Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Stasia Budzisz

Kobiety, które wiedzą

Daniel Mróz – rysunek z archiwum, nr 1298/1970 r.
Kobiety, które wiedzą
Kobiety, które wiedzą

Ja jestem wierząca, i w to też wierzę. Mówi się, że ludziom, którzy nie wierzą, to nie pomaga, ale czy to jest prawda, to ja nie wiem, ale trzeba może w to wierzyć, żeby to pomogło.

Oficjalnie ostatnią kaszubską czarownicę utopiono w 1836 r. w Chałupach. Ale w rzeczywistości samosądy miały miejsce jeszcze na początku XX w. Pamiętała to moja cioteczna babka, która do­s­konale znała się na „tych sprawach”. Potrafiła zdejmować uroki, odżegnywać różę i leczyć ziołami. To wystarczyło, by stać się w oczach społeczeństwa czarownicą. Bo przecież jakim cudem kobieta mogła zdobyć taką umiejętność, jeśli nie za sprawą diabelskich sztuczek?

Według legendy sabaty odbywały się w czwartki, ale ciocia-babcia nigdy o nich nie wspominała. Nie mówiła też o „Łysych Górach”, w które bogaty jest polodowcowy krajobraz Kaszub, a na które czarownice latały na miotłach, ożogach albo (sic!) łopatach. To wiem z książek.

Mówiła natomiast o strachu przed ludźmi. W młodości bała się, że poddadzą ją próbie wody, jak tę ostatnią osądzoną, w Chałupach – Krystynę Ceynowinę. Próba wody była najczęś­ciej stosowaną techniką sprawdzania, czy dana kobieta ma konszachty z diabłem. Mówiono, że czarownice są lekkie jak piórko i nie toną. Pławionej czarownicy wiązano prawą dłoń z lewą stopą oraz lewą dłoń z prawą stopą i na linie opuszczano do wody. Nawet gdyby jakimś cudem nie utonęła, dobijano ją wiosłami. Polowano na nie w noc Walpurgii, z 30 kwietnia na 1 maja, ale nie tylko. Niebezpieczne były także noce przesilenia letniego (sobótka), wrześniowa równonoc jesienna, najkrótsza noc roku w grudniu czy święto Matki Boskiej Gromnicznej, inaczej zwane nocą czarownic bądź nocą narodzenia światła. Albo po prostu wtedy, kiedy krowy przestawały dawać mleko, a kury jaja.

Mówiła, że wzbudzała strach i ciężko było z tym żyć.

Ciocia-babcia już nie żyje. Miała normalny, katolicki pogrzeb. Można powiedzieć, że to była ostatnia wiedźma – czyli kobieta, która wie – w naszej rodzinie.

Chyba.

Na potrzeby tego tekstu wyruszyłam w podróż po rodzinnych Kaszubach. W poszukiwaniu dzisiejszych, być może ostatnich już, kaszubskich wiedzących.

Oto, kogo znalazłam.

„Niech tam pani do niej nie idzie, a to się jeszcze coś stanie. Pani w to w ogóle wierzy? Mieszka tu niedaleko. Trzy domy dalej, w stronę miasta. Niech pani na siebie uważa!” – ostrzega mnie ekspedientka.

Pani Agnes od diabłów

Żadnego nazwiska niech pani nie podaje, ani adresu. Ja nie chcę żadnej reklamy nigdzie mieć. Raz w Olsztynie jeden ksiądz na ambonie powiedział, że jak ktoś ma problemy w takich sprawach, to tu ma przyjechać. Adres i nazwisko podał i powiedział, niech się nikt nie wstydzi ani nie boi. Trzeba tam jechać, tam jest tylko jedna rada w tych sprawach.

Z tymi ludźmi to to, proszę pani, nie jest takie wcale fajne. Ten chce to, ten tamto. A ja mam, proszę pani, 85 lat i niejedno widziałam. Robię to, odkąd skończyłam 26, to trochę mogę opowiedzieć.

Ja to od mamy dostałam. My jesteśmy cztery siostry. Jedna jeszcze żyje, ona jest starsza ode mnie, w grudniu będzie miała 87 lat. Ani ona, ani te drugie nie nadawały się w taki sposób. Ja bym to komuś przekazała, ale nikt nie chce. A obcemu nie dam. Ja mam tylko jedną córkę i trzech synów. Wnuczce chciałam dać, ale, proszę pani, które to w Boga wierzy w ogóle, a tu trzeba w Boga wierzyć, i to gorąco. A nie takie, co o Bogu to nawet nie myśli. To są boskie sprawy. Nie chcą. Z ludźmi nikt nie chce mieć do czynienia.

Ksiądz? Księży ja tu miałam już sześć. Żeby choć jeden się zapytał, co ja robię. Ani jeden. Tylko zdrowy i do domku.

Czasem to potrafi nawet pięć osób w dzień przyjść, pani kochana. I to różne przypadki są: uroki, róże albo diabeł.

Z diabłem to najgorzej jest

Ale dwa razy wypędziłam czorta. Raz kobieta z synem z Władysławowa przyjechała. Chłopak na przedstawienie w szkole za diabła się przebrał i z przedstawienia z tym diabłem do domu przyszedł. Jak tu do mnie przyszli, to on miał 17 lat. No przecież już kawaler. To niech sobie pani pomyśli, ile ona po wszystkich świętych z nim jeździła przez te lata. Pani, to jest dla księdza robota, nie dla takiego zwykłego człowieka, jak jestem. Ja jestem Kaszubką, przyznam się bez wszystkiego, ale ja się bałam to robić, powiem szczerze, bo to jest zawsze diabeł. To nie jest śmieszne. Ale pomyślałam sobie, a co tam, Kaszubką w końcu jestem – spróbuję.

Jezus, jaki ten chłopak był chudy. Diabeł spać mu nie dawał, jeść, wszędzie za nim chodził. Do szkoły, ze szkoły. Jak brat normalnie. A matka z nim była zamknięta w pokoju i ona go nie widziała. A diabeł sobie mieszkał. Ale do mnie z nim ten diabeł nie przyszedł. Na pierwszy raz dałam im zadanie, żeby w domu zrobili i na drugi dzień rano znowu do mnie.

Jakie zadanie? Nie mogę powiedzieć.

Drugiego dnia jak przyjechali, diabeł też tu do mnie nie wszedł, ale jemu nie dał spokoju. Ja sobie myślę: „O matko! Co ja mam narobione?”. Ale nic, odeszli oni, przyjechali trzeciego dnia i nie ma. Ja pytam: „Przyszedł chociaż na kawę?”. Nie. Cieszyłam się, ale nocy nie przespałam wtedy. Ani pięć minut. On mi nie dał spać. On mi nie dał, bo ja mu przeszkodziłam. Ja mówię, pani kochana, przecież od takich spraw jest ksiądz. A ile ja mam – cztery klasy, bo byłam za stara, żeby do szkoły chodzić. Ja tam takie coś zrobić boję się, no ale nic takiego się nie stało, i… odeszedł. Trzeciego dnia my się wszyscy tak rozpłakali. Na głos.

A drugi taki większy chłopak był. Matka też z nim tu przyjechała, a on jak mnie zobaczył, to zaczął ryczeć. Miał takie wysokie buty ubrane i tak tymi nogami kopał, że te buty rozebrał. Cały usmarkany, spocony, że normalnie z niego leciało, i te oczy jakieś takie dziwne. Ja z tego całego strachu nic nie mówiłam, tylko w myślach go ratowałam. Na dole córka mieszkała. I ona pyta: „Mamo, co ty tam robiłaś z tym chłopakiem?”. A ja mówię: „Zabite mam pół piekła”.

Jak? Ja nie mogę pani wytłumaczyć tego, jak ja to robię.

***

„Tu u nas to każdy wie, że jak lekarz nie pomoże, to do pani Gertrudy trzeba. Zawsze pomoże. Mieszka dwa domy za mostem” – tłumaczy mi pani pieląca w ogródku.

Pani Gertruda od uroków

Ja to od ojca dostałam, on od swojej matki, a jego matka też od matki. Teraz to z różami przychodzą, z urokami coraz mniej, ale się zdarza. Ja mam prawie 90 lat, siły nie ma na to wszystko, ale pomagać trzeba, jak się to ma.

Oni tu wszyscy o mnie wiedzą. I przychodzą, bo za to się nie płaci nic. „Bóg zapłać” wystarczy. Ale ja nie chcę, żeby o mnie pisali. Za stara już jestem na jakieś komórki czy jak wy to młodzi tam gadacie.

Urok to jest widać, jak człowiek nie śpi czy jeść mu się nie chce, czy jest leniwy, czy nie do życia. Bo urok jest straszny, tak samo jak róża, co nie jest wyleczona. I wtedy to idziemy z tego świata. Nie ma gorszych chorób od róży i uroku. Zwierzyna uroczona zdycha. Różę masz, rak się przywali i umierasz. To nie są takie przyjemne te sprawy. Naprawdę, że nie. No ale co zrobić? Ja już to tyle lat robię, że ja to wszystko znam.

Czytać Ewangelię św. Jana od tyłu

Rzucić urok to każdy może. Człowiek nawet nie wie, że kogoś uroczył. Starczy, że w jednej chwili źle pomyśli albo pozazdrości, albo pochwali. Chwalić nie wolno, bo to urok robi. Ten, co wie, że ma złe oko, to jak wchodzi do chlewa, to palce za spodnie sobie wkłada i ten urok w nim zostaje. [Palce wkłada za pasek od spodni, by zła energia go nie opuszczała – przyp. S.B.]. Ale to musi wiedzieć. A jak nie wie, to zadziwuje te zwierzęta i koniec.

Te małe takie: kurczaki, gęsi, kaczki to prosto odczynić. Bo to trzeba je przez męską buksówkę [z kaszubskiego nogawka od spodni – przyp. S.B.] przepędzić i czytać Ewangelię Świętego Jana od tyłu. A to się ciężko czyta. Od razu, proszę pani, suche wychodzą i zdrowe. A konie czy krowy, no te takie większe, to przepoconą koszulą męską pod włos trzeba trzeć, to też choroba wylezie. Ale to wszystko zawsze z Panem Bogiem trzeba i z wodą święconą.

Jajkiem można zdjąć

Urok to jest wtedy, jak się człowiek źle czuje. Można niektóre jajkiem zdjąć. Musi być świeże jajko, prosto od kury, takie najlepiej. I tym jajkiem trzeba trzy razy dookoła głowy chorego pokręcić, żeby choroba w jajko weszła. I się modlić. Potem to jajko trzeba wbić do szklanki z wodą i patrzeć, co będzie. A tam już wszystko wiadomo. Żółtko to jest, proszę pani, czasem jak ugotowane, takie twarde. Jak się takie pęcherze pojawiają w białku, to widać, że urok rzucili na wątrobę, a jak nitki – to na krew. Potem tę wodę z jajkiem trzeba wylać i szklankę umyć. Bo to problemy mogą być inaczej.

Jak węgielek idzie na dno, to mężczyzna

Ale też są tacy, co rzucają specjalnie. To też idzie zrobić, ja nie mówię, że nie. Ale nie wolno nikomu robić krzywdy, bo to by do śmierci doszło. To jest straszna odpowiedzialność. Wiadomo, kto uroki rzuca. Węgielki i chleb to pokazują. Jak węgielek się rzuci na wodę i on idzie na dno, to wtedy mężczyzna, a jak chleb – to kobieta. To się mniej więcej zawsze wie, kto to mógł zrobić. Najgorsze to są takie uroki, co atakują od razu. Paraliż, zawał albo nawet padaczka. Padaczka od uroku najczęściej jest, a co pani myśli.

Modlitwa i czosnek z mlekiem

Ja to różnie choroby zamawiam, proszę pani. To wszystko zależy, co to za choroba jest. Ale zawsze z modlitwą do Jezuska albo do Maryjki, oni mi zawsze odgonić chorobę pomagają, bo ludziom trzeba przecież pomóc. No, to zaczynam od modlitwy, co ją tak pod nosem sobie szepczę, a potem to już zależy. Czasem zioła palę i okadzam nimi chorego. Czasem pić każę. No na przykład na duszności to czosnek z mlekiem, na katar to mleko z majerankiem trzeba zagotować i nos nim płukać, a jak kto nie śpi, to mleko z nagietkiem i już po problemie. Na opryszczkę na przykład to chory musi wydłubać w drzewie gruszki dziurkę, trzy razy w nią dmuchnąć i zakleić. To choroba wlezie w drzewo.

Przed urokiem nie można się uchronić. No ludzie to wiążą czerwone wstążki dzieciom czy koniom, ale to się nie da, proszę pani.

Róża nie jest od uroku, róża to jest całkiem co innego. Zupełnie. Inne leczenie i wszystko inne. Lekarze to od razu nogi ucinają, nie robią nic. Jak to można uleczyć przecież. Oni powiedzą „rak” i urąbią. I koniec. A co to da? Nic to nie da, bo to i tak dalej pójdzie. To nie będzie zagojone ani zażegnane. Róża to powinna trzy razy być zrobiona. Bo to będzie wracało, jak to będzie niezrobione.

Ja to różę palę. To znaczy to się robi tak, że na chore miejsce kładzie się ręcznik, a na nim len, ale taki poświęcony na Gromnicznej. No i tak przez trzy dni palę, tak bliżej zachodu słońca. Każdy ma swój sposób na wygonienie róży. Moja mama przecierała chore miejsce szmatką, którą myto nieboszczyka. Też trzy razy. A ja ten len i modlitwa do Maryjki.

„Żeby cię kołtun skręcił” i gotowe

Teraz to już kołtuna tak często nie ma, ale czasem się zdarza. Za to 30 lat temu to kołtunów było jeszcze więcej niż różów. Żeby mieć kołtun, to starczyło, żeby ktoś komuś powiedział: „Żeby cię kołtun skręcił” i gotowe. To takie pokręcone włosy są, normalnie kołtun się na głowie, na włosach robi, jak kto urok rzuci. Jak jest ten kołtun, to się trzeba pomodlić, a potem trzy dni poczekać i obciąć. Nie można od razu obcinać, bo się jeszcze bardziej chorym będzie. Te obcięte włosy trzeba potem zakopać w ziemi.

Najgorszy urok to rzuca umarły. Zawsze trzeba patrzeć, żeby on miał oczy i buzię zamkniętą w trumnie, bo sobie upatrzy albo wywoła. Teraz to nieboszczyk w domu nie leży, to już nie jest tak strasznie. Ale na to trzeba patrzeć, bo to nie są żarty żadne, pani kochana.

***

„Jak pani przejedzie jezioro, to mój dom to jest szósty za sklepem” – słyszę przez telefon od jedynej, z którą udało mi się umówić.

Pani Elżbieta od róży

Przecież pani nie będzie oficjalnie pisać nazwiska czy jak tam. Bo jeszcze będą gadali, że czarownica czy co tam jeszcze. To ja nie chcę. To niech mnie pani nazwie Elżbieta, ja mam tak na drugie imię. I będzie dobrze.

Mnie to mama przekazała. Jak 14 lat temu umarła, to ludzie do mnie zaczęli przychodzić. To się wszystko zaczęło od mojego brata. Jak miał sześć lat, to miał takie zadraś­nięcie, co mu się nie chciało goić. Mama z nim po lekarzach jeździła, ale nic to nie dawało. I jej siostra powiedziała, że w Kartuzach jest taki ewangelista i może on pomoże. Mama tam z bratem miała trzy razy jechać, ale on powiedział: „Co tam pani będzie tak daleko jeździć” i kazał jej przynieść czystą szmatkę.

To jest ta właśnie szmatka, ona ma już 45 lat. Ten ewangelista nałożył na nią sześć takich niebieskich krzyżyków, ale teraz to już w ogóle nic nie widać, przez te lata to się całe żółte zrobiło. Tą szmatką na chorym miejscu robi się krzyżyki, potem jeden duży krzyż i potem się dmucha. Najpierw dookoła, a potem na krzyż. I tak trzy razy, przez trzy dni. Najlepiej na zachód słońca, żeby ta róża odeszła, właśnie tak jak to słońce.

Modlitwa? Nie, tutaj nie trzeba się modlić. Najpierw trzeba dotknąć tą szmatką i dmuchnąć. To wszystko.

Różę zażegnać trzeba trzy razy

Tak jest najlepiej, ale niekiedy ludziom i po jednym razie pomaga. Mówi się, że róży to jest dziewięć rodzajów. Wiem, że Maryja poszła do ogrodu róże rwać. Jedną zerwała, drugą podarowała, a trzecią zgubiła. I ta trzecia miała zginąć. Ale nie zginęła i powoduje choroby. To różnie wygląda. Jedni mają bąble, inni ropiejące strupy, jeszcze inni krosty albo taki świecący rumień. Czasem róża tak swędzi, że się nie da wytrzymać, a czasem kłuje. Ona nie lubi ani wody, ani żadnych maści, ani kremów. Po tym tylko gorzej jest.

Jeszcze jak matka żyła, był tu jeden taki pan, co w Gdańsku w szpitalu leżał. On był cały w krostach i nikt nie wiedział, co mu jest. Ktoś mu powiedział o matce, on jak przyszedł drugiego dnia, to mówi: „Pani, jak ja już schodziłem ze schodów, ja już czułem ulgę”. Ten człowiek był cały w krostach, pokrzywkę jakąś miał czy coś. Całą noc przespał wtedy. A to róża była.

„Lekarze polecili zażegnanie”

Miałam dwie takie osoby, co lekarze polecili zażegnanie. Pani miała nogę chorą, lekarz jej powiedział, żeby ona znalazła osobę, co to umie, bo to jest róża. Starsi lekarze częściej wysyłają, ale młodzi to raczej nie.

Ja zawsze mówię, jak przychodzą, że to może nie być róża i zawsze mówię, żeby do lekarza. To, co ja robię, nikomu nie przeszkadza ani nie szkodzi, i ja, broń Boże, nie mówię, żeby ludzie się nie leczyli. Ja nie wiem, ja nie jestem lekarzem. Ale spróbować zawsze można, to się za to nic nie płaci. Nie zaszkodzę, ale mogę nie pomóc. Ja jestem wierząca, i w to też wierzę. Mówi się, że ludziom, którzy nie wierzą, to nie pomaga, ale czy to jest prawda, to ja nie wiem, ale trzeba może w to wierzyć, żeby to pomogło.

Ksiądz? Nic nie mówi. Oni tutaj wiedzą, że to robię. Organista często do mnie przychodzi. On ma skłonność do róży. Nasz ksiądz nic nie gada. To przecież nie jest nic takiego.

Róża się od przestraszenia robi. Człowiek się zlęknie i już, gotowe. Czasem to się przecież nawet nie wie, że się przestraszyło.

Dzisiaj to już coraz mniej takich ludzi, co to robią, jest. Starsze osoby poumierały, a młodzi to się nie chcą tego w ogóle podjąć. Ja nie wiem dlaczego. Ja bym przekazała, ale myśli pani, że oni chcą? Mam bratanicę, bratanka, ale nie… To nie musi być nikt z rodziny, ale musi być ktoś, kto będzie chciał to ludziom robić i pomagać. To wszystko, co trzeba mieć. Tego się można nauczyć. Ale ludzie mówią, że to zabobony są.

Ale czasem komuś te zabobony jednak pomogą.

Data publikacji: