Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część druga, czyli mantry w tramwaju

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

Bogu dzięki, a raczej Krysznie dzięki – zaczął padać deszcz i Adam Z. wraz z grupą mnichów mógł wsiąść do tramwaju. Miał już dosyć maszerowania. Nie dali mu pomarańczowej dhoti, nie dali duchowego imienia – a wyraźnie sugerował, że Budda albo Nieustraszony, chociaż nie w pełni doskonałe, pasowałyby do jego osobowości. No i nie wtajemniczyli w drogę na skróty do oświecenia, chociaż zapewniali, że ją znają. Pacnęli tylko kolorem między oczami, nazwali to tilak i pozwolili pojechać do rynku, śpiewać Maha Mantry. A śpiewać musi codziennie po 1728 razy: Hare Kryszna Hare Kryszna. Kryszna Kryszna Hare Hare. Hare Rama Hare Rama. Rama Rama Hare Hare. 16 rund na sznurze modlitewnym, co oczywiście było przesadą i mniej więcej po drugiej rundzie Adam Z. zasypiał.

W tramwaju tłoczno. Patrzy na roześmianych mnichów, rozmawiają, pochyleni ku sobie czołami. Nawet na niego nie spojrzą, tacy zajęci. Nie, Adam Z. nie jest niewdzięczny. Tyle, że po tych wszystkich wyrzeczeniach i poświęceniach, żeby nie dostać pomarańczowej dhoti ani imienia? Przesada – mówi Adam Z. na tyle głośno, że odwracają się w jego stronę wszyscy w tramwaju, w tym mnisi. Uśmiecha się do nich serdecznie i zaczyna śpiewać: Hare, are, are, hej, hej, hej! Are, re, re... po chwili milknie, speszony. Nie dołączają do niego, patrzą w osłupieniu i odwracają wzrok, nie tylko mnisi zresztą. Od Syna Bożego wzrok odwracają – myśli sobie Adam Z. – Tyle wyrzeczeń, żadnego piwa, żadnej kiełbaski, a znalezienie chwili i przestrzeni na tej ich całej fermie, by oddać się masturbacji, graniczy z cudem. Do tego groźby małżeństwa albo celibatu. Karmią go, owszem, tyle że prasadamem, nietreściwe to takie, niby wegetariańskie, ale jaj też nie uświadczył. Tymczasem mijają długie, pełne wyrzeczeń i klasztornego życia dni – dokładnie cztery – od kiedy bezpodstawnie wyrzucono go z pracy i mieszkania. Co prawda dali mu spać, ale z pięcioma innymi łysymi w pokoju i każą pracować, obracać sznurem w dłoni. Jeśliby tylko dostał dhoti, mogłoby nawet być białe, ale nie, traktują go jak trędowatego. A gdyby nie deszcz musiałby znowu maszerować dwa kilometry.

Tramwaj zwalnia. Przystanek. Adam Z. dostrzega ją z daleka, wsiada, w ręku trzyma parasol, w uszach słuchawki, kapie jej z kaptura, kapie z plecaka. Ubodzie mnie zaraz – myśli sobie Adam Z. – parasolem ubodzie, mokrym i ze szpikulcem, no ubodzie, znam ten typ, zapatrzony w siebie, poza czubkiem własnego nosa świata nie widzący, takie to bezmyślne, tępe... o nie! Przypominają się Adamowi Z. lekcje z ostatnich dni: każdy z nas jest dzieckiem Boga! Nie dostąpi oświecenia jeśli otwartym sercem tego nie dostrzeże. Przypomina mu się trening zastępowania agresji. Bierze trzy głębokie oddechy. Patrzy cały czas na parasolową i wciska się pod okno, obok krzesła, byle dalej od jej szpikulca. A ta za nim. Zwolniło się miejsce, przestrzeń poczuła – myśli sobie Adam Z. – wolność poczuła i pcha się, parasol jej dynda, wcale go nie pilnuje. Wdech, jesteś dzieckiem Boga, przyjmuję cię otwartym serce, wydech, no jeszcze bliżej podlazła, kapnęła z kaptura na trampki, cudem przed deszczem ocalone, kapnęła se, nie widzi tego. Walczą w Adamie Z. dwie siły, dobrze mu znana, ludzka i nowa, boska, wypełniająca go prawie całego, zapowiadające rychłe oświecenie Nie podda się ludzkim słabościom. Zamyka oczy, oddycha, myśli o trzecim oku, tam gdzie ma tilak. Nie podda się. Krótka przed nim droga do raju chociaż wąska, nie zejdzie z niej, nie będzie jak ten tłum baranów! O nie, nie baranów – poprawia siebie szybko – dzieci Bożych, pełnych ignorancji po prostu. Stoi nieruchomo, tak się w tramwaj wciska, że ręka go boli, byle dalej od parasolowej, która kapie mu na trampki i kapie na nogę. Tramwaj gwałtownie hamuje i rzuca niebogą, która wbija mokre ostrze parasola w miękki brzuch Adama Z. – No i kurwa wiedziałem! – drze się Adam Z. – pcha się z tym pani od wejścia, kapie kurwa wszędzie i wiedziałem, że mi wbijesz, kurwa no! Ludzie, kurwa, szacunku trochę. Dość tego! Eee, Krisznowcy! Wysiadamy.   

Żwawym krokiem Adam Z. wychodzi z tramwaju, odwraca się raz jeszcze w kierunku parasolowej, by pokazać jej jak trzy razy puka się w czoło. Szuka wzrokiem mnichów, macha do nich ręką, a za chwilę rękami, nie reagują. Drzwi tramwaju się zamykają i mnisi z nisko pochylonymi głowami odjeżdżają, a wraz z nimi wizja rychłego oświecenia. Adam Z. podnosi oczy ku górze, ale deszcz wali zbyt mocno, by wytrwał w tej boskiej pozycji. Umykając z przystanku, dostrzega kobietę, prawdopodobnie najpiękniejszą na świecie. Obok niej jakiś mężczyzna, stoją  pod wiatą, schludnie ubrani, garsonka, garnitur, nie jakieś kolorowe szmaty, trzymają czasopisma: StrażnicaPrzebudźcie Się! Tego mi trzeba – myśli Adam Z. –  przebudzenia. 

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info