Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Robert Rient

Jak zaskoczyć swojego terapeutę?

Paul Gauguin, Autoportret z portretem Bernarda, 1888r.
Jak zaskoczyć swojego terapeutę?
Jak zaskoczyć swojego terapeutę?

Wyzdrowieć – wydaje się najprostszą odpowiedzią na tytułowe pytanie. Oczywiście wyzdrowieć znienacka, pomiędzy poprzednią a zbliżającą się sesją. Wejść do gabinetu, w kilku słowach wyjaśnić, dlaczego to koniec terapii, podziękować. Odchodząc w pełnym zdrowiu, odwrócić się, by dostrzec terapeutę wprowadzonego w osłupienie i – jeśli była to dobra terapia – dumę malującą się na jej czy jego twarzy. To jednak pomysł naiwny i praktycznie niemożliwy do zrealizowania, gdyż znienacka zdarzają się traumy, a wychodzenie z nich – zwane zdrowieniem – to proces.

         I chociaż znane jest zjawisko cudownego uzdrowienia, to dotyczy ono prawie zawsze ciała, nie psychiki. Co prawda, ekstremalnie rzadko, dochodzi do oświecenia jednostki rozwiązującego wszelkie problemy na wszystkich poziomach, zazwyczaj mamy jednak do czynienia z nietrwałymi przebłyskami tegoż lub z pojawieniem się oświeconego ego. A oświecenie od oświeconego ego różni się tym samym, czym człowiek różni się od manekina. Jednym z głównych celów terapii, zwłaszcza psychodynamicznej, jest poszerzanie u pacjenta ego obserwującego (czy też oświeconego), czyli tej części w strukturze osobowości, która nie wie, chociaż widzi, słyszy, a nawet rozumie; nie wie, bo wątpi na drodze do prawdy, czymkolwiek ona jest.

         Można oczywiście symulować spokój, równowagę i szczęście, czyli zdrowie psychiczne, ale nie zaskoczymy tym żadnego terapeuty, ponieważ w ich praktyce są to znane i szeroko rozpowszechnione praktyki, których próbuje dziewięciu na dziesięciu pacjentów. Większość nie udaje zdrowych z premedytacją, ulegli po prostu nagminnemu mechanizmowi wyparcia, w tym wypadku określonych sposobów nieradzenia sobie. Pacjenci tacy zwykli nie dostrzegać sporych fragmentów rzeczywistości i wygłaszać kwestie w stylu: „wcale nie płaczę, to alergia”; „żona mnie sprowokowała”; „on wcale nie chce o wszystkim wiedzieć”; „w domu tego nie zobaczył, wszystkiemu winna jest szkoła”; „wypiłem najwyżej jedną lampkę wina, może dwie”.

         Porzucając nieskuteczne techniki zaskoczenia terapeuty, przejdźmy do sprawdzonych, nawet jeśli czasami ryzykownych.

Zapytaj o przeciwprzeniesienie

Strategia polecana po przynajmniej dwunastej sesji, kiedy to relacja z terapeutą powinna być już zbudowana. A najlepiej po doświadczeniu własnego przeniesienia, czyli po tym, jak zakochaliśmy się w terapeucie albo go znienawidziliśmy. W grę jak najbardziej wchodzą odcienie wyżej wymienionych stanów, takie jak: zauroczenie, fantazje erotyczne, lęk, fantazje o zadawaniu bólu lub unicestwieniu.

         Zygmunt Freud przeciwprzeniesieniem nazywał postawy, reakcje i uczucia terapeuty będące jego nieświadomą odpowiedzią na zachowania pacjenta wynikającą z nierozwiązanych konfliktów i frustracji. Zdaniem Freuda źródła tego mechanizmu tkwią – oczywiście – w problemach edypowych psychoterapeuty. Idealizowanie psychoterapeutki, traktowanie jej jak mamy, która wszystko rozumie, wybaczy i bezwarunkowo kocha, można nazwać przeniesieniem. Postrzeganie swojego terapeuty jako kandydata na przyszłego męża również. Mechanizm przenoszenia uczuć, pragnień i fantazji dotyczy również psychoterapeutów, właśnie wtedy mówimy o przeciwprzeniesieniu – to powszechne zjawisko między dwojgiem ludzi spotykających się regularnie i rozmawiającymi o rzeczach ważnych.

         Irlandzcy psycholodzy Ailbhe Booth, Timothy Trimble i Jonathan Egan zbadali aktywnych zawodowo psychoterapeutów pod kątem przeciwprzeniesienia. Skupili się na doznaniach w ciele, które zazwyczaj są odbiciem stanu emocjonalnego. Okazało się, że ponad połowa badanych w ostatnim półroczu na sesjach ziewała, doświadczała napięcia mięśni, płaczliwości i bólu głowy, 11% odczuwało podniecenie seksualne, a 2% –ból narządów płciowych. Włoski psychiatra Gianfranco Cecchin, analizując zachowania terapeutów, już dawno doszedł do wniosku, że ci, którzy nas leczą, mają własny styl reagowania na złość, smutek czy uwodzenie, a styl ten zależy nie tylko od postrzegania danej sytuacji i wiedzy, ale również na przykład od uprzedzeń. Psychoterapeuta też człowiek – chciałoby się napisać, chociaż wielu pacjentów woli o tym nie pamiętać, idealizując tych, którzy im pomagają. Dla przykładu, jeden z ojców psychoterapii, Frederick S. Perls, twórca szkoły Gestalt, samego siebie nazywał starym zbereźnikiem, a w książce Wokół śmietnika napisał: „Freud nazwałby mnie polimorficznym zboczeńcem. Nauczyłem się nawet czerpać radość z ukradkowych pocałunków przyjaciół płci męskiej. Kiedyś potrafiłem z radością pieprzyć się godzinami, ale teraz, w moim wieku, wolę, jak ktoś mnie uwodzi”.

         Przeciwprzeniesienie psychoterapeuty utrudnia jego pracę tylko wtedy, gdy jest chroniczne i subiektywne, czyli odznacza się powtarzalną tendencją do reagowania na pacjenta w określony sposób. Jeśli na przykład leczący nie zaakceptował swojej seksualności, może mieć problem, by swobodnie i bez oceniania rozmawiać z pacjentem o jego życiu seksualnym. Jeśli natomiast przeciwprzeniesienie jest komplementarne i obiektywne, pomaga terapuecie zrozumieć przeżycia pacjenta, a czasami nawet zidentyfikować się z nimi. Wtedy w relacji terapeutycznej może pojawić się przymierze, więź, a pacjent zyskuje w procesie zdrowienia silne i bezpieczne wsparcie.

         Zapytaj swojego psychoterapeutę o przeciwprzeniesienie. Z pewnością będzie dociekał przyczyny twojego zainteresowania, a jedną z nich może być autentyczne pragnienie dowiedzenia się, czy poddaje się on superwizji, czyli konsultacji swoich własnych pragnień, emocji, myśli i frustracji z bardziej doświadczonym terapeutą. Pacjent powinien to sprawdzić już na pierwszej sesji. Profesjonalny lekarz co jakiś czas idzie się przebadać – w ten sposób chroni swoje zdrowie i może nadal pomagać pacjentom. Możesz również odważniej zapytać o rodzaj przeciwprzeniesienia: chroniczne czy komplementarne?

Przynieś prezent

„Miałam kiedyś 30-letnią pacjetnkę, która mieszkała z rodzicami. Ze względu na rodzaj jej zaburzenia ustaliłam sztywne zasady kontraktu, czyli pewne ramy, w jakich odbywają się sesje oraz nasze kontakty poza nimi. Za każdym razem, kiedy klientka naruszała te ustalenia, odczuwała potrzebę przeproszenia, w związku z czym przynosiła mi małe bukieciki. Najciekawsze, że nie były to bukieciki kwietne, ale wykonane z ziół ogrodowych, szczypiorku, pietruszki, koperku” – opowiada psychoterapeutka Beata Bartnik-Matyska.

         Od pacjentki łamiącej zasady możemy się nauczyć nie tylko tego, że prezent może być pragmatyczny. Przykład pokazuje nam przynajmniej trzy kwestie: po pierwsze, możemy łamać zasady; po drugie, ma to swoje konsekwencje, i po trzecie, możesz wręczyć terapeucie prezent. Zignorowanie lub złamanie zasad ma sens wtedy, jeśli eksperymentujemy ze swoją zanadto rozbudowaną uległością. Kontrakt terapeutyczny chroni przede wszystkim nas, klientów i pacjentów, niezależnie od tego, którego z tych słów używamy (chociaż oczywiście to, jak o sobie myślimy, nie jest przypadkowe). Minimalną konsekwencją będzie rozmowa na temat przyczyn łamania zasady, co z kolei może być niezwykle pomocne dla osób pielęgnujących swoją agresję. Konsekwencją ostateczną może być usunięcie z terapii – dlatego zaleca się zachowanie umiaru w postawie buntowniczej.

         Kluczowy jest jednak prezent – niekiedy za jego pomocą można załatwić znacznie więcej, niż używając setek słów. Mimo zawartego w nim wyrafinowania nie próbujmy jednak naśladować bukietu z ogrodowych ziół. Poszukajmy tego, co zastąpi naszą bolesną opowieść, poszukajmy intuicyjnie, skupiając się na emocjach, nie wiedząc do końca, dlaczego chcemy terapeucie to coś wręczyć. Istotna jest autentyczna chęć obdarowania.

         Pewnego razu, wyczerpany własną terapią, koszmarem wędrówki przez przeszłość i niemożnością wyrażenia siebie, wysłałem swojej terapeutce link do teledysku formacji Telefon Tel Aviv zatytułowanego Immolate Yourself. Chcących sprawdzić, co to takiego, ostrzegam, że obrazy są krwiste. Oto mężczyzna w garniturze wyrusza w podróż przez miasto. Płyty chodnikowe, budynki, a nawet uliczne latarnie stają się dla niego śmiertelnym zagrożeniem – wystarczy jeden nieuważny krok. Dzięki tej metaforze moja terapia ruszyła z kopyta. Możemy się zastanawiać, czy pomógł przesłany utwór muzyczny, czy też usilne pragnienie bycia zrozumianym i korzystanie z innych niż standardowe środki wyrażania siebie, ale najważniejszy jednak okazał się efekt.

         Prezenty mogą być różne, ale nie warto składać w ofierze swojego ciała, co nie znaczy, że nie można. „Od półtora roku przychodził do mnie na terapię czterdziestoletni, samotny i bardzo inteligentny mężczyzna. Na jedną z sesji przyjechał ze skaleczoną ręką, z której kapała krew – mówi Beata Bartnik-Matyska. – W apteczce miałam potrzebne do opatrzenia plastry i bandaże. Kiedy sytuacja została opanowana i zapytałam, jak się skaleczył, odpowiedział, że podczas zmywania stłukł słoik i przeciął się niechcący szkłem, a że był już czas, aby udać się na sesję, ubrał się, wsiadł do samochodu i przyjechał. Cała sytuacja wpisuje się w proces terapeutyczny, w którym był, ale i tak zaskoczyło mnie, że wybrał właśnie taki sposób zakomunikowania mi, że jestem mu potrzebna”.

         Wręczanie prezentu jest bliskie uwodzenia, co przydarza się zarówno pacjentom, jak i terapeutom. Ci drudzy popełniają wtedy błąd w sztuce. Przy czym najczęstsza forma uwodzenia w psychoterapii nie ma charakteru erotycznego, chodzi raczej o emocjonalne oczarowanie pacjenta, przywiązanie go do siebie i zmuszenie na poziomie nieświadomym do kontynuowania terapii lub zachowywania się w niej w sposób, który sprawia terapeucie przyjemność. Dotyczy to zazwyczaj niedoświadczonych lub przesadnie narcystycznych terapeutów.

Kontrakt terapeutyczny nie zabrania natomiast uwodzenia pacjentom i wielu ochoczo z tego korzysta, co szybko staje się treścią procesu terapeutycznego. Chcą być ulubionymi, najciekawszymi, a czasami nawet najbardziej zaburzonymi pacjentami, byle tylko zyskać poczucie wyjątkowości. „Pewien pacjent dzwonił do mnie między sesjami, by dowiedzieć się, jak ratować buty, które zmokły w ulewie – opowiada psychoterapeutka Joanna Goździkiewicz-Łappo. – Inny prosił mnie, żebym dotykała jego koszuli, bo tył wyprasował raz, a przód dwa razy i jego zdaniem koszula z przodu grzała bardziej”.

         Oczywiście niekiedy uwodzenie przybiera najbardziej typową formę. „Miałam kiedyś pacjenta, który szczególnie wzniecał się na widok odkrytych nóg i stóp, co utrudniało nam pracę w miesiącach letnich – mówi psychoterapeutka Monika Jędrowska. – Na sesje z nim musiałam sobie kupić trampki”.

Strać myśli

Pewnego 19-letniego mężczyznę do poradni odwykowej skierował sąd. Pacjent uprawiał w lesie zakazaną w Polsce marihuanę. „Gdy trafił do mnie, skarżył się wyłącznie na jedną dolegliwość – brak myśli – wspomina psychoterapeutka Natalia Jurys. – Próbowaliśmy wspólnie rozjaśnić diagnozę, nie wyglądał na uzależnionego, raczej zasmuconego domowym życiem, mieszkaniem w starym bloku z rodzeństwem i mamą, która zmuszała go do strugania kartofli i wynoszenia węgla. W wiosce nie było żadnych atrakcji, nie uczył się, do pracy nie chciał chodzić. Badałam go różnymi metodami, ale te projekcyjne odpadały, bo nie przetwarzał intelektualnie, a na poziomie konkretów nie deklarował niczego – co zrozumiałe przy braku myśli”. Wcześniej pacjent był leczony farmakologicznie przez psychiatrę, z którym psychoterapeutka się skonsultowała, podejrzewając, że być może leki zabrały mężczyźnie omamy, urojenia, halucynacje, które nazywał myślami. „I to okazało się ślepym zaułkiem. Pacjent nie miał myśli i mimo wielu interwencji myśli nie chciały się pojawić” – dodaje Natalia Jurys.

         Już od czasu filmu Buntownik z wyboru wiemy, że terapeutę można traktować wielogodzinnym milczeniem czy opryskliwością – jednak żadna rada z gazety i żadne zachowanie, które nie jest autentyczne, nie będzie służyło procesowi terapeutycznemu. Czasami bywa jednak tak, że na terapię trafiamy przymusowo lub ulegając usilnym namowom zatroskanych bliskich. Wydaje się, że brak myśli, przynajmniej w fazie wstępnego szoku, może być nie tylko naturalną reakcją, lecz także skuteczną formą samopomocy. Jednak pozostawanie na sesjach w owej bezmyślnej pozycji, uparte i niezgodne z naszym wewnętrznym przekonaniem, nie przyniesie żadnych korzyści.

         Pacjent, który uprawiał rośliny i utracił myśli, może być dla nas inspiracją już chociażby dlatego, że zawstydził Kartezjusza z jego przekonaniem, jakoby myśl potwierdzała istnienie. Wielu pacjentów posiadających regały z książkami, humanistek i humanistów, ale również młodych adeptów i adeptek psychoterapii ma tendencję do nadmiernego intelektualizowania, które w toku życia może zmieniać się w mechanizm obronny zwany racjonalizowaniem. W takiej sytuacji proces terapeutyczny grzęźnie w oparach dialogu, wyścigu na teorie i słówka, pod którym kłębią się niewyrażone emocje. I tu pojawia się skuteczny pomysł, by zaskoczyć swojego terapeutę regresem intelektualnym – przynajmniej na jedną sesję odmówić myślenia, w ramach eksperymentu. Już po 5 minutach może się okazać, że zabawa ta wymaga ogromnego wysiłku, a co ważniejsze, może odsłaniać to wszystko, co wcześniej zakrywaliśmy słowami: paniczną bezradność, stary lęk czy pragnienie bezwarunkowej miłości. Utrata myśli na kozetce wymaga wsparcia ze strony terapeuty, którego już na początku sesji należy zaskoczyć prośbą, aby się zmienił w czułego strażnika, nieskupiającego się na myślach, gdy te się pojawią, ale prowadzącego nas w kierunku doznań w ciele, wrażeń zmysłowych i przede wszystkim uczuć, wszystkich uczuć. Najlepiej zacząć od pustki.

Wstań z fotela

„W terapii nie istnieją dziwne zachowania. To, jak się zachowuje pacjent, jest dla mnie interesujące, bo opowiada o tym, w jaki sposób funkcjonuje w relacjach z innymi, jak zajmuje przestrzeń w świecie. Zaskakujące zachowanie klienta jest zwykle objawem czegoś innego, formą przystosowania, a czasami rodzajem mechanizmu obronnego” – wyjaśnia psychoterapeutka Sylwia Fajkowska. I opowiada o pacjencie, który od pierwszej sesji siadał w gabinecie na podłodze. „Problemem okazała się niechęć do bycia dorosłym, potrzeba powrotu do dzieciństwa, które chociaż nie było piękne, to jednak znosiło odpowiedzialność na rzecz rodziców. W trakcie procesu terapeutycznego klient przesiadł się na materac, a ostatecznie na fotel”.

         Jeśli zaufanie do terapeuty jest już zbudowane, rozmowa o przeniesieniu przeniosła się na rozmowę o przeciwprzeniesieniu, terapeuta otrzymał prezent i masz za sobą chociaż jedną bezmyślną sesję, czas zaskoczyć samego siebie wstaniem z fotela.

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info