Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
ludzie listy piszą
Robert Rient

Głupcy, ślady, dzieci

ilustracja: Karyna Piwowarska
Głupcy, ślady, dzieci
Głupcy, ślady, dzieci

Jak poradzić sobie z hałaśliwymi ludźmi w komunikacji miejskiej? Czy ci, których kochałam, zostawili we mnie trwałe ślady? Dlaczego dzieci nie chcą mieć ze mną kontaktu, skoro dałem im wszystko? 

Głupcy

Pani Profesor,

problem być może wydaje się znikomy lub nieważny, ale odbiera mi zdrowie, chęć wyjścia z domu, a nawet te resztki dobrych uczuć do ludzi. Chodzi o elementarne podstawy zachowania w tak zwanej przestrzeni publicznej. Od razu napiszę, że nie mam pretensji do dzieci, całą winę zrzucam na rodziców. Chodzi o sprawy typu: słuchanie w pociągu przez dziecko bajki z komputera lub telefonu – nie na słuchawkach, ale tak, żeby wszyscy słyszeli te irytujące, infantylne pojękiwania. Stawanie w kolejce nie za mną, a obok mnie. Pchanie się na mnie podczas wysiadania z pociągu lub autobusu, jakby miało to cokolwiek przyśpieszyć. No nie przyśpiesza, ale pchają się, włażą mi w przestrzeń. Albo w autobusach miejskich, wejdzie jeden z drugim i stoi, jak wszedł, jeszcze plecaki mają, nie posunie się dalej, na przystankach trzeba się obok nich przeciskać, jakby chcieli być dotykani, ocierani. Obrzydza mnie to. Jest też czasami tak, że schodzą z walizkami z ruchomych schodów i stają, rozglądają się, gdzie iść, i głęboko w dupie mają, że za nimi jadą inni ludzie, czasami też z walizkami. Zresztą jak wyjdą z pociągu czy autobusu, to też potrafią tak sobie stanąć, ot cali zadowoleni, wyszli, swoje zrobili, co ich obchodzi reszta. Nie wspomnę o krzyczących w środkach komunikacji i przestrzeni publicznej, o nawalonej młodzieży, agresywnych mężczyznach, o kobietach krzyczących do telefonu listę zakupów albo spowiadających się z przeżyć minionego dnia, o tym, że ona tamtej powiedziała, co ta trzecia czwartej wyraziła. Czuję, że ta cała cywilizacja powoli mnie zagarnia, gwałci billboardami, reklamami, nawoływaniem, telefonami, zapachami i odgłosami innych ludzi. Nie jest już moją sprawą, na co patrzę, czego słucham, kto mnie dotyka. I proszę mi wybaczyć, ale mam wrażenie, że im głośniejszy, tym głupszy. Proszę mi nie pisać, że mam krzesać z siebie miłość, współczucie i cierpliwość, nie mam siły, najchętniej założyłbym zbroję, ale to takie ciężkie, niepraktyczne, ekscentryczne. Widzi Pani dla mnie jakiś ratunek?

Romuald F. z Krakowa, architekt, 41 lat

Szanowny Panie,

czy rozważał Pan wypasanie kóz w wysokich partiach górskich? Pomyślałam również o dołączeniu do Beduinów, chociaż to sprawa znacznie bardziej skomplikowana – nie wiem, czy zostałby Pan przyjęty. A nawet jeśli, pewnie ze względu na bledziutki kolor skóry i kolonizacyjne zaplecze kulturowe – zawsze byłby Pan tym innym. Całkiem sensowna wydaje się również inicjacja w hinduistycznych praktykach medytacyjnych, polecałabym krija jogę połączoną z wyjazdem do Indii i znalezienie sobie jamy gdzieś w Himalajach. Zanim jednak zostanie Pan świętym, prawdopodobnie minie wiele lat, podczas których zdany będzie Pan na łaskę ludzi – niektórzy będą mówić, ktoś może również zechcieć Pana dotknąć. Mniej radykalnym, ale równie kuszącym wyjściem jest praca w roli instruktora nurkowania, sporo czasu spędzi Pan pod wodą, w błogiej ciszy, porozumiewać będzie się Pan na migi i to z ludźmi, którzy płacą Panu za nauki. Jednak czasami będzie trzeba wyjść na ląd. Półśrodkiem wartym rozważenia jest klasztor lub życie na wsi.

Jeśli jednak nie planuje Pan zmian w obrębie przestrzeni i świata zewnętrznego, polecam drogę do środka. A nawet zabawę w poszukiwanie podobieństw. To wyzwanie, ale przynosi niezwykle kojące efekty. W każdym, kogo nazywa Pan głupcem, i w każdym, kto Pana irytuje, musi Pan znaleźć na początku jedną cechę wspólną. Może Pan zacząć od anatomii („o, też ma dwie nogi”), ale po tygodniu proszę sięgać głębiej w kierunku cech charakteru, postaw, zajmowanego na planecie miejsca, ilości śmieci, które Pan wytwarza, miejsc, które Pan zadeptuje, roślin i zwierząt, które Pan zjada, celów, do których Pan dąży, uczuć, które Pan z ludźmi współdzieli. Po tygodniach uważnej obserwacji może się okazać, że gdziekolwiek Pan spojrzy, zobaczy Pan siebie. Wtedy pojawi się spokój. Jeśli jednak ta metoda zawiedzie – zdecydowanie stawiałabym na wypasanie kóz w wysokich partiach górskich.

Ślady

Pani Profesor,

czy każdy, kogo kochałam, zostawił we mnie ślad? Trochę się boję. Kiedyś usłyszałam tę myśl i została we mnie, rozrosła się. Myślę głównie o mężczyznach, w których się zakochałam i z którymi sypiałam. Nie było ich wielu, ale jednak kilku. Szybko się zakochuję, szybko mi mija. Ale gdy się zakocham, to rozpoczyna się huragan, burza. Wpadam głęboko, cała, oddaję każdą myśl i całą siebie. Muszę dzielić się wszystkim, co mam. Daję cały dostęp do siebie. A potem to mija. Ten ktoś odchodzi albo ja odchodzę, albo wyrzucam tego kogoś z krzykiem, albo zostaję przepędzona, zrozpaczona, wściekła, ucieszona. Różne są scenariusze. Młoda jestem, ale czuję ich wszystkich czasami, jak mnie wołają albo ściągają w swoją stronę. Nie tylko do przeszłości, ale jakiegoś piekła. Jakbym każdemu z nich oddała klucz do siebie. Czasami myślę, że to wszystko urojenia. Czasami zaczynam się bać. Ostatnio ten lęk się nasila, bo chyba znowu się zakochuję i już czuję, że to dzikie zwierzę we mnie rozpędza się, by głęboko zanurkować. Pozwolić mu?

Kamila H. z Jakuszyc, wolontariuszka, 26 lat

Szanowna Pani,

nie, nie pozwolić. Bełkotska nieczęsto jest tak bezpośrednia i stawia wyraźne granice. Proszę docenić. Nie wiem, czy ma Pani wpływ na to zwierzę i potrafi je skontrolować, ale proszę podjąć próbę, by tym razem zakochać się inaczej. Nurkowanie w drugiego człowieka, zwłaszcza trzymając go za rękę, bywa ekscytujące. Pasja to wytwórnia energii. Proszę być ostrożna. Proszę być absolutnie szczera, ale świadomie otwarta. W praktyce znaczy to, że będzie Pani odkrywała siebie we własnym, niekoniecznie zwierzęcym tempie, i że odsłoni Pani tyle, ile pragnie i ile chce, ale również tyle, by zostawić dla siebie bezpieczną przystań, do której będzie Pani mogła wrócić, gdy zostanie sama ze sobą (co wcale nie oznacza końca związku). Jednym słowem – więcej obserwacji, mniej integracji. Ludzie zostawiają w nas ślady, nie wszyscy, z którymi idziemy do łóżka, ale wszyscy, którym daliśmy dostęp i prawo, by dotknęli naszej istoty. Lęk to nie jest najlepszy doradca, ale czasami doradca niezbędny. Proszę wsłuchać się w jego opowieść, oddzielić to, co płynie z głowy, a to, co płynie z Pani istoty. Mam również zadanie dla Pani – proszę nazwać, czym są klucze, o których Pani napisała, te, które wręczyła Pani swoim partnerom. Proszę również pamiętać, że zawsze można wymienić zamek.

Dzieci

Pani Profesor,

moje dzieci nie chcą mieć ze mną kontaktu, nie szanują mnie, nie rozumieją, nie mogę na nie liczyć. Każde z nich jest już dorosłe, założyli rodziny. Dostali ode mnie i żony pieniądze na studia, utrzymywaliśmy ich od narodzin, chociaż ich pojawienie się nie było nam wcale na rękę. Mieliśmy pod górkę. Małe mieszkanie, nie było nawet samochodu. Praca na dwie zmiany przez ponad pięć lat. Żona w domu i na etacie. Tak, nie poświęcałem czasu dzieciom, bo nie miałem na to czasu! A one mi to wyrzucają, że nie było rozmów, przytulania. Ale nie widzą, że dzięki temu każde dostało studia, a po ich ukończeniu własne mieszkanie na dobry start. Robiłem wszystko, by mieć pieniądze, by one miały pieniądze i inne życie niż ja. A teraz nie ma człowiek do kogo ust otworzyć, nie ma szacunku, jakbym nie istniał. Spotykamy się, gdy wypadają święta, na chwilę. Nic mi nie dają. Gdybym mógł, tobym im te mieszkania odebrał, może coś by zrozumiały. Jak tak można, tylko o to pytam, jak tak można?

Seweryn P. z Lubonia k. Poznania, inżynier, 67 lat

Szanowny Panie,

nie wiem, o co Pan pyta. Poczułam wielkie współczucie i zdecydowałam, że o współczuciu do Pana napiszę. O życiu człowieka, który obrał cel i go zrealizował, ale po drodze przeoczył własne dzieci. Gdy daję, by otrzymać - wtedy prezent traci swoje cenne właściwości. Gdy daję, nie sprawdzając, czego potrzebuje osoba obdarowana, czasami daję sobie albo daję to, co chcę lub chciałem dostać. Gdyby udało się Panu spojrzeć na siebie również ze współczuciem, nie litością, nie oskarżeniem, nie poczuciem winy, nie tłumaczeniem własnych wyborów. Gdyby zobaczył Pan człowieka, który stracił czas ze swoimi dziećmi, próbując dać im to, co chciał kiedyś sam otrzymać – wtedy mogłoby się to stać dobrym punktem wyjścia do spotkania z dziećmi.

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce Moje wszystkie odpowiedzi.

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info