Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 7 „Przekrojowych” tekstów oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część druga, czyli mantry w tramwaju

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

Bogu dzięki, a raczej Krysznie dzięki – zaczął padać deszcz i Adam Z. wraz z grupą mnichów mógł wsiąść do tramwaju. Miał już dosyć maszerowania. Nie dali mu pomarańczowej dhoti, nie dali duchowego imienia – a wyraźnie sugerował, że Budda albo Nieustraszony, chociaż nie w pełni doskonałe, pasowałyby do jego osobowości. No i nie wtajemniczyli w drogę na skróty do oświecenia, chociaż zapewniali, że ją znają. Pacnęli tylko kolorem między oczami, nazwali to tilak i pozwolili pojechać do rynku, śpiewać Maha Mantry. A śpiewać musi codziennie po 1728 razy: Hare Kryszna Hare Kryszna. Kryszna Kryszna Hare Hare. Hare Rama Hare Rama. Rama Rama Hare Hare. 16 rund na sznurze modlitewnym, co oczywiście było przesadą i mniej więcej po drugiej rundzie Adam Z. zasypiał.

W tramwaju tłoczno. Patrzy na roześmianych mnichów, rozmawiają, pochyleni ku sobie czołami. Nawet na niego nie spojrzą, tacy zajęci. Nie, Adam Z. nie jest niewdzięczny. Tyle, że po tych wszystkich wyrzeczeniach i poświęceniach, żeby nie dostać pomarańczowej dhoti ani imienia? Przesada – mówi Adam Z. na tyle głośno, że odwracają się w jego stronę wszyscy w tramwaju, w tym mnisi. Uśmiecha się do nich serdecznie i zaczyna śpiewać: Hare, are, are, hej, hej, hej! Are, re, re... po chwili milknie, speszony. Nie dołączają do niego, patrzą w osłupieniu i odwracają wzrok, nie tylko mnisi zresztą. Od Syna Bożego wzrok odwracają – myśli sobie Adam Z. – Tyle wyrzeczeń, żadnego piwa, żadnej kiełbaski, a znalezienie chwili i przestrzeni na tej ich całej fermie, by oddać się masturbacji, graniczy z cudem. Do tego groźby małżeństwa albo celibatu. Karmią go, owszem, tyle że prasadamem, nietreściwe to takie, niby wegetariańskie, ale jaj też nie uświadczył. Tymczasem mijają długie, pełne wyrzeczeń i klasztornego życia dni – dokładnie cztery – od kiedy bezpodstawnie wyrzucono go z pracy i mieszkania. Co prawda dali mu spać, ale z pięcioma innymi łysymi w pokoju i każą pracować, obracać sznurem w dłoni. Jeśliby tylko dostał dhoti, mogłoby nawet być białe, ale nie, traktują go jak trędowatego. A gdyby nie deszcz musiałby znowu maszerować dwa kilometry.

Tramwaj zwalnia. Przystanek. Adam Z. dostrzega ją z daleka, wsiada, w ręku trzyma parasol, w uszach słuchawki, kapie jej z kaptura, kapie z plecaka. Ubodzie mnie zaraz – myśli sobie Adam Z. – parasolem ubodzie, mokrym i ze szpikulcem, no ubodzie, znam ten typ, zapatrzony w siebie, poza czubkiem własnego nosa świata nie widzący, takie to bezmyślne, tępe... o nie! Przypominają się Adamowi Z. lekcje z ostatnich dni: każdy z nas jest dzieckiem Boga! Nie dostąpi oświecenia jeśli otwartym sercem tego nie dostrzeże. Przypomina mu się trening zastępowania agresji. Bierze trzy głębokie oddechy. Patrzy cały czas na parasolową i wciska się pod okno, obok krzesła, byle dalej od jej szpikulca. A ta za nim. Zwolniło się miejsce, przestrzeń poczuła – myśli sobie Adam Z. – wolność poczuła i pcha się, parasol jej dynda, wcale go nie pilnuje. Wdech, jesteś dzieckiem Boga, przyjmuję cię otwartym serce, wydech, no jeszcze bliżej podlazła, kapnęła z kaptura na trampki, cudem przed deszczem ocalone, kapnęła se, nie widzi tego. Walczą w Adamie Z. dwie siły, dobrze mu znana, ludzka i nowa, boska, wypełniająca go prawie całego, zapowiadające rychłe oświecenie Nie podda się ludzkim słabościom. Zamyka oczy, oddycha, myśli o trzecim oku, tam gdzie ma tilak. Nie podda się. Krótka przed nim droga do raju chociaż wąska, nie zejdzie z niej, nie będzie jak ten tłum baranów! O nie, nie baranów – poprawia siebie szybko – dzieci Bożych, pełnych ignorancji po prostu. Stoi nieruchomo, tak się w tramwaj wciska, że ręka go boli, byle dalej od parasolowej, która kapie mu na trampki i kapie na nogę. Tramwaj gwałtownie hamuje i rzuca niebogą, która wbija mokre ostrze parasola w miękki brzuch Adama Z. – No i kurwa wiedziałem! – drze się Adam Z. – pcha się z tym pani od wejścia, kapie kurwa wszędzie i wiedziałem, że mi wbijesz, kurwa no! Ludzie, kurwa, szacunku trochę. Dość tego! Eee, Krisznowcy! Wysiadamy.   

Żwawym krokiem Adam Z. wychodzi z tramwaju, odwraca się raz jeszcze w kierunku parasolowej, by pokazać jej jak trzy razy puka się w czoło. Szuka wzrokiem mnichów, macha do nich ręką, a za chwilę rękami, nie reagują. Drzwi tramwaju się zamykają i mnisi z nisko pochylonymi głowami odjeżdżają, a wraz z nimi wizja rychłego oświecenia. Adam Z. podnosi oczy ku górze, ale deszcz wali zbyt mocno, by wytrwał w tej boskiej pozycji. Umykając z przystanku, dostrzega kobietę, prawdopodobnie najpiękniejszą na świecie. Obok niej jakiś mężczyzna, stoją  pod wiatą, schludnie ubrani, garsonka, garnitur, nie jakieś kolorowe szmaty, trzymają czasopisma: StrażnicaPrzebudźcie Się! Tego mi trzeba – myśli Adam Z. –  przebudzenia. 

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!