Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
ludzie listy piszą
Robert Rient

Głupi szef, tchórz, masturbacja

ilustr. Karyna Piwowarska
Głupi szef, tchórz, masturbacja
Głupi szef, tchórz, masturbacja

Czy przyjąć pracę, w której rządzi głupi szef? Jak żyć z konkubentem, który uważa, że nie należy reagować na bicie dzieci? Czy Bóg mnie podgląda podczas masturbacji?

Głupi szef

Pani Profesor,

dostałem ofertę pracy w dużej firmie, na dobrym stanowisku, znacznie lepszym od tego, w którym tkwię od dwunastu lat. Wynagrodzenie zaskakująco wysokie. I na dodatek firmę mam prawie pod nosem, a do obecnej pracy dojeżdżałem prawie godzinę w jedną stronę – zyskam tyle czasu, że wystarczy na dodatkowe dwa odcinki serialu dziennie. Szaleństwo. Sprawa jest taka, że szef jest głupi, naprawdę głupi. I to szef szefów. Wiem, bo w firmie pracuje moja koleżanka. To syn założyciela firmy, który umarł. Szef uwielbia mówić, promuje obłudnych, tych, którzy rozmawiając z nim, zachowują uśmiech i potakują ruchem głowy. Koleżanka mówi, że szef jej się czasami śni, że podczas każdej imprezy musi o nim opowiadać, inaczej by zwariowała. Jego polecenia są często również głupie, ale muszą być spełnione. Sprawia wrażenie niegroźnego, ale słyszałem od wielu osób, że budzi w nich najgorsze instynkty. Na moim stanowisku będę mu bezpośrednio podlegał. Czy przyjąć ofertę? Wynagrodzenie, zakres obowiązków, odległość do miejsca pracy – to wszystko tak bardzo kusi. Ale czy jest przeciwwagą dla szefa?

 

 

Waldek Z. z Wrocławia, 32 lata, analityk

 

Szanowny Panie,

przywykłam ulegać silnym pokusom, ze względu na ekscytację, którą wywołują i zawarte w nich obietnice. To nic, że te najczęściej były bez pokrycia. Nic o Panu nie wiem i niewiele mogę z tego listu wyczytać. Najbardziej zatrzymuje mnie fakt, że od dwunastu lat tkwi Pan w pracy, do której dojeżdża godzinę w jedną stronę. Już to samo uważam za wystarczający powód, by pracę ową rzucić. To, czyli tkwienie. Na nowym stanowisku, w nieznanym miejscu, zawsze jest ryzyko trafienia na przełożonego, który nie grzeszy mądrością. W tej sytuacji ma Pan przewagę. Proszę zebrać jak najwięcej informacji o głupim szefie, co lubi, co go zniechęca, czego się boi, o czym lubi mówić, kiedy dokładnie awansuje innych ludzi, komu najchętniej zabiera czas i psuje krew. Proszę umówić się z koleżanką na długą kolację i posłuchać jej historii, które, jak przeczytałam, i tak się z niej wylewają. Jako analityk z pewnością będzie Pan potrafił na podstawie zebranych danych stworzyć najbardziej optymalną strategię przetrwania. Jest wielu głupich szefów, których można sobie owinąć wokół palca. Musi Pan po prostu udawać, manipulować, uśmiechać się, znosić, a czasami, gdy głupi szef powie coś, co mogłoby uchodzić za zabawne, pozostanie rżeć i radośnie uderzać się w kolano. Później będzie Pan wracał do domu z wyraźnie odczuwalnym niesmakiem do samego siebie. Nie takie rzeczy da się przeżyć. Może Pan również ofertę nowej, ciekawszej, lepiej płatnej i bliższej domu pracy potraktować jako pretekst do wyrwania się z miejsca, w którym Pan utknął. W tej sytuacji proszę porzucić starą pracę, nie przyjmować nowej i nie skupiać się na głupim szefie – czyż nie uderza Pana, że nie jest on jeszcze Pana przełożonym, a już poświęca mu Pan swoją uwagę? Proszę się skupić na sobie, dać sobie przestrzeń i czas, by dowiedzieć się, gdzie i jak chce Pan pracować, być może również żyć.

     

Tchórz

Pani Profesor,

pokłóciłam się z konkubentem, nie pierwszy raz. Kłótnia nie była również długa, najbardziej ognista, ot wymiana sprzecznych zdań. Ale od tamtej pory oddalam się od mego chłopca. Jechaliśmy w pociągu. Mężczyzna siedzący obok krzyknął na swego syna, ten nie przestał hałasować, mężczyzna uderzył syna. Otworzyłam usta, by zareagować, co dostrzegł mój konkubent, chwycił mnie za rękę, a drugą położył na moich ustach. Zaczął mówić coś o widoku za oknem. Po wyjściu z pociągu pokłóciliśmy się. Jego zdaniem to nie nasza sprawa, nie wolno się mieszać do wychowywania cudzych dzieci, nie wolno pouczać obcych dorosłych. Mówił, że poczuł się bardzo niezręcznie i wiedział, że moja reakcja zagęści atmosferę w pociągu. Ale moim zdaniem należy reagować, gdy bije się dzieci. A Pani co myśli? I jeszcze, od tamtej kłótni inaczej patrzę na konkubenta, widzę w nim tchórza, czy Pani to rozumie?

 

Diana J. z Krzywnej, 28 lat, kwiaciarka

 

Szanowna Pani,

widzę mężczyznę, który chwyta kobietę za rękę, a drugą przykłada do jej ust. Widzę mężczyznę, który bije swojego syna. W obu przypadkach widzę ludzi dyscyplinujących innych ludzi. Jest coś absolutnie odrażającego w tych gestach. Zadała Pani dwa pytania. Myślę, że należy reagować na przemoc, zwłaszcza jeśli doświadczają jej dzieci. Bicie dzieci nie jest również wychowywaniem. Wychowywanie nie jest również tym, czego dzieci potrzebują, by dojrzeć. Myślę również, że tam, gdzie bite są dzieci, atmosfera jest już wystarczająco gęsta. Z pewnością można zwrócić uwagę osobie stosującej przemoc na różne sposoby, najbardziej ujmują mnie te wypełnione szacunkiem do drugiego człowieka, z bezwzględnym wyrażeniem swojego zdania na temat przemocy. Jeśli chodzi o Pani partnera, tak, rozumiem, że mogła w nim Pani zobaczyć tchórza. Odwracanie wzroku od przemocy w kierunku widoku zza okna różni się również od odwracania wzroku połączonego z powstrzymywaniem innych przed reakcją, na którą zabrakło nam rozumu i odwagi. Proszę nie obarczać siebie winą, że Pani uległa. Gest partnera musiał być silny, być może szokujący, uderzający w Pani odruch, podważający słuszną reakcję. Ale to już Pani wie. Pytanie, co z tą wiedzą Pani zrobi i konkubentem, który patrzy za okno.

 

 

Masturbacja

Szanowna Pani Profesor Janino,

wstyd mi o tym pisać, ale jednak piszę. Robię to w tajemnicy i nie ujawnię dlatego, z jakiego jestem miasta. Jestem świadkiem Jehowy i się masturbuję. Wiem, że powinienem się czuć z tego powodu źle. Starszy z mojego zboru mówił podczas wykładu na zebraniu, że to samogwałt i że nie tego sobie od nas życzy Bóg. Mówił, że Bóg tego nie pochwala, a nawet jest mu smutno, gdy na mnie patrzy. W sensie Bogu. Ale napiszę wprost, zamykam oczy i jest mi tylko dobrze. Nie mogę o tym powiedzieć w zborze, bo by mnie wzięli na komitet, ale czy Bóg naprawdę podgląda, jak się masturbuję? Czy nie ma lepszych spraw do oglądania typu powodzie i choroby? I dlaczego Bogu może być smutno, skoro mi jest radośnie i nikt przy tym nie cierpi? No nie rozumiem. Ale też nie zamierzam przestać tego, co robię, bo lubię to bardzo. Czy nic mi nie grozi?

 

Jonasz Sz., 16 lat, uczeń

 

Panie Jonaszu,

nic Panu nie grozi. Proszę odetchnąć ze spokojem i oddawać się masturbacji z miłością. Myślę, że Bóg faktycznie ma wiele ważniejszych spraw na głowie od podglądania masturbujących się ludzi. Powiem Panu, że jest nas całkiem sporo. Odkryłam tę przyjemność kilkadziesiąt lat temu i do dzisiaj nie przestałam. Nie będę Pana wprowadzała w szczegóły, ale jeśli mogę coś podpowiedzieć, to proszę ze swoim ciałem rozmawiać, tak jak w myślach rozmawia Pan z Bogiem, to jest podobna modlitwa. Gdy piszę o rozmowie z ciałem, mam na myśli dotyk, subtelny, silny, delikatny, miarowy, przerywany, mocny, czuły – każdy, na który ma Pan ochotę. Dokładanie do masturbacji smutku jest jak jazda na rowerze z zamkniętymi oczami – daleko się nie zajedzie, a i wypadek gwarantowany. Życzę Panu wielu długich orgazmów!

*

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce „Moje wszystkie odpowiedzi”.

*

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

*

Cykl korespondencyjny prof. Bełkotskiej ilustruje Karyna Piwowarska

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info