Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
ludzie listy piszą
Robert Rient

Filozofia, ślub i ladacznica

ilustr. Karyna Piwowarska
Filozofia, ślub i ladacznica
Filozofia, ślub i ladacznica

Dlaczego to właśnie ja zapadłem na nieuleczalną chorobę? Matka chce mnie wydziedziczyć, bo poszłam na filozofię, czy dobrze zrobiłam? Czy lepiej wziąć ślub, czy być ladacznicą?

Nieuleczalny

Pani Profesor,

nigdy nikogo nie uderzyłem, nigdy nie zdradziłem swojej żony, płaciłem regularnie podatki, nie jestem świętą osobą, co to, to nie, ale można powiedzieć, że jestem tak zwaną dobrą osobą. Niedawno zachorowałem, nie wiem, czy przeżyję – wraca do mnie jedno pytanie: dlaczego ja? Nie umiem tego zrozumieć, od tygodni zastanawiam się, dlaczego ja? Wie może Pani?                                                                                                                                                                                         Romuald G. z Krakowa, 64 lata, emeryt

Wiem. To nie mógł być nikt inny, to musiał być Pan. I jak się czyta te słowa? Jestem zwolenniczką rzeczywistości. Niczym Pan nie zasłużył na chorobę, ale z Pana pytań wynika, że gdzieś tam, w odległym świecie są ludzie, którzy zasłużyli. Bo czyż pytanie „dlaczego ja?” nie jest tak naprawdę pytaniem „dlaczego nie oni?”? Może ci, którzy zdradzili swoje żony, albo ci, którzy kiedyś kogoś uderzyli? A może ci, którzy nie płacą regularnie podatków? Wyciąga Pan kolejne argumenty, czy może raczej dowody, na Pana dobroć. Zalążki tej obecne są we wszystkich ludziach, podobnie jak zalążki tego, co możemy nazwać złem.

Porównywanie do innych zabiera Pana cenny czas. Współczuję Panu choroby, nikt nie zasługuje na cierpienie, albo raczej zasługujemy na nie wszyscy. Nie znajdzie Pan innych odpowiedzi na pytanie „dlaczego ja?” od tych wypełnionych rozgoryczeniem, poczuciem niesprawiedliwości, a nawet poczuciem winy. Proszę nie szukać w sobie psychologicznej przyczyny i nie marnować na to czasu. Ma Pan przed sobą zadanie: wyzdrowieć. Proszę wykorzystać wszystkie swoje zasoby i to zrobić, i żyć! Może jest ktoś, kogo chce Pan uderzyć (przecież nie zachęcam, by to robić), albo ktoś, z kim chce Pan zdradzić żonę (w tym przypadku zachęcałabym do rozważenia pomysłu). Ale na początek proszę wywinąć jakiś drobny numer Urzędowi Skarbowemu i nie zadręczać się poszukiwaniem przyczyny tam, gdzie tak zwany Bóg gra w kości.

Wydziedziczenie

Szanowna Pani Profesor,

jako osoba zafascynowana światem myśli, zauroczyłam się kilka lat temu matematyką i jeszcze do niedawna sądziłam, że tym właśnie będę zajmować się w dorosłym życiu. W październiku podjęłam studia matematyczne, okazało się jednak, że mój głód idei sięga o wiele dalej i tak naprawdę zawsze skrycie marzyłam, by oddać się rozważaniom szerszym niż problemy matematyczne. Rzuciłam więc przyszłościowe studia, by od przyszłego roku zacząć filozofię, ale szczerze powiedziawszy, obawiam się trochę, że padłam ofiarą młodzieńczego idealizmu. Przypomina mi o tym nieustannie matka, która najpewniej mnie wydziedziczy. Bez urazy dla Szanownej Pani Profesor, ale filozofia w powszechnym mniemaniu jest dzisiaj bezużyteczna. Jak wiadomo, strawa duchowa, choć świetnie smakuje, podstawowych potrzeb fizjologicznych nie zaspokoi. Stąd moje pytanie: czy i jak można przeżyć z dyplomem z filozofii?

Z poważaniem,

Maria z Wrocławia, 19 lat, umownie studentka matematyki

Szanowna Pani,

na wstępie chcę odrobinę uspokoić: matki częściej mówią o wydziedziczeniu, niż faktycznie ideę tę realizują. Nie wiem, jak będzie w Pani przypadku, wszak porzuca Pani matematykę, królową nauk, i stawia na filozofię, matkę nauk, konfliktując się z matką własną. Jednak nie o to Pani pyta, a raczej o potencjalne korzyści wynikające z Pani zuchwałej decyzji i jej wymiar pragmatyczny.

Z dyplomem z filozofii można przeżyć na kilka sposobów. Po pierwsze, można go ukryć pod dyplomem z innej specjalności, typu ekonomia. Tak, apatia, rozumiem. Proszę zatem pisać książki, im wcześniej Pani zacznie, tym lepiej, zazwyczaj podwyższa to poziom poczucia własnej wartości, a w wyjątkowych okolicznościach przynosi zyski. Popularną strategią po ukończeniu filozofii jest życie w roli kloszarda, osoby bezdomnej lub uzależnionej, niektórzy również żyją w komunach i na skłotach. Aby tak spędzić życie, należy uzbroić się w teorię nihilizmu ontologicznego i moralnego i wygłaszać co jakiś czas zdania w stylu: „Niech żyje anarchizm indywidualistyczny!”. Gdy wszystkie inne strategie zawiodą i wyląduje Pani na bruku, wykorzysta Pani całą wiedzę filozoficzną, by przekonać siebie, że jest to Pani wybór. Najlepszy z możliwych! Może Pani również dostać Nagrodę Nobla, tak jak ja, ale do tego potrzebna jest mądrość – proszę albo ją pielęgnować, albo jej poszukać.

Zdzirowatość

Pani Profesor,

za dwa miesiące biorę ślub. Mój mąż jest pracowity, dobry, uczynny, odrobinę ponury, a gdy przychodzi czas na seks, czyli sobota, gasi w sypialni światło. Tymczasem w tramwajach, na ulicach, a nawet w biurze, patrzę na tych wszystkich nieogolonych facetów, wyobrażam sobie, jak zdzierają ze mnie pończochy, a później spełniają moje wszystkie polecenia. Zachowuję się w tych fantazjach zdzirowato, nie znajduję lepszego słowa, proszę o wybaczenie. Pewnego dnia wyszłam nawet po zmroku, założyłam perukę i krótką spódnicę, ostry makijaż zakrywał moją twarz, po prostu szłam ulicami i czekałam, aż zaczną za mną gwizdać, gwizdali. Zawsze lubiłam seks, tymczasem z moim przyszłym mężem wygląda to, jakby dwie kłody drewna leżały na sobie i dyszały. Czy brać ślub? Czy jestem ladacznicą?

Małgorzata W. z Sandomierza, 29 lat, sekretarka

Pani Małgorzato,

nie, nie jest Pani ladacznicą, jeszcze. I nie, proszę nie brać ślubu. Mąż będzie na Pani dyszał, Pani będzie udawała, że to dyszenie lubi. Kilka miesięcy, może nawet lat upłynie w spokoju. Później pogrąży się Pani we frustracji z powodu niespełnionych fantazji i zacznie wyżywać się na swoim mężu, dobrym, pracowitym i, jak zrozumiałam, nudnym człowieku. Straci Pani do niego szacunek, fantazjując o tępych, ale seksownych ciałach. Swoim niespełnieniem zabije Pani potencjalnie dobry związek. Proszę odłożyć ślub, założyć szmirowatą kieckę, kupić pejcz i zrealizować własne fantazje. Praca seksualna to praca, i już, kropka. Jako społeczeństwo powinniśmy w końcu przepracować własne, stereotypowe postrzeganie tej branży. Może się okazać, że osiągnie w niej Pani sukces. Może się też okazać, że fantazje sprawiały tak dobre wrażenie wyłącznie w Pani głowie, a rzeczywistość rozczaruje (chyba że pozostawać Pani będzie w stanie nietrzeźwym, co znacznie wydłuży okres gonitwy za fantazjami). Ale to tylko drobne ostrzeżenie. Proszę koniecznie odwołać ślub i wsłuchać się w zew wewnętrznej ladacznicy.

*

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce Moje wszystkie odpowiedzi.

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

*

Cykl korespondencyjny prof. Bełkotskiej ilustruje Karyna Piwowarska

Data publikacji: