Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część piąta, czyli jad żaby

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

„Umrę” – myśli Adam Z. i nawet chciałby o tym głośno powiedzieć, ale powstrzymują go torsje. Siedzi na toalecie, dłonie zaciska na plastikowej misce, którą szybko zapełnia treścią z żołądka. Spodnie i majtki ma opuszczone do kostek, to dobrze, bo od kilku minut leci z niego woda, niepitna. Przyspieszone tętno wali w skroniach, wybijając z głowy Adama Z. wszelkie kojące myśli, pozostawiając otwartym pytanie: dlaczego poddałem się ceremonii kambo?

Szaman wali go chacapą po plecach i nuci jedną ze swoich pieśni.

– Niech to się... – Adam Z. otwiera usta, ale nie kończy zdania, wyrzucając z nich białą pianę, prosto do miski.

– Wszystko ma swój początek i koniec, wszystko mija – odpowiada spokojnie szaman i wraca do swojej pieśni, podczas gdy to, co zbędne w Adamie Z., wraca do Pachamamy, do Gai, do matki Ziemi czy też, mówiąc innymi słowy, do sedesu.

Jeszcze trzy godziny temu wszystko było piękne. Las, wiatr, wolność i pierwsza masturbacja po prawie tygodniowej przerwie. Adam Z. uciekł z kursu medytacji Vipassana (chociaż on sam z pewnością nie użyłby tego słowa, powiedziałby, że po prostu opuścił sekciarskie zgrupowanie), podczas którego wraz z setką innych ludzi miał za zadanie pozostać w ciszy i obserwować swój oddech. Pierwsze chwile przyniosły ukojenie, orgazm, a później wyczekiwaną kawę, drożdżówkę i jeszcze jedną kawę, lody czekoladowe i podwójne frytki z pikantnym keczupem, i ciasto jabłkowe, i hamburgera, w sumie to dwa, a na deser porcję lodów waniliowych z polewą karmelową. Źle się poczuł Adam Z., zadziwiająco źle jak na człowieka wolnego. „Oto jestem – pomyślał, bo lubił myśleć o sobie w słowach dużych i nieprzeciętnych. – Oto jestem bez miłości, bo moja ukochana wolała Jehowę (Estera nigdy nic poza litością do Adama Z. nie poczuła), bez pracy, bo mój szef nie zrozumiał wzburzenia (rozbicia pięścią służbowego stolika) i bez mieszkania, bo właściciel kamienicy był materialistą (po trzech miesiącach zalegania z czynszem wyrzucił Adama Z. z mieszkania). Do tego boli mnie brzuch i nie mam po co żyć” – pomyślał, wychodząc z fast foodu i kierując się w stronę trasy szybkiego ruchu. Pieniędzy również Adam Z. nie miał zbyt wiele, więc postanowił złapać stopa.

W ten sposób trafił do starego busa wypełnionego kolorowymi ludźmi i zapachem kadzidła. Wszyscy jechali na ceremonię kambo, oczyścić się, wyrzucić z siebie agresję, choroby, a przede wszystkim panemę – jak mówią Indianie – czyli pecha, klątwę, nieszczęście, depresję i lenistwo.

– To coś dla mnie! – zakrzyknął podniecony Adam Z. – A jednak Bóg mnie prowadzi.

Długowłosy mężczyzna, który prowadził busa, spojrzał na Adama Z. podejrzliwie, acz serdecznie i zaczął zadawać pytania.

– Czy ostatnie 48 godzin byłeś na diecie? Bez używek, alkoholu, narkotyków, kawy i mięsa?

– Tak.

– Dwanaście godzin przed ceremonią można pić tylko wodę, nic więcej, na pewno nic dzisiaj nie jadłeś?

– Nic! – nos mu rósł, ale nie mógł przecież opuścić takiej okazji. – Właśnie wracam z kursu medytacji!

– Wiesz, że szaman wypali ci na skórze kilka kropek i nałoży na to jad żaby?

– Mhm – Adam Z. trochę zbladł, ale słowo się rzekło.

Szaman przyjął gromadkę z uśmiechem na twarzy. W długie, czarne włosy wpięte miał pióra, a w ustach trzymał drewnianą, dymiącą fajkę. Przed samą ceremonią Adam Z. dowiedział się, że jad pozyskuje się w lesie amazońskim z żaby olbrzymiej Phyllomedusa bicolor, że trucizna zawiera w sobie ponad 60 bioaktywnych peptydów pozwalających na uzdrowienie przeróżnych schorzeń, i że nie trzeba wcale żaby zabić, by ściągnąć z jej skóry jad. Ostatnia wiadomość bardzo ucieszyła dziewczynę z łysą głową o dużych, niebieskich oczach, która chciała skorzystać z ceremonii jako pierwsza.

– Dzisiaj mamy gościa – powiedział szaman, świdrując Adama Z. swoimi ciemnymi oczami i zaprowadził go do toalety.

Sprawy nabrały tempa. Okadzanie białą szałwią. Dwa litry wody wypite w piętnaście minut. Pięć punktów wypalonych na skórze. Majtki w dół. Miska w dłonie. Jad na skórze.

Adam Z. chce uciekać, ale nie ma siły nawet unieść wysoko głowy. Torsje i biegunka uczestniczą w wyścigu. Jest przekonany, że umrze. Zdobywa się na heroiczny wysiłek, by spojrzeć szamanowi w oczy – ten dotyka jego czoła, wraz z pieśnią rozsiewa wokół siebie dym i światło. Gdy w misce ląduje fragment hamburgera, a później dwie, delikatnie tylko strawione frytki, Adam Z. podejmuje decyzję, że już nigdy nie będzie kłamał. Po policzkach ciekną mu łzy, a po twarzy pot. Ceremonia się kończy. Adam Z. ląduje na trawie przed domem szamana. Z każdym oddechem wraca do niego życie. Po chwili przychodzi szaman, siada obok i pyta o samopoczucie.

– Nigdy więcej kambo – mówi Adam Z.

– Myślałem, że nigdy więcej kłamstw – odpowiada z uśmiechem szaman.

– To też – pospiesznie dodaje Adam Z. – Ale zaraz, skąd wiedziałeś?

W odpowiedzi szaman macha tylko chacapą, zaciąga się fajką i prowadzi kolejną osobę do toalety. Adam Z. zamyka oczy, bierze głęboki oddech i podsłuchuje, jak długowłosy kierowca busa z łysą dziewczyną o niebieskich oczach planują trasę do Czech na ceremonię ayahuaski. 

Data publikacji: