Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Letnie oświecenie
Część czwarta, czyli koszmar medytacji

ilustr. Igor Kubik
Letnie oświecenie
Letnie oświecenie

Dziesięć dni bez kawy, Internetu, telefonu, muzyki, książki i piwa nie martwiło tak bardzo Adama Z. jak świadomość, że będzie to również dziesięć dni bez masturbacji. Nie jest lekko na drodze do oświecenia dla wszystkich tych, którzy w oświecenie uwierzyli. Ale o tym Adam Z. nie wie – jest przekonany, że oświecenie istnieje mniej więcej tak samo jak szczyt Szrenicy. Widoczny przy dobrej pogodzie, dostępny dla zdecydowanych na kilkugodzinną, amatorską wspinaczkę (również w trampkach lub sandałach).

Adam Z. dostał się na kurs medytacji Vipassana. Przez dziesięć dni będzie medytował po dziesięć godzin dziennie, do tego pobudki o godzinie czwartej i ostatni posiłek przed południem. Pierwsze rozczarowanie pojawiło się szybko – zaraz po przyjeździe do ośrodka. Adam Z. był przekonany, że będzie medytował w grupie kilku, ewentualnie kilkunastu osób, wybranych, zdeterminowanych, praktycznie świętych – jemu podobnych. Tymczasem na kurs przyjechało ponad sto osób. Do tego podzielono ich ze względu na płeć, i kobiety dostały ładniejszy teren do spacerowania, nad samą rzeką. Mężczyźni musieli się zadowolić skromną polaną i kawałkiem lasu. Nie wiedział Adam Z., jak w tej sytuacji medytować – skoro nie zauważono jego boskości, skoro znieważono go tym wielkim tłumem. I jeszcze dostał miejsce do siedzenia w przedostatnim rzędzie, daleko od nauczycieli. Trochę skandal.

Zamyka oczy zgodnie z instrukcją, przyjmuje śluby milczenia na następne dziesięć dni: żadnych słów, żadnego kontaktowania się z innymi gestem czy nawet wzrokiem. Obserwuje oddech – to jego jedyne zadanie. Wdech, wydech, wdech, wydech, ale żeby tak bez dostępu do rzeki, bez kolacji, przez dziesięć dni, wdech, bez masturbacji, w ogóle bez, ale czy ktoś mnie sprawdzi, na ręce patrzeć, wydech, przecież nie będą, wdech, ale cóż to za piękna łydka, niebieskie lniane spodnie, brązowa bluza z kapturem, spod którego spada lawina blond włosów. Adam Z. nie odrywa wzroku od anielicy siedzącej po jego prawej stronie, nosek widzi drobny, oczy zamknięte, medytuje, ano tak, sam zamyka pospiesznie oczy, wdech, wydech, wdech, wydech. Adam Z. znienacka zasypia i przewraca się na podłogę, wzbudzając hałas w całej sali medytacyjnej.

Trzeciego dnia, po dwudziestu siedmiu godzinach medytowania, bez kawy, masturbacji i rozmów z kimkolwiek, bez odrobiny nawet oświecenia, z zazdrosnym spojrzeniem zwróconym w stronę rzeki i tęsknotą w sercu za Internetem, Adam Z. postanawia nawiązać kontakt. Przy wyjściu z sali medytacyjnej czai się na anielicę. Ta wychodzi, patrzy w dal, jakby niczym poza dalą nie była zainteresowana.

– Trochę to wszystko sekciarskie, co? – zagaduje.

Anielica unosi głowę w kierunku Adama Z., nie otwiera ust, nie zwalnia kroku, spojrzenie ma pełne litości i współczucia. Odchodzi.

– Zabrali nam telefony, nie możemy rozmawiać, sekciarskie jak nic! – krzyczy w kierunku znikających pleców.

Brak reakcji ze strony anielicy, brak dostępu do mediów społecznościowych, a najpewniej brak chociażby dwuminutowego filmu porno kondensuje cierpienie Adama Z. Znikąd ulgi, wszędzie cisza, żadnej cywilizacji na oku, setki ludzi i nikt ze sobą nie rozmawia, tylko siedzenie, oddychanie, zamknięte oczy. „Dość tego” – uznaje Adam Z. i postanawia odpuścić wieczorne medytacje, zostać w pokoju i porządnie się wyspać. Ledwo dotyka snu, gdy czuje rękę na swoim ramieniu, kierownik kursu z życzliwą miną zaprasza go do sali medytacyjnej.

Czwartego dnia rozpoczął się koszmar zwany adhiṭṭhāna, czyli silna determinacja potrzebna do godzinnych medytacji bez ruchu. Bez najmniejszego poruszenia, nawet małym palcem u stopy. Boli Adama Z. łydka, bolą kolana, boli go tyłek i kręgosłup lędźwiowy, zapomina o oddechu, o obserwacji, atakują go myśli o pracy, o szefie okrutnym, miłości utraconej, wdech, wydech, ból z łydki tętni pod czaszką, setki mrówek kąsają pośladki, pożar, powódź, tajfun, wojna, ból, wdech, kurwa!

– Nie! – krzyczy Adam Z. – Przecież to boli!

Młodzi adepci Vipassany odwracają głowy w kierunku Adama Z., po czym speszeni własną zuchwałością, pospiesznie prostują plecy i zamykają oczy. Podchodzi do niego nauczyciel i zaprasza na krótki spacer.

– Czy wie pan co znaczy słowo Vipassana?

– Coś od wypasania zapewne?

– Znaczy: widzieć rzeczy takimi, jakimi są.

– No to akurat z tym sobie radzę.

Żadne argumenty nie są w stanie przekonać Adama Z. – pospiesznie się pakuje, opuszcza ośrodek medytacyjny żwawym krokiem i dociera do lasu, w którym to, w sposób manualny, funduje sobie odrobinę ulgi. 

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor powieści „Chodziło o miłość”, „Duchy Jeremiego” i reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info