Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Patryk Zakrzewski

Ekologiczna transformacja

Pikieta 16 października 1987 w Gdańsku, uczestnicy ruchu Wolność i Pokój przebrani za zwierzęta na dachu apteki we Wrzeszczu, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki
Ekologiczna transformacja
Ekologiczna transformacja

Z technokratycznym podejściem do środowiska w PRL-u, wiarą w to, że człowiek może dowolnie ingerować w naturę było jak w „Weselu w Atomicach” Mrożka: „(…) Akurat w tym czasie zaczęli u nas przekształcać przyrodę. To, co było zalesione, ucywilizowano, ale za to zmelioryzowano, zaś pustynie zalesiono. Rzekę zawrócono, żeby płynęła w drugą stronę. (…) U mnie na podwórku powstała wielka tama o poważnym znaczeniu gospodarczym, tak że drzwi się całkiem nie odmykały i z trudnością można było wyjść z domu.” W III RP też nie zawsze było lepiej.

„Czy Kraków przetrwa do 2000 roku?”

W schyłkowym PRL-u stan środowiska naturalnego był zatrważający – lata gwałtownej industrializacji dały o sobie znać. Setki dzieci na Śląsku chorowało na ołowicę, huta aluminium w Skawinie emitowała toksyczne ilości fluoru. Andrzej Kassenberg i Czesława Rolewicz ze współpracownikami z Komisji Planowania przy Radzie Ministrów opracowali szczegółowe mapy wyróżniające 27 obszarów ekologicznego zagrożenia. Za obszary klęski ekologicznej uznano m.in. Górny Śląsk, okolice Krakowa i Trójmiasta, zanieczyszczenie środowiska we wszystkich elementach stwierdzono wokół praktycznie wszystkich znaczących ośrodków przemysłowych. Łącznie był to obszar zamieszkały przez ponad 13 milionów ludzi. 

Jak te 5 wielkoformatowych map (skala 1:300.000) wywieszaliśmy na spotkaniach, to robiły ogromne wrażenie. Ówczesne władze Komisji powiedziały nam: możecie o tym mówić, ale pod warunkiem, że zaznaczycie, że to nie jest stanowisko Komisji, a wasze prywatne zdanie – mówi Andrzej Kassenberg.

Początek oddolnego ruchu ekologicznego w Polsce zbiegł się z obywatelskim ożywieniem karnawału „Solidarności”. W 1980 w Krakowie powstał Polski Klub Ekologiczny – pierwsza niezależna organizacja tego typu w bloku wschodnim. Klub miał charakter ekspercki, zrzeszał naukowców, lekarzy, dziennikarzy. Wcześniej istniała Liga Ochrony Przyrody, z przedwojennymi jeszcze tradycjami, ale zawłaszczona przez władzę niewiele mogła zdziałać, gdy trzeba było jej się przeciwstawić.

24 lutego 1989, początek pierwszej z cotygodniowych manifestacji anty-żarnowieckich na Długim Targu w Gdańsku, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki
24 lutego 1989, początek pierwszej z cotygodniowych manifestacji anty-żarnowieckich na Długim Targu w Gdańsku, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki

Cenzura niechętnie przepuszczała informacje o stanie środowiska. W wewnętrznych instrukcjach Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, wydanych w 1977 w podziemiu pt. „Czarna księga cenzury” widniał zapis: Należy eliminować informacje o bezpośrednim zagrożeniu życia i zdrowia ludzi spowodowanym przez przemysł i środki chemiczne stosowane w rolnictwie. Pojawiły się więc ekologiczne pisma drugiego obiegu, jak Serwis Ochrony Środowiska. Tematy seminariów ekologicznych brzmiały jak potencjalne tytuły filmów postapokaliptycznych: „Czy Kraków przetrwa do 2000 roku?”, „Jak uratować Śląsk?”

Czy w latach 80-tych udało się przebić z tymi informacjami do szerszej świadomości społecznej? Nie za bardzo, choć były pewne sukcesy jak np. zamknięcie wydziału elektrolizy w Hucie Skawina, czy rozpoznanie, że składowisko odpadów w podwrocławskich Siechnicach truje wodę – ocenia Kassenberg, wtedy pierwszy prezes mazowieckiego oddziału PKE.

Zielony ferment

W drugiej połowie lat 80-tych na ekologiczną arenę wkracza cały szereg nieformalnych ruchów młodego pokolenia. W 1984 roku w harcerskim tygodniku „Na przełaj” ukazał się reportaż „Śląski pat” przedstawiający skalę dewastacji środowiska w województwie katowickim. Poruszona młodzież zaczęła pisać listy do redakcji w tej sprawie – tak zrodził się ruch ekologiczno-pokojowy „Wolę być”. Jego założycielką i liderką była redaktorka pisma Ewa Charkiewicz. Latem następnego roku odbył się pierwszy obóz „wolębyćków”. Na spotkania z nimi przyjeżdżali zarówno ekolodzy i ekolożki z Zachodu, jak i rodzimi naukowcy, dziennikarze, oficjele, którzy wobec niewygodnych pytań zachowywali się nieraz jak Wujek Dobra Rada z „Misia” Barei:

Dlaczego o zatrutej żywności dowiadujemy się z „Wolnej Europy”, a nie z polskich gazet?

Wybiórczo czytacie gazety, przecież jest sporo publikacji na ten temat. Zastanówcie się lepiej dlaczego Wolna Europa sięgnęła po argumenty ekologiczne (…) Sprawy ochrony środowiska świetnie nadają się do siania paniki – tłumaczył Edward Kowalczyk, wicepremier koordynujący w rządzie sprawy ochrony środowiska.

17 marca 1989, Gdańsk, ul. Długa, kolejna cotygodniowa manifestacja przeciw budowie Elektrowni Jądrowej Żarnowiec, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki
17 marca 1989, Gdańsk, ul. Długa, kolejna cotygodniowa manifestacja przeciw budowie Elektrowni Jądrowej Żarnowiec, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki

„Wolę być” było inspiracją do dalszych działań dla wielu liderów późniejszych inicjatyw ekologicznych, np. Andrzeja Żwawy, przez 18 lat redaktora naczelnego „Zielonych Brygad”, czołowego wówczas pisma ekologicznego, obecnie prezesa zarządu Fairtrade Polska. Dziś pojawiają się czasem głosy, że „Wolę być” miało być dla ruchów ekologicznych, tym czym Jarocin dla kontrkultur -  wentylem bezpieczeństwa, sterowanym przez aparat państwowy. Andrzej Żwawa dystansuje się od takich stwierdzeń:

Ja nie jestem w stanie tego ocenić, niech to sobie IPN sprawdza. Takie opinie i podejrzenia już wtedy krążyły, np. wśród działaczy WiP-u, co nie przeszkadzało współpracować ze sobą na poziomie lokalnym. Faktem jest, że osoby z tego ruchu też bywały szykanowane przez milicję. Dla wielu ludzi udział w „Wolę być” był bardzo znaczącym doświadczeniem, i nawet jeśli ruch był jakoś „zainspirowany” przez władze, to wymknęło się to spod kontroli. Sądzę jednak, że władza po prostu dała przyzwolenie i „odpuściła”, bo traciła już grunt pod nogami.

Wspomniany WiP, czyli Wolność i Pokój, był pierwszą z opozycyjnych inicjatyw, która potraktowała akcje na rzecz środowiska jako stały punkt swojego programu. „Solidarność” sięgała wcześniej po hasła ekologiczne jako narzędzie walki politycznej, ale był to tylko dodatek (trudno też wyobrazić sobie, żeby związkowcy z dużych zakładów przemysłowych występowali przeciwko swoim miejscom pracy). Działania WiP-u, choć zazwyczaj nielegalnie, były utrzymane w duchu non-violence: happeningi,  sittingi czy rusztingi (czyli obwieszanie transparentami i okupacje rusztowań budynków). Podobny charakter działań przyjął Śląski Ruch Ekologiczny. 

16 listopada 1989, blokada w terminalu kontenerowym w Gdyni, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki
16 listopada 1989, blokada w terminalu kontenerowym w Gdyni, fot. ze zbiorów Janusza Waluszki

W 1988 powstała zielona partia o charakterze nieinstytucjonalnym, czyli świadomie odrzucająca funkcjonowanie w ramach oficjalnej polityki. Federacja Zielonych miała autonomiczną strukturę i nigdy nie zostało sformalizowana. Co roku odbywały się letnie Kongresy i podczas nich Federacja była na nowo zawiązywana. Skoro regionalne grupy się zjechały, chciały dalej ze sobą współpracować, to odnawialiśmy to „małżeństwo” – tłumaczy Żwawa.

Ruchy ekologiczne tego okresu charakteryzuje wielozadaniowość. Organizacje skupiające się na konkretnej, wąskiej specjalizacji należały do rzadkości, większość patrzyła szerzej na sprawy środowiska, angażowała się w różnorodne kampanie, tak jak Klub Gaja z Bielska-Białej, który w swoich początkach prowadził m.in. działania edukacyjno-artystyczne, pikietował cyrki czy blokował wycinki drzew w centrum miasta (rosną do dziś):

Siłą rzeczy spadało na nas wiele obowiązków. Pomagaliśmy w pakowaniu ciężarówek do rewolucyjnej wtedy Rumunii, zajmowaliśmy się drzewami, rzekami i zwierzętami. Kto miał się tym zajmować? – mówi Jacek Bożek, założyciel Klubu.

Inną strategię obrała Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot, także mająca swoje korzenie w Bielsku, działająca w duchu głębokiej ekologii i bioregionalizmu. Jej początki związane są z nieformalną Pracownią Architektury Żywej, działającą w połowie lat 80-tych, propagującą ekologiczne podejście do projektowania. Zaczynała od lokalnych działań, jak forsowanie projektu utworzenia parku ekologicznego w podbielskiej Dolinie Wapienicy, by z czasem przejść do większych, ogólnopolskich kampanii, którym przyświecało konkretnie zdefiniowane założenie:

Za Pracownią stało bardzo mocne podłoże ideowe i silna postać lidera, [Janusza Korbela – P.Z.], który podkreślał, że obrona dzikiej przyrody jest teraz najważniejsza. A rowery czy sadzenie drzewek w mieście nie są na tym etapie priorytetem. Trzeba bronić dzikiej przyrody wszędzie tam, gdzie ona została i ani kroku dalej dla przemysłu i deweloperki – stwierdza Żwawa.

Akcje antyfutrzarskie, Grudziądz 1994, fot. Piotr Bilski / archiwum FWZ, dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego
Akcje antyfutrzarskie, Grudziądz 1994, fot. Piotr Bilski / archiwum FWZ, dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego

W okresie przełomu powstają też pierwsze grupy zajmujące się prawami zwierząt. Dariusz Paczkowski, (dziś m.in. Trzecia Fala, Fundacja Klamra), twórca zaangażowanego społecznie streetartu, zakłada w 1988 w Grudziądzu Front Wyzwolenia Zwierząt. Nazwa nawiązywała do działającego na Zachodzie Animal Liberation Front, który był znany z radykalnych metod działania: oswobadzania zwierząt z ferm futrzarskich, niszczenia laboratoriów wiwisekcyjnych.

Inspirowaliśmy się zachodnim ALF przez pierwsze dwa miesiące. Byliśmy młodzi, radykalni, np. zatykaliśmy zamki w sklepach mięsnych w całym Grudziądzu. Tylko, że te akcje ani nie pomagały zwierzętom, ani promowaniu idei wegetarianizmu, przysporzyły nam tylko wrogów. Szybko zrozumiałem, że nie tędy droga. Czerwona lampka zapaliła mi się, gdy pojawił się u nas prowokator z Ludowego Frontu Wyzwolenia, który zaproponował byśmy podłożyli bombę pod rzeźnię. Napisałem w manifeście: Pomyśl, ile złego mogą spowodować Twoje wybryki. 

Pisałem artykuły o FWZ do fanzinów punkowych. Często ludzie pisali do mnie: "O, szkoda, że czegoś takiego u nas nie ma". To załóż. To dawało niesamowitego kopa, bo nie było formalności. Mieliśmy spisany kodeks FWZ - jak komuś pasował, to mógł dołączyć. W 25 miastach funkcjonowały niezależne od siebie komórki, ale działające pod jednym szyldem. Lokalne grupy wysyłały mi sprawozdania, które publikowałem w "Zielonych Brygadach".

Ekologiczny mebel

W 1989 roku, obok dużego Okrągłego Stołu, pracował mniejszy podstolik ekologiczny. Zasiedli przy nim zarówno akademiccy eksperci, jak i młodzi radykałowie z Federacji Zielonych czy WiP-u. O przebiegu prac opowiada Andrzej Kassenberg, który był uczestnikiem obrad po stronie „Solidarności”.

Podział nie przebiegał według linii politycznej. Różniliśmy się bardziej nowoczesnym rozumieniem spraw ochrony środowiska w opozycji do tradycyjnego, po stronie rządowej byli uczestnicy, którzy podzielali to nowoczesne myślenie. Chyba najciężej w życiu wtedy pracowałem, pod ogromną presją. Czasem spory wybuchały o, wydawałoby się, drobiazgi. Stoczyliśmy, np. wielką dyskusję o sformułowanie "dewastacja polskich lasów".

W końcu dogadaliśmy się w 27 sprawach ale w jednej nie. Dotyczyło to kwestii energetyki jądrowej. Występowały różnice pomiędzy poszczególnymi podstolikami i nikt tego nie koordynował. Gdy zapytałem o to Mazowieckiego, to dał do zrozumienia, że celem nie jest dogadanie postulatów, tylko zmiana ustroju.

Pikieta przeciwko wykorzystywaniu zwierząt w Cyrku, Grudziądz 1993, fot. Piotr Bilski / archiwum FWZ, dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego
Pikieta przeciwko wykorzystywaniu zwierząt w Cyrku, Grudziądz 1993, fot. Piotr Bilski / archiwum FWZ, dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego

Podstolik ekologiczny przyniósł wiele istotnych przemian (choćby obowiązek przygotowania oceny zagrożenia środowiska przed wszczęciem inwestycji), ale niektóre sprawy zostały zaniedbane jak kwestia planowania przestrzennego, z którą nie zrobiono porządku do dziś. A sprawa wspomnianej spornej kwestii ciągnęła się jeszcze przez następny rok.

„Lepszy kisiel owocowy niż reaktor atomowy”

O protestach przeciwko budowie elektrowni jądrowych mówi się, że były aktem założycielskim masowego ruchu ekologicznego w Polsce – zaangażowanie w tę sprawę zdecydowanie wyszło poza ekspercką i młodzieżowo-kontrkulturową niszę. Swoje zrobił społeczny niepokój po katastrofie w Czarnobylu, wtedy też zaczęły się pierwsze wystąpienia, np. wrocławski marsz kobiet z dziećmi w wózkach (maj 1986).

Trudno nie mówić tu o akcie założycielskim, jeśli objęło to najróżniejsze środowiska i zwykłych ludzi. W jakich innych protestach brały udział formacje komunistyczne jak PRON, harcerze, rolnicy, stoczniowcy i opozycja skrajna jak Solidarność Walcząca czy anarchiści? Przy tym było to całkowicie oddolne, całe organizacje mogły wyłączyć się z protestów, a ludzie i tak to podchwycili – mówi Janusz Waluszko, nazywany papieżem polskiego anarchizmu, jeden z założycieli Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego. Wówczas był aktywnym uczestnikiem kampanii antyatomowej, dziś bada ją jako historyk.

Plany były ambitne – na początku lat 80-tych władze zakładały, że do 2000 roku powstanie w kraju 12 elektrowni atomowych. Na pierwsze lokalizacje wyznaczono Kartoszyno nad Jeziorem Żarnowieckim, wielkopolski Klempicz i nadbałtyckie Darłowo. W międzyrzeckich bunkrach miało się znaleźć składowisko odpadów radioaktywnych.

W myśl zasady „nie na moim podwórku” protesty wybuchają we wszystkich planowanych lokalizacjach. Najbardziej zaawansowana była budowa EJ Żarnowiec – w miejscu wysiedlonej wioski stanęła już praktycznie cała infrastruktura. Centrum protestu, ze względu na bliskość Żarnowca, został Gdańsk. Akcję koordynował nieżyjący już Tomasz „Belfer” Borewicz, działacz WiP-u i animator ruchu Twe-Twa („najmłodszej opozycji PRL-u”, jak mówiono, gdyż jego uczestnicy w latach 1988-1989 rekrutowali się spośród młodzieży licealnej).

plakat "Cyrk jest śmieszny nie dla zwierząt", archiwum FWZ, fot. dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego
plakat "Cyrk jest śmieszny nie dla zwierząt", archiwum FWZ, fot. dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego

Pojedyncze protesty czy wykłady informujące o możliwych zagrożeniach, organizowane, np. przez Franciszkański Ruch Ekologiczny, odbywały się już wcześniej, jednak kampania nabrała rozmachu, gdy od 24 lutego 1989 rozpoczęły się regularne zgromadzenia. Plan był prosty: aktywiści spotykają się co piątek o 17 na Długim Targu w Gdańsku, aż do skutku. W piątek, dlatego, że w razie zatrzymania na 48 godzin wychodziło się w niedzielę i nie narażało na konsekwencje z powodu niestawienia się w szkole czy pracy. Długi Targ dlatego, że to duży punkt przesiadkowy i centrum piesze, więc milicji ciężej tam było wjechać samochodami. Aby urozmaicić cotygodniowe spotkania organizatorzy wprowadzali niejednokrotnie konwencję happeningową: mecze mutantów, parodie stalinowskich akademii na cześć atomu.

Waluszko: Nastrój radykalizmu był jak w '68 na Zachodzie. W Gdańsku co niedziele tzw. kamieniarze bili się z milicją – ulice wyglądały jak w Belfaście, zasłane kamieniami i potłuczonym szkłem. Mimo to na akcjach żarnowieckich nikt nigdy nie użył przemocy, choć przychodzili na nie nieraz ci sami ludzie. Wszyscy zrozumieli, że ta akcja ma inny charakter. Szczytem przemocy było jak w odpowiedzi na wezwania ZOMO-wców: "Proszę się rozejść, ta manifestacja jest nielegalna" toczyliśmy ku nim płyty winylowe z okrzykiem "Zmieńcie płytę". Silne były wtedy inspiracje Pomarańczową Alternatywą, choć myśmy robili w Gdańsku happeningi użytkowe: nie tyle dla hecy, co w konkretnej sprawie. Poza tym to utrudniało interwencje milicji, np. gdy tłum tańcząc węża przechodził przez dziurę w kordonie.

Z czasem protest się zaostrzał. Podsycały go wyciekające informacje o zaniedbaniach i nadużyciach do których miało dochodzić na budowie - negatywną ocenę bezpieczeństwa elektrowni wystawili pracownicy Państwowej Agencji Atomistyki – Mirosław Dakowski i Andrzej Wierusz.

Żarnowiec został zawieszony, budowa trwała zupełnie nielegalnie. Skupowali sprzęt, by postawić opinię publiczną przed faktem dokonanym, na zasadzie: To przywieźmy reaktor, wtedy nikt tego nie wstrzyma. Niesamowite przekręty się tam odbywały - gigantyczna budowa, więc można było dużo ukraść. Wszystkie domy naokoło budowano z żelbetu z elektrowni. Płyta, pod którą miał stanąć reaktor rozpadła się. Stwierdzono, że z powodu zimy, a to beton był za rzadki – twierdzi Waluszko.

Pod Radą Ministrów w stolicy wyrasta miasteczko namiotowe, w listopadzie 1989 aktywiści próbują zablokować terminal w Gdyni, do którego przypłynął reaktor. Kilkadziesiąt osób zaczęło prowadzić strajk głodowy, najpierw dwutygodniowy, potem bezterminowy. Domagano się społecznego referendum w/s Żarnowca na terenie całego województwa gdańskiego. Wtedy już nowy, demokratycznie wybrany rząd stwierdził, że takie referendum byłoby… niedemokratyczne. Nieokrzepła jeszcze władza obawiała się, że w ten sposób wytworzy się niebezpieczny precedens i inne grupy zaczną stosować takie formy nacisku. Postanowiono zatem zorganizować głosowanie samodzielnie, przy okazji zbliżających się wyborów samorządowych. „Solidarność” drukarzy po nocach drukowała karty do głosowania, bez wiedzy centrali. W kolportażu materiałów do referendum pomogła „Solidarność” z gdańskiego browaru. Wiadomo, piwo dociera wszędzie – dodaje Waluszko.

Akcje antyfutrzarskie, Grudziądz 1994, fot. Piotr Bilski / archiwum FWZ, dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego
Akcje antyfutrzarskie, Grudziądz 1994, fot. Piotr Bilski / archiwum FWZ, dzięki uprzejmości Dariusza Paczkowskiego

W małych miejscowościach problemy sprawiało rozporządzenie Państwowej Komisji Wyborczej, oznajmiające że referendum nie może odbywać się w tym samym pomieszczeniu co wybory. Dochodziło do absurdów, np. urna znajdowała się w małym fiacie, wokół którego stała komisja wyborcza. Przez tydzień udało się zorganizować, jak się później okazało, największe oddolne referendum na świecie, prawie 400 tysięcy uczestników.

86% głosujących opowiedziało się przeciwko budowie, ale referendum uznano za niewiążące ze względu na zbyt niską frekwencję (44%). Wsparcie dla dalszej kampanii przyszło z Zachodu. 2 i 3 września 1990 Greenpeace okupował polskie ambasady w Paryżu i Sztokholmie. Wedle wspomnień „Belfra”, to był gwóźdź do żarnowieckiej trumny – ambasador Polski w Szwecji nie mógł zjawić się przez to na kongresie państw bałtyckich w Rønneby, na którym miał bronić planów budowy elektrowni. 4 września 1990 Rada Ministrów podjęła decyzję o zaniechaniu dalszej budowy. Wśród oficjalnych przyczyn wymieniono jej wątpliwą rentowność i zastrzeżenia związane z kwestiami bezpieczeństwa.

Pienińskie never ending story

Na squat w Czorsztynie łatwo było trafić
Cały od ulicy pokryty graffiti
Przed budynkiem przy ogniu zastałem całą grupę
Patyczak w wielkim kotle kijem mieszał zupę

– śpiewał anarchistyczny bard Janusz Reichel.

Pamiętam, kupiłem parę garści włoszczyzny, dużo kaszy jęczmiennej i niewielkim kosztem powstało kilkanaście litrów zupy. Skłotowaliśmy opuszczone domy wczasowe – opowiada wspomniany w piosence Patyczak.

Patyczak to Grzegorz Kmita - od prawie 30 lat lider jednoosobowego zespołu punkowego Brudne Dzieci Sida. Pod koniec lat 80-tych działał w WiP, w 90-tych angażował się w szereg inicjatyw ekologicznych. W blokadzie budowy czorsztyńskiej tamy brał udział dwukrotnie: w ’90 i ’91 roku.

Z jednej strony pełen spontan, żadnych ram formalno-organizacyjnych, z drugiej byliśmy niezwykle zdyscyplinowani. Dzień w dzień, przez całe wakacje, wstawaliśmy o  5 rano, szliśmy pod bazę i blokowaliśmy wyjazd ciężarówek na budowę. Po południu przychodziła druga zmiana. Przez Czorsztyn przewinęły się setki, jeśli nie tysiące osób, które przyjeżdżały tam bez żadnego wsparcia organizacyjnego. Ta akcja promieniowała na całą Polskę. Później przez wiele lat podróżując z gitarą spotykałem ludzi stamtąd: "Skąd się znacie? Znamy się z tamy".

Budowa zapory była jedną z najdłużej realizowanych inwestycji w Polsce. Decyzję o jej budowie podjęto w 1964 roku, ostatecznie oddano ją do użytku w 1997. Akcja przeciwko zabetonowaniu skraju Pienińskiego Parku Narodowego powtarzała się przez cztery lata i angażowała wiele „firm”: krakowski WiP, Federację Anarchistyczną, Federację Zielonych, Wolę być i mnóstwo niezrzeszonych. Rozproszenie odpowiedzialności, duża rotacja ludzi -  to były minusy tej akcji – stwierdza Kmita.  Nie miała też takiego poparcia społecznego jak sprawa Żarnowca. Górale spekulowali, kto finansuje tę dziwną młodzież.

Funkcjonowaliśmy trochę obok lokalnej społeczności. Miejscowi często mówili z żalem: "gdzie byliście kiedy cała ta budowa się zaczęła, wtedy byliśmy sami, nikt nas nie wspierał, teraz już nie ma sensu protestować". A my przecież w czasach początków budowy byliśmy w przedszkolu, może w podstawówce! Nie było większych zadrażnień, ale też nie przypominam sobie, żeby było konkretne wsparcie czy entuzjazm dla naszych poczynań. Słuchaliśmy dramatycznych historii o buldożerach wjeżdżających na pola uprawne, o stawianiu kapliczek, żeby powstrzymać wyburzanie domów.

Szczególnie burzliwy przebieg miało trzecie lato protestów, w 1992 roku. Policja brutalnie poczynała sobie wobec blokujących, zdarzało się, że kierowcy ciężarówek wjeżdżali w nich. Łącznie wytoczono aktywistom 134 sprawy sądowe, procesy nieraz ciągnęły się latami.

Na „tamę tamie” poświęcono masę energii, nie przyniosło to jednak większych rezultatów. Mimo to, wyciągnięcie wniosków z akcji było ważnym doświadczeniem dla kształtującego się ruchu. Gdy okazało się, że same działania bezpośrednie nie przynosiły pożądanych efektów, sięgnięto po inne środki: spotkania z ministrem środowiska, opracowywanie niezależnych raportów.

Od ekoduchologii do ngo-izacji

Czasy się zmieniały, musiały też zmienić się formy aktywności. O specyfice protestów początku lat 90-tych opowiada Wojciech Owczarz (wtedy Klub Gaja, dziś Fundacja Arka).

Na początku wystarczyło zrobić dwa, trzy transparenty, happening i pół Polski się dowiadywało o proteście. Wkrótce okazało się, że za tym muszą iść merytoryczne informacje, które musieliśmy przeciwstawiać władzom, inwestorom. Posiłkowaliśmy się wiedzą ekspertów, ale sami musieliśmy też się wielu rzeczy nauczyć.

Powstają wówczas ekologiczne think-tanki jak Instytut na Rzecz Ekorozwoju czy Społeczny Instytut Ekologiczny. Nieformalne ruchy zamieniają się w profesjonalne organizacje.

Jacek Bożek: Tu nie było dla mnie dylematu. Niektórzy zarzucają nam: ochrona przyrody to jest wasz zawód. No, przepraszam, ale z kim ja się zmagam? Przecież ludzie po drugiej stronie, którzy niszczą przyrodę, to też są profesjonaliści. Dariusz Paczkowski dodaje: Nie da rady zmian społecznych wprowadzać tylko podczas akcji i demonstracji. Wielu rzeczy nie da się zrobić po 8 godzinach pracy.

Andrzej Żwawa zwraca uwagę na drugą stronę odnajdywania się w rzeczywistości rynkowej: Niestety, parę takich przypadków było, że pieniądze, nawet przyznane w dobrej wierze, udusiły jakąś inicjatywę, zatraciła się pierwotna spontaniczność, czy cała energia poszła na załatwianie spraw formalnych.

Wśród polityków pojawiały się opinie, że na ekologię Polski jeszcze nie stać: najpierw rozwój i dobrobyt, a potem ochrona środowiska. Państwo stawało się coraz mocniejsze i coraz ciężej je było nakłonić do zmiany polityki. Doprowadziło to do kryzysu w ruchu w drugiej połowie lat 90-tych – dodaje Owczarz.

Wiele spraw z tamtych lat powraca jak bumerang: spór o budowę Kaskady Dolnej Wisły czy o Puszczę Białowieską. Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot rozpoczęła dużą kampanię na rzecz utworzenia parku narodowego na całym jej obszarze już we wczesnych latach 90-tych. W 1994 roku organizowali protesty połączone ze spektakularną akcją ustawienia pnia ściętego dwustuletniego dębu pod Sejmem – wprowadzono po tym moratorium na wycinkę starych drzew.

Pomimo szczątkowych sukcesów, sprawa została niezakończona, zabrakło woli politycznej i determinacji niektórym ekipom. Teraz widać, że konsekwencje tego są porażające – mówi Wojciech Owczarz.

Lata mijały, Polska się rozwijała, społeczna czujność i szersze zainteresowanie ekologią przysypiało. W badaniach świadomości ekologicznej Polaków prowadzonych od 1992 roku przez CBOS zatrucie środowiska pojawiało się na pierwszym miejscu wśród zagrożeń cywilizacyjnych (ex aequo z przestępczością), by u progu XXI wieku spadać na coraz niższe pozycje. Ochrona środowiska stała się domeną wyspecjalizowanych organizacji trzeciego sektora i unijnych agend. Ostatnie wielkie konflikty tego okresu, które przebijają się na czołówki gazet, są związane z transportem. Protest wobec przebiegu autostrady przez Górę Św. Anny z końca lat 90-tych jest jeszcze akcją „starego” typu. Późniejsza o kilka lat Rospuda jest już znakiem swoich czasów – obok przysłowiowego przypinania się do drzew jest zespół prawników odwołujący się do Komisji Europejskiej.

Porażką była niemożność wykorzystania prawa unijnego, przy tych wielkich budowach i pozytywnym, bądź co bądź, zmienianiu się Polski. O każdą żabę musieliśmy walczyć, mimo, że prawo europejskie je chroniło. Wszyscy nam wmawiali, że jesteśmy przeciwko rozwojowi. A to można było zrobić inaczej, tak jak np. w Niemczech.

Nie udało nam się pokazać inwestorom i wykonawcom, że nie warto być niechlujem. Bo to było niechlujstwo po prostu. Łatwiej wyciąć dwustuletnie drzewa, żeby koparka mogła wjechać. Tylko teraz na te drzewa będziemy czekać dwieście lat. Rozwinęliśmy się, ale po drodze niszczyliśmy nasz atut - różnorodność biologiczną – podsumowuje Bożek. 

Data publikacji: