Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Tomasz Stawiszyński

Gniew a sprawa polska

Gniew a sprawa polska

Nie mogłem się pomylić, wytyczne były więcej niż dokładne. Powinienem czekać – punktualnie o drugiej po południu czasu miejscowego – przy drugim wejściu do University of Chicago Law School. Czterdzieści pięć minut wcześniej Martha Nussbaum – jedna z najważniejszych współczesnych filozofek, nawiązująca w swojej bogatej twórczości zarówno do Platona i Arystotelesa, jak i do współczesnej literatury, a nawet oper mydlanych i reality shows; autorka wielu książek i tekstów poświęconych pojęciom wspólnoty, wolności oraz znaczeniu emocji w kształtowaniu się demokratycznych społeczeństw – będzie jadła lunch w jednej z restauracji na uniwersyteckim kampusie.

Czas potrzebny na zjedzenie lunchu i przejście do miejsca, w którym mamy się spotkać, został precyzyjnie wyliczony. Podobnie jak czas wywiadu – na rozmowę będziemy mieli tylko godzinę. A, i jeszcze jedno. Może powinienem ponownie zastanowić się nad nośnikiem, na którym zamierzam nagrywać. Bo notowanie absolutnie nie wchodzi w grę. Sprzęt też bywa zawodny, czasami jakieś słowa ulegają zniekształceniu, a to może pociągnąć za sobą zniekształcenie sensu całego wywodu. Filozofia to wszak rzecz subtelna, niuanse bywają tu języczkiem u wagi. 

To wszystko mnie nie zaskoczyło. Wiedziałem już wcześniej, że jest perfekcjonistką. Że codziennie przebiega 12 mil wzdłuż jeziora Michigan, odtwarzając w głowie ulubione operowe arie. I że jest tytanem pracy – jej licząca kilkadziesiąt pozycji bibliografia świadczy o tym najdobitniej – a robienie użytku z talentów uważa za rodzaj moralnego imperatywu.

Dlatego nie ukrywam, trochę się tego spotkania obawiałem. 

Okazało się jednak, że niepotrzebnie. Martha Nussbaum czekała na mnie punktualnie o drugiej po południu czasu miejscowego, przy drugim wejściu do University of Chicago Law School. Przywitała się bardzo serdecznie, a potem poprowadziła długimi korytarzami wprost do swojego gabinetu. Pełnego książek i... jej ulubionych słoni, których małe i duże figurki stały niemal w każdym wolnym miejscu. 

Ponieważ miałem tylko godzinę, szybko włączyłem dyktafon.

Tomasz Stawiszyński: Jesienią na ulice polskich miast wyszły kobiety protestujące przeciwko skrajnie restrykcyjnemu projektowi ustawy antyaborcyjnej. Były złe, nawet wściekłe – i to właśnie gniew, poczucie, że ktoś próbuje coś na nich wymusić, stały się impulsem do wejścia w sferę polityczną, do żądania zmiany. Tymczasem Pani wydaje się wobec gniewu nieufna, odmawiając mu pozytywnej roli.

Martha Nussbaum: Nie wiem, czy były złe. Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy duchem protestu i duchem gniewu. Gniew zakłada nie tylko przekonanie, że dzieje się źle, lecz także, że należy odpłacić komuś, kto jest za to odpowiedzialny. A zatem ci, którzy protestują w gniewie, chcą także, żeby komuś stała się krzywda. Nie jest to wcale konieczny element protestu. Na przykład protesty organizowane przez Ruch Praw Obywatelskich w Stanach Zjednoczonych albo przez Gandhiego w Indiach nie miały czegoś podobnego na uwadze. Były, owszem, przeniknięte pragnieniem zmiany, konstruktywnej pracy i nadziei. Na podstawie tego, co czytałam, właśnie w ten sposób postrzegam protesty kobiet w Polsce. Chodzi im o to, żeby sytuacja nie stała się jeszcze gorsza. Chcą wyraźnie zaznaczyć, jakie mają w tej sprawie stanowisko, jasno dać do zrozumienia, że proponowane zmiany w prawie są skandaliczne. Nie dostrzegam tu chęci zemsty na politykach, którzy takie prawo chcieliby przeforsować. 

Więc jak opisałaby Pani emocje, które towarzyszyły protestującym? Jeśli nie gniew, to co? 

Używam na określenie tej szczególnej emocji pojęcia „gniewu przejściowego”. To gniew pozbawiony chęci odpłaty. Odczucie, że coś jest oburzające i nie powinno się więcej zdarzyć. Oczywiście często połączone z różnymi innymi emocjami, jak choćby nadzieją, na zmianę na przykład, współczuciem wobec cierpiących, a nawet żałobą. W jednej ze swoich najbardziej poruszających przemów Martin Luther King opowiadał o rozpaczy i żalu po śmierci czterech dziewczynek zamordowanych przez Ku Klux Klan. Nie mówił jednak, że konkretni ludzie powinni ponieść karę, tylko że powinniśmy z tych śmierci umieć wyciągnąć naukę, dzięki której obudzimy się w świecie, gdzie takie rzeczy już się nie będą zdarzać. 

Jednak źródła politycznego i społecznego konfliktu w Polsce sięgają bardzo głęboko. Politycy u władzy twierdzą, że jedynym możliwym systemem etycznym – to znaczy nieprowadzącym do moralnego upadku – jest etyka katolicka. Jak prowadzić debatę, kiedy jedna ze stron jest przekonana, że stoi za nią wieczna Prawda? 

Wydaje mi się, że najlepszy możliwy polityczny układ to taki, w którym potrafimy się wszyscy zgodzić, że ludzie dobrej woli mogą mieć różne przekonania co do tego, na czym polega dobre życie – wiele „doktryn rozległych”, żeby posłużyć się sformułowaniem Rawlsa. A skoro wszystkie – a w każdym razie jakaś ich część – są tak czy inaczej racjonalne, nie ma wyjścia, musimy nauczyć się jakoś razem żyć. Faworyzowanie jednej jest czymś bardzo złym. Musi być bowiem zawsze „przestrzeń wspólna”, jakiś punkt spotkania. Możemy się przecież zgadzać co do wielu spraw – na przykład ochrony ludzkiej godności i poszanowania praw człowieka. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela była dokumentem opracowanym przez katolików, konfucjanistów, muzułmanów i ateistów. Wszyscy oni potrafili uznać pewną podstawową ideę godności i praw, jakie przysługują ludzkiej jednostce. 

Polityka nie powinna regulować całości ludzkiego życia. Wartości polityczne powinny być raczej skromne. Nie definiować spraw wiecznych – właśnie dlatego, żeby pozostawić obywatelom odpowiednią przestrzeń na kultywowanie własnych religijnych przekonań. Państwo nie powinno zmuszać katoliczek do aborcji; byłoby to zdecydowanie złe. Podobnie nie powinno zmuszać żydów do pochówku na katolickim cmentarzu. Jednym słowem, wymagany jest określony szacunek dla religijnych przekonań poszczególnych członków społeczeństwa. 

Władza nie stosuje się do tych zasad. Co wtedy?

Bardzo dobrym przykładem jest tu ruch na rzecz praw gejów i lesbijek w Stanach Zjednoczonych i zachodniej Europie. Nikt do nikogo nie strzelał, nikt nie organizował zamieszek na ulicach. Społeczność LGBT konsekwentnie i długotrwale manifestowała po prostu w swoim codziennym życiu przywiązanie do takich wartości, jak miłość i pluralizm. Przyłączył się do tego także przemysł rozrywkowy. W szczególności programy i seriale w rodzaju Will and Grace, które pokazywały gejów i lesbijki jako ludzi żyjących normalnym życiem, będących dobrymi sąsiadami czy przyjaciółmi. Rola humoru i wyobraźni była tu naprawdę znacząca. Nie mniej niż rola młodych ludzi, którzy podejmowali próby rozmowy ze swoimi rodzicami czy kolegami ze szkoły. Mówili im, jak się czują, kim są i dlaczego nie chcą żyć w poczuciu wykluczenia. 

Oczywiście są i będą religie, które zakazują związków jednopłciowych. I w porządku, mogą od swoich członków tego wymagać. Ale na przykład moja religia, reformowany judaizm, jest gejom i lesbijkom bardzo przyjazna. Mamy teraz w świątyni kantora, który jest gejem. Oczywiście jeśli ktoś uważa, że reformowani żydzi posunęli się zbyt daleko, może przenieść się do innej grupy, której teoria i praktyka bardziej korespondują z jego przekonaniami. Natomiast rząd powinien zrobić wszystko, żeby zapewnić obywatelom podstawowe bezpieczeństwo i szacunek. Nikt nie może być traktowany jak obywatel drugiej kategorii tylko dlatego, że identyfikuje się z przekonaniami, których jacyś inni obywatele nie podzielają. 

[...]

 

 

Drodzy Czytelnicy! To jest fragment wywiadu, opublikowanego w nr 3556/2017. Jesli pragniecie przeczytać go w całości, sięgnijcie do wydania papierowego. 

Dziękujemy, przepraszamy!

Redakcja 

Data publikacji: