiu katharsis. W ostatnich godzinach treningu, z zapałem fanatyka, uczy się techniki trzech oddechów, które należy wziąć, gdy czuje nadchodzącą falę złości. Serię oddechów kończy uśmiech.

W drodze do wynajmowanego mieszkania – o metrażu nieznacznie większym od garażu jego ojca – Adama wypełnia radość i absolutne przekonania o wyższym poziomie człowieczeństwa, na którym się znalazł. Z dumą dzierży w rękach zaświadczenie ukończenia treningu. Przez chwilę patrzy w kierunku zachodu słońca. Już nigdy nie użyje agresji, obiecał to sobie.

Przed mieszkaniem czeka właściciel kamienicy. Wymienił zamek w drzwiach. Wręcza Adamowi rachunek oraz adres magazynu, w którym znajdują się jego wszystkie rzeczy. Na nic zapewnienia, że za tydzień, nie, że już jutro zapłaci zaległy czynsz za trzy miesiące. Adam jedzie autobusem do pracy – prześpi się na kanapie, dom rodzinny traktuje jako ostateczność. Hiperwentyluje się w autobusie, bo okna, zza których patrzy na ponury świat, prowokują go do rozbicia szyby. Firmowym kluczem otwiera drzwi salonu sprzedaży, kładzie się na kanapie i niemal wpada w sen, gdy pojawia się nad nim szef, mówiąc, że nie może tutaj zostać, że bardzo mu przykro, przepisy, i tak, wszystko rozumie, ale nie, nie można tu spać. Ręka Adama, zakończona zaciśniętą pięścią, okazuje się szybsza od jego myśli i ląduje na szklanym stoliku. Zapada cisza. Odłamki szkła na butach szefa. Adam wciąga powoli powietrze, potem jeszcze dwa razy. Uśmiecha się szeroko, wręcza szefowi zaświadczenie ukończenia treningu i mówi: weź głęboki oddech, a znajdziesz spokój.

– Jesteś zwolniony! - odpowiada szef pełen ignorancji wobec techniki zastępowania agresji i palcem wskazującym nadaje kierunek krokom Adama.

– Sam bym się i tak zwolnił!

W umyśle odchodzącego Adama odsłania się wspomnienie nastolatka wołającego w kierunku swoich rodziców: nie pchałem się na ten świat. Odrzuca je pospiesznie, przekonany, że mężczyznę, którym jest – a raczej męskiego mężczyznę, jak lubi o sobie myśleć – dzielą od zbuntowanego chłopca lata świetlne. Odrzuca wspomnienie, podświadomie czując, że czai się za nim rozległe poczucie osamotnienia.

Adam siada na schodkach przed firmą. Mija go grupa łysych mężczyzn w sandałach i pomarańczowych szatach. Uśmiechają się. Śpiewają „Hare Krishna”. Adam Z. czuje, że nie ma nic do stracenia. Wstaje i podąża za grupą. Właśnie teraz podejmuje decyzję, że jeszcze tego lata osiągnie oświecenie.

Data publikacji: