Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część ósma, czyli pożegnanie ze śmiechem

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

„Nie udało się, pozostałem człowiekiem ewidentnie nieoświeconym – myśli Adam Z., siedząc w parku na ławce i czytając Potęgę teraźniejszości Eckharta Tolle. – Pomimo wyczerpujących poszukiwań, utraty pracy, mieszkania i miłości (to nic, że urojonej), pomimo bratania się z religiami i sektami, nakładania na skórę jadu żaby i nocy spędzonej w szamańskiej chacie podczas ceremonii ayahuaski – nie udało się, nie zostałem oświecony”.

Adam Z. oddaje się lekturze: Jest rok 1977, Eckhart Tolle ostatecznie pożegnał się z depresją, myślami samobójczymi i bezsennością. Skończył dwadzieścia dziewięć lat, rzucił pisanie doktoratu i zamieszkał na ławce w londyńskim parku Russell Square. Rodzina i przyjaciele uznali, że zwariował. Pewnej nocy obudził się nad ranem, z lękiem. Ciemność i cisza nocy przerywana była tylko turkotem przejeżdżającego w oddali pociągu. „Wszystko to wydawało się tak obce, wrogie i bezsensowne, że napawało mnie głębokim wstrętem do świata. Ale najohydniejsze było moje własne istnienie” – napisał Tolle. W głowie wracała do niego myśl – „dłużej już ze sobą nie wytrzymam”. Zrozumiał, że jest „ja” myślące te słowa, i ktoś jeszcze, druga osoba, z którą „nie mógł wytrzymać”. Jego umysł się zatrzymał. Wtedy nastąpiło przebudzenie.

Adam Z. zamyka książkę, patrzy na srebrną korę buka stojącego nieopodal, na gęstą koronę drzewa. Bierze głęboki oddech. To pożegnanie. Nie jest to myśl, a dogłębne przeczucie, że właśnie teraz gotowy jest zamknąć ten rozdział swojego życia. Rozpaczliwą i pełną pomyłek podróż do oświecenia. Przypomina mu się scena z filmu Zupełnie Nowy Testament, gdy mała dziewczynka, córka Boga, rozmawia w parku z człowiekiem, który siedzi na ławce i patrzy na majestatycznego ptaka fruwającego po parku. Mężczyzna prosi dziewczynkę, by zapytała ptaka – córka Boga potrafi rozmawiać ze zwierzętami – dlaczego mogąc być wszędzie na świecie, wybrał bycie w tym parku. Ptak odpowiada mężczyźnie tak: „Chciałbym ci zadać to samo pytanie”.

Adam Z. wstaje z ławki, na której zostawia niedoczytaną książkę. Podchodzi do buka, dotyka jego twardej kory, chociaż przez chwilę wydawało mu się, że będzie miękka, pluszowa. Nie jest rozczarowany, przeciwnie – zaskoczony, a wręcz przekonany, że po raz pierwszy dotyka kory drzewa, że po raz pierwszy widzi drzewo. Jest w nim głos oznajmujący, że widział takie drzewa setki razy, że to banalne i ckliwe: dotykać kory drzewa ze wzruszeniem. Głos ten Adam Z. przywykł nazywać umysłem, ale właśnie teraz postanowił go nie słuchać. Być może była to srebrna i twarda kora buka, być może kilka zdań z przeczytanej książki, być może pytanie majestatycznego ptaka, a może jednak przeszłe doświadczenia, ale Adam Z. po raz pierwszy poczuł wolność, o której nie miał pojęcia, że istnieje.

Odwraca twarz w kierunku słońca, do srebrnej kory buka przykłada drugą dłoń i wybucha dzikim, niekontrolowanym śmiechem. Dwie kaczki pływające w pobliskim jeziorze zrywają się do lotu, speszone. Przechodząca obok para staruszków przyspiesza. Tylko mały chłopiec – nie może mieć więcej niż osiem lat – zatrzymuje się obok Adama Z. i patrzy na niego szeroko otwartymi oczami, a po chwili również wybucha śmiechem.

Ciężko stwierdzić, czy Adam Z. w tej chwili myślał, gdy go o to zapytałem, zareagował śmiechem – ten niósł się długimi minutami przez park miejski. Prawie całe życie miał do wyśmiania. Przywykł, zupełnie bezrefleksyjnie, traktować siebie (nad wyraz) poważnie: te wszystkie prace, związki, te wszystkie słowa i wiara, właśnie wiara w to, że musi, powinienem, że należy i nie wypada, że mu wolno, nie wolno, a w końcu wiara w oświecenie. Przypominają mu się sceny z życia codziennego, by wywołać kolejne salwy śmiechu. W końcu odrywa ręce od buka, stawia krok. Wie, jest absolutnie przekonany, że to pierwszy krok, który stawia, znajduje w nim rozkosz i zdziwienie. Idzie. Zawsze stawiał takie same kroki, zawsze oddychał – przywykł po prostu nie widzieć tego, co ma tuż przed swoim nosem. Dla uproszczenia nazwijmy to życiem.

Czuje głód. Na blacie kuchennym układa pomidory, świeżą bazylię i czosnek. Trzyma pomidora lewą dłonią i przecina na pół, a później kroi go w drobne kwadraty, sok spływa na drewnianą deskę. Oblizuje palce, które po chwili chwytają czosnek. Czuje intensywny zapach. Rwie palcami zielone liście bazylii. Zalewa wszystko oliwą z oliwek. Posypuje pieprzem i solą, miesza. Je. Zamyka oczy ze względu na smak, który przez język i podniebienie rozchodzi się po całym ciele. „Tak smakuje oświecenie” – myśli Adam Z. i wybucha głośnym śmiechem.

Na tym świecie rodziłem się niezliczoną ilość razy
i ustawicznie biegłem bez zatrzymania się
w poszukiwaniu budowniczego tego domu, ale nie mogłem go znaleźć;
nieustannie przeżywałem cierpienia kolejnych i kolejnych narodzin.
O budowniczy domu! Teraz cię widzę.
Już więcej nie zbudujesz dla mnie domu.
Połamałem wszystkie twoje belki,
kalenica tego domu jest zniszczona.
Umysł uwolnił się od uwarunkowanych reakcji;
nastąpił koniec pragnień

Dhammapada XI.8–9 (153–154)

           

           

            

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor powieści „Chodziło o miłość”, „Duchy Jeremiego” i reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info