Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Czas ucieka – „Przekrój” czeka!

W zimowym „Przekroju” przenosimy się do Lewantu! Smakujemy libańskie jedzenie, podziwiamy Aleppo i zastanawiamy się nad Tel Awiwem. Poza tym sprawdzamy, co para noblistów z ekonomii Duflo i Banerjee mówią o światowym ubóstwie. Opisujemy Gaję i jej twórcę Jamesa Lovelocka. Naprawdę dużo piszemy też o tym, dlaczego warto się tulić (nie tylko w zimie). I do tego: niedźwiedzie – białe, brunatne i czarne, nabiał i warzywa, a także przyroda w plenerze i w muzeum.

Już jest nowy „Przekrój”!

196 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
Czas w Kalkucie wiruje, pozwalając jej mieszkańcom ukryć się przed przyszłością. Tu wiersze wciąż ...
2022-09-16 09:00:00

Drzewa zjadają domy

Sławny kalkucki most Howrah na rzece Hugli; zdjęcie: Dipan Maity/iStockphoto
Drzewa zjadają domy
Drzewa zjadają domy

Czas w Kalkucie wiruje, pozwalając jej mieszkańcom ukryć się przed przyszłością. Tu wiersze wciąż mają większą wartość niż pieniądze, a w dawnych sypialniach rosną figowce. Miasto powoli ulega przyrodzie i pewnego dnia zostanie przez nią pożarte.

Czyta się 18 minut

„Czy to nie idealne miejsce na szczęśliwą starość?” – Iftekhar związuje czarne włosy w kucyk na czubku głowy. Jego oczy lśnią z przejęcia. Ja odklejam od ciała wilgotną lnianą koszulę i zaczynam się rozglądać. Wbiegliśmy tu z ulicy przez obłażące z farby dwuskrzydłowe drzwi i pierwszy, niewielki dziedziniec. Stoimy pod kolumnami okalającymi ten drugi – przestronny, w tej chwili zalewany strugami ciepłego deszczu, który podczas monsunu spada nagle i obficie. Ulewa płynie wprost do stojącej na środku marmurowej fontanny. Kiedyś musiała być dumą tego domu, ozdobą dziedzińca. Teraz służy za składowisko donic, desek i rupieci. Ludzie w tym mieście, i ono samo, nie wyrzucają tego, co minione. Wolą gromadzić i trwać. Witajcie w Kalkucie – schronie przeciwczasowym.

„We wszystkich skrzydłach można zrobić kilka pokoi, każdy z wyjściem na balkon. Wyobraź to sobie. Mogliby żyć jak w czasach swojej młodości. Będą do nich przychodzić rzemieślnicy, sprzedawcy, gazeciarze. No i dzieci. Te z dzielnicy czerwonych latarni i ze slumsów, tu niedaleko, znad rzeki. Ten dziedziniec wszystkich pomieści, będzie dużo życia. Starość może być piękna” – Iftekhar oprowadza mnie po miejscu wyobrażonym: nowym domu opieki dla osób starszych, stworzonym tak, by imitował świat przeszłości. W innym mieście byłoby to chyba niemożliwe, ale tu wciąż chodzi się dawnymi ścieżkami. Tutaj codzienność zmienia się powoli, można nawet nie zauważyć, że czas upływa. W hinduizmie jest on kołowrotem, nie linią. Nie przemija, tylko wraca i jest.

Marzenie Iftekhara to więcej niż mrzonka. Mężczyzna wyciera mokry ekran smartfona o nogawkę dżinsów i pokazuje mi biznesplan. Wszystko rozpisane, podzielone na etapy, gotowe do realizacji. Potrzeba inwestora, ale też czegoś jeszcze – zgody jedynej żyjącej właścicielki. Trzeba czekać. Kobieta jest ostatnią rezydentką głównej części domu. Żyje tam sama, niemal odcięta od świata. Nie wychodzi. Wszystko przynosi jej służba. W tym mieście to typowy wymiar luksusu: mieć wszystko dostarczone do domu, nie musieć wystawiać ciała na słońce, ulewy, kurz i spaliny, na hałas, zgiełki oraz tłok. Trwać – a może tkwić? – w podcieniach mądrze zaprojektowanego domu, z ciężkim drewnianym wiatrakiem obracającym się nad głową. Być, nie pędzić za żadnym „jutro”, „lepiej” ani „bardziej”. Co jak co, ale przyszłość i postęp nie robią na Kalkucie – i jej doświadczonych mieszkańcach – wrażenia. Dziedziczka rezydencji, siwa i filigranowa, w znoszonym, lecz stylowym bawełnianym sari pojawia się na chwilę w oknie tylko po to, by zatrzasnąć okiennice od środka. Ona nie ma już wobec świata oczekiwań. A to, czego świat – w postaci ambitnego 40-latka z planem rewitalizacji tego budynku i uszczęśliwienia grupy staruszków – oczekuje od niej, nie musi wydarzyć się zaraz. Ani kiedykolwiek.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Pozostaje nam więc patrzeć na rezydencję, która nieśpiesznie, ale konsekwentnie obraca się w ruinę. Piękne domy Kalkuty na ogół umierają razem ze starymi ludźmi, słabną w symbiozie. Przypominają żywe organizmy, które podlegają tym samym prawom co ich mieszkańcy – zmęczeniu, chorobom, tęsknocie za czułością. Dopóki toczy się w nich codzienność, jakoś się trzymają. Widziałam w tym mieście wiele obumierających domów. I takich, które pewnego popołudnia padły tam, gdzie stały przez dziesiątki, a nawet setki lat. Pod naporem ulewy, ze starości lub z samotności.

Dama w starych koronkach

Teraz razem z Iftekharem patrzę na dom, który wciąż ma puls, wciąż oddycha. Jego dawna świetność skrywa się jednak pod lepką warstwą prozy i zniszczenia. Dziedziniec wokół fontanny wyłożony jest kamienną posadzką w roślinne wzory. Otacza go jednopiętrowy dom, rozłożony symetrycznie na cztery strony świata. W oknach na parterze – drewniane żaluzje inspirowane architekturą Sycylii. Na piętrze – zadaszone, wspólne balkony z rzeźbionymi balustradami. Dawniej balkony stanowiły główną arterię domu, korytarz łączący pomieszczenia. Życie rodziny toczyło się na górze, w strefie prywatności. Dół był zarezerwowany dla służby, kuchni, wizytatorów oraz interesantów, służył też do odprawiania rodzinnych ceremonii i rytua­łów duchowych. Z balkonu spoglądano w dół na roznosicieli mleka czy domokrążców oferujących warzywa i rozmaite usługi. Z balkonu na parter zjeżdżała zawieszona na sznurku torebka, w której podróżowały klucze, świeże kwiaty albo wyprasowane pranie – wszystko, po co nie warto fatygować się kamiennymi schodami, szczególnie gdy się jest otyłą indyjską matroną. Takich torebek wciąż istnieją w mieście miliony.

Teraz balkony zastawione są skrzyniami, garnkami i obwieszone praniem. Różnorodna kolekcja ubrań oraz przedmiotów podpowiada, że rezydencję zamieszkują ludzie biedni i niespokrewnieni. Choć pełno tu gratów, miejsca wciąż jest dużo. Sama przestrzeń świadczy o tym, że był to dom luksusowy, mieścił wielopokoleniową rodzinę. Tak budowali zamożni bengalscy arystokraci, którzy od XVII w. robili fortuny na interesach z brytyjskimi kolonizatorami. Handlowali jutą, herbatą i najcenniejszą walutą – opium, transportowanym z Afganistanu i ładowanym tu na statki płynące do Chin.

To oni – lokalna elita – postawili wszystko, co do dziś nazywane jest północną Kalkutą, jej sercem. Poza nim są też rozruszniki i protezy wielkomiejskich ambicji, wybudowane w ostatnich dekadach. Ale nie wyprzedzajmy biegu historii, w tym mieście nie warto się śpieszyć. Sama Kalkuta wkracza na scenę późno. Jest najmłodszym z największych indyjskich miast, choć w porównaniu ze średniowiecznymi Delhi czy Waranasi ona, metropolia doby przemysłowej, przypomina starowinkę w zmurszałych koronkach. Dały się jej we znaki nieprzyjazny klimat i kaprysy dziejów. Do XVII stulecia nad Hugli, dopływem Gangesu, płynącą niedaleko miejsca, w którym ta gigantyczna rzeka wpada do Zatoki Bengalskiej i wód Oceanu Indyjskiego, były jedynie wioski rybackie, malaryczne rozlewiska i bagna. Brytyjski wysłannik Job Charnock (1630–1693) właś­nie tu dostrzegł szansę dla imperium. Niskie brzegi rzeki dawały schronienie statkom, sama Zatoka Bengalska wydawała się niezłym portem wypadowym z Indii na Daleki Wschód. Z trzech wiosek, które Charnock kupił (jedna z nich nazywała się Kalikata), zaczęła rodzić się przyszła stolica najcenniejszej królewskiej kolonii i tropikalna wersja Londynu. Trzeba było trochę przekupstwa, a także kilku bitew, by zalegalizować zalążki miasta. Ponieważ zabudowań jeszcze nie było, pierwsze spotkania z kontrahentami Charnock odbywał w cieniu rozłożystego baniana – figowca indyjskiego, którego imponujące 300-letnie okazy wciąż znaczą miasto.

​Białe miasto

Na początku nieliczni brytyjscy biznesmeni blisko współpracowali z lokalną bengalską większością. Pierwsi kolonizatorzy mieli w sobie żyłkę odkrywców, ciekawiła ich kultura, języki, wierzenia. Jednak im większe fortuny dało się zbić w Kalkucie, im więcej przyjeżdżało skuszonych wizją zysku obcych, tym bardziej rósł ich apetyt na separację i dominację. Tak w XVIII stuleciu narodziło się tzw. białe miasto – współczesne centrum Kalkuty obstawione neoklasycystycznymi molochami, które miały zachwycać, onieśmielać i nie pozostawiać wątpliwości, kto w Indiach rządzi. Olbrzymie gmachy Poczty Głównej, Sądu Najwyższego czy Memoriału Królowej Wiktorii otoczone były rozległymi alejami, rozdzielone przestronnymi parkami i placami. Przy placu Dalhousiego stał również imponującej wielkości budynek Biura Listów Martwych, czyli korespondencji, których adresaci zmarli przed odebraniem przesyłki. Było takich wielu, bo wilgotny, wywołujący mnóstwo chorób klimat Kalkuty, bezlitośnie dziesiątkował królewskich handlowców i księgowych. Na chrześcijańskim cmentarzu przy Park Street płyty na grobowcach przypominają, że trudno było dożyć trzydziestki. Podczas sylwestrowych przyjęć w Ratuszu ci, którym się udało, szczerze gratulowali sobie każdego przeżytego roku. Co z nieodebranymi listami? Ano nic, leżały tak, aż obiekt przekształcono w biuro telegraficzne, a nieprzeczytane wyrazy miłości, tęsknoty i rozliczenia finansowe zgniły lub trafiły na makulaturę. Kalkuta nie potrafi przejmować się własną historią ani czcić swego dziedzictwa – zżera ją pleśń, trawi wilgoć. I ona się na to zgadza. Można okrzyknąć to inercją, chorobą miejskiej duszy. Albo dostrzec w tym pokorę. Kto powiedział, że miasta muszą zwyciężać, połyskiwać obietnicami lepszego jutra? Mogą także ulegać, wykazywać się dojrzałością – zgadzać na własne przemijanie.

W brytyjskim białym mieście znajdowały się również: fort obronny (choć Kalkuty ze względu na bagienne otoczenie właściwie zaatakować się nie dało), tor wyścigów konnych oraz rozległy Maidan – trawiasta przestrzeń, idealna do organizowania parad i chełpienia się władzą, ale też, czego Brytyjczycy nie przewidzieli, doskonała do przeprowadzania masowych protestów i strajków, które doprowadzą do tego, że w roku 1947 lord Mountbatten, ostatni wicekról Indii, odpłynie z Bombaju. Aż do tej chwili przez 200 lat rodowici Bengalczycy do większości imponujących budowli Kalkuty wkraczali niemal wyłącznie jako klasa usługująca. We włoskich kawiarniach pito tu kawę, w luksusowych hotelach odpoczywano i tańczono, ulicami toczyły się konne powozy. Trudno w ten rozmach uwierzyć dzisiaj, gdy arterie oklejono tysiącami straganików i sklepów, w których ubodzy wykuwają swój skromny byt, a po jezdniach w rytmie czkawki przesuwa się kotłowanina autobusów z drewnianym nadwoziem, obitych aut, rowerów, zwinnych trójkołowców na gaz i bosonogich rikszarzy ciągnących za sobą wózki z pasażerami. Ostatnio dołączyli do nich kierowcy Ubera w pokiereszowanych białych toyotach i nuworysze w samochodach terenowych. Solidarnie brną przez pępek liczącej 17 mln mieszkańców metropolii, która w erze niepodległych już Indii odgrywa tylko rolę prowincjalnej i przebrzmiałej piękności.

Aby białe miasto mogło się budować, rdzennych mieszkańców przepchnięto na północ. Tam powstało tzw. czarne miasto, nazywane starą Kalkutą. Tu sieć ulic jest gęstsza, a wielość i różnorodność są normą. Na sąsiadujących uliczkach, a często ściana w ścianę, żyją wyznawcy wielu religii. Ostatnią czynną synagogą opiekują się muzułmanie, bo garstka starych żydów już nie ma na to siły. Tuż obok płonie ogień w świątyni zoroastrian, w całym mieście jest ich zaledwie 234. Ale dlaczego z cienkiej strużki wiary nie mógłby powstać żywy nurt? Tak było w Indiach z buddyzmem, który odrodził się właśnie w Kalkucie. Świątynie chińskie, dźinijskie oraz sikhijskie mają się tu świetnie. Chociaż w mniejszości wobec wszędobylskich świątyniek hinduizmu i muzułmańskich meczetów, tu wszystkie wyznania są u siebie. Kalkuta nauczyła się akceptacji i gościnności, bo zmusiła ją do tego historia – interesy z Brytyjczykami przyciągały masy handlarzy, rzemieślników, posługaczy wszelkich religii. Z kolei polityka kolonialna wciskała ich w wyznaczone przestrzenie i zrównywała wobec swej dominacji, jednocząc wspólnym losem.

Czarne miasto

Bengalczycy mieli własne elity, książęce rody i możnych nawabów długo przed tym, zanim pojawili się Europejczycy, ale kolonialna gospodarka stworzyła nową grupę. Babu – tak nazywano nowobogackich w XIX-wiecznej Kalkucie. Niektórzy z nich lubili się popisywać za każdą cenę. Jeździli powozami zaprzężonymi w zebry, kazali swoje rezydencje obmywać co rano wodą różaną, a psom urządzali ostentacyjnie kosztowne… wesela. Jednak byli też inni, powiązani z wyrafinowaną kulturą Bengalu, który pozostawał nie tylko spichlerzem Indii, lecz także mekką inteligencji oraz artystów. To właśnie babu łożyli fortuny na rozwój edukacji i sztuki. Ściągani z Bliskiego Wschodu i Europy architekci projektowali ich piękne rezydencje z dziedzińcami, domy gościnne dla artystów, sceny czy teatry. Widownią byli sąsiedzi, przed którymi można było się popisać sponsorowaniem wybitnej tancerki, instrumentalistów, recytujących poetów. Ale z tych niezadaszonych salonów (występom służyły właśnie otoczone cokołami dziedzińce) sztuka i ambicje artystyczne promieniowały szeroko. Nie bez przyczyny również dzisiaj kalkuccy rzemieślnicy, sprzątacze czy sklepikarze potrafią recytować i śpiewać poetyckie songi. Zamożni arystokraci oddawali ziemię pod uniwersytety i col­lege’e, finansowali szpitale, targowiska i nabrzeżne ghaty – ciągi kamiennych schodów, na których pierze się ubrania i które są węzłami komunikacyjnymi dla łodzi oraz promów, a także świątyniami oczyszczających rytuałów i modlitw.

Zamożne rody Mullicków czy Tagorów odciskały własną pieczęć na wyobraźni, pasjach i ambicjach miasta. Sprzężenie wpływów zachodnich oraz lokalnej elity sprawiło, że Kalkuta była tą metropolią, która przyniosła Azji Południowo-Wschodniej nowoczesność. Tu dzwoniły pierwsze w regionie telefony, tu działała pierwsza winda, tu zelektryfikowano całe dzielnice i nauczono mieszkańców jeździć tramwajem. Tu otworzono pierwszą na subkontynencie drukarnię (do dziś w dzielnicy uniwersyteckiej tłuką się obsługiwane ręcznie prasy sprzed 200 lat), pierwszy w Indiach świecki uniwersytet, a później tu włączono pierwszy komputer. Był więc taki czas, w którym Kalkuta kojarzyła się światu z przełomami, świeżością i początkiem. W to także trudno uwierzyć, kiedy popija się poranną herbatę przy ghatach, raptem kilka minut pieszo od miejsca, w którym rósł banian Joba Charnocka, a gdzie teraz buzuje stacja kolejowa.

Przy kamiennych schodach poranny gwar, kilkunastu mężczyzn kąpie się i mod­li. Podpływają łodzie z małymi ładunkami, z rybami. W czymś, co pod jednym dachem łączy kuchnię i świątynię, można wypić jedną z najsmaczniejszych herbat w mieście. Gęsta, słodka, doskonale przyprawiona parzy usta, ocuca i dodaje mocy. Jej gotowaniem w garze zajmuje się około 50-letnia kobieta – jakoś godzi przelewanie wrzącego napoju z rozmowami telefonicznymi. Chłopak, który mógłby być jej synem, żwawo przystraja posągi i obrazy bogini Kali. Wyciąga z torby świeże girlandy z drobnych jaśminów i czerwonych hibiskusów, zawiesza je, po czym zabiera się do zapalania kadzideł. Trudno zacząć dzień bez błogosławieństwa bogów, żaden interes nie może iść dobrze bez ich przychylności. A więc okadzanie, składanie dłoni, szeptanie modlitwy. Tymczasem na piecu paruje sagan z ziemniakami, bo na tych kilku metrach kwadratowych okrytych wspólną wiatą działa jeszcze jadłodajnia. Zaraz kierowcy z zaparkowanych nieopodal ciężarówek skończą się myć i przyjdą – w koszulkach na ramiączka i spodniach w kant, zawsze za długich – na porcję placków oraz ziemniaczaną potrawkę. Już słychać, jak czyszczą gardła, spluwają pod koła i szurają gumowymi klapkami.

Tuż za linią ich zaparkowanych pojazdów zaczyna się gmatwanina wąskich alejek ciasno zabudowanych starymi domami, rezydencje 300-letnie i mniejsze, nieco tylko młodsze, składają się na żywe laboratorium czasu minionego. Architektura przeszłości, którą w niewielkim tylko stopniu unowocześniono – tu i ówdzie dobudówka, taras, dosztukowany balkon albo nowy dach – teraz jest gęsta i pełni rozmaite funkcje. Trudno odróżnić, gdzie kończy się składzik, a zaczyna restauracja, czy ta dobudowana izdebka to tylko kuchnia, czy cały dom dla sporej rodziny. Kolejne warstwy życia nakładają się na siebie i współistnieją, zamiast wypychać jedna drugą. Podczas gdy wiele miast świata próbuje wymyślić siebie na nowo, stara Kalkuta pozostaje stara. Żyje w kilku stuleciach naraz, wchłania kolejne epoki razem z ich prądami ideologicznymi, wynalazkami i przekonaniami. Jest w tym mądrość polegająca nie na pędzie ku nowoczesności, ale na kumulowaniu wiedzy, materialnym oraz ideowym zbieractwie. Odbywa się ono organicznie, a nie w sposób centralnie zarządzany. Większość domów, gmachów, manufaktur czy magazynów w północnej części miasta jest ziemią niczyją – zamieszkiwaną nader tłumnie i użytkowaną intensywnie, lecz w jakiejś mierze osamotnioną, bo nikt nie bierze odpowiedzialności za jej kondycję i przyszłość. Jak to możliwe? Wiatry historii przyniosły Kalkucie nieszczęścia wielkiej skali i pełne rozmachu marzenia. Jedne hamowały drugie, ale też nawzajem się zasilały.

Czas nie pieniądz

Pod panowaniem Brytyjczyków miasto rozrastało się i kwitło aż do 1912 r., gdy okupanci przenieśli stolicę do centralnie położonego Delhi. Wtedy z Kalkuty zaczął ulatniać się duch jutra, odpływały również pieniądze. Rolnicza prowincja Bengalu trwała w nieuczciwych stosunkach włas­ności ziemi narzuconych przez Brytyjczyków, ubodzy mieszkańcy wsi, przywiązani do pracy na roli, popadali w długi. A gdy machina drugiej wojny światowej wymagała od nich coraz większej produkcji przy szybko rosnących cenach żywności, ruszyła fala głodu, który – długo przez kolonizatorów ignorowany – zabił blisko 4 mln obywateli. Wtedy pierwsza masa zdesperowanych, walczących o przetrwanie ludzi przywędrowała do Kalkuty.

Kolejna, jeszcze większa, zjawiła się po 1947 r., gdy Brytyjczycy opuścili subkontynent, dzieląc go na hinduistyczne Indie oraz muzułmański Pakistan. Podział wzmógł religijną nienawiść, która zakończyła się rzeziami. Do Kalkuty docierały miliony uciekinierów. Miasto dławiło się pod ich naporem, ulice wypełniły się bezdomnymi skazanymi na żebranie, na głód. Kalkuta zyskała miano światowej stolicy ubóstwa. Dziś w podobny sposób z niedostatków infrastruktury, przestrzeni i pracy biorą się w metropoliach slumsy, a mówiąc delikatniej – dzielnice nieformalne, w których w nadchodzących dekadach będzie żyć coraz większy odsetek urbanistycznej populacji świata.

Była jeszcze trzecia fala – wygłodniałych uchodźców z Bangladeszu w latach 70. XX w. Zmieniła południowe wsie w miejskie przedmieścia, z czasem otoczone obwodnicą i wpisane w granice Kalkuty. Odpowiedzią na przeludnienie, na wielkie tąpnięcia miały być nowe planowane dzielnice: Salt Lake i Sektor V, New Town. Aby wyobrażać sobie lepsze życie, sięgające pod niebo w strzelistych apartamentowcach, trzeba negocjować z naturą. Kalkuta rośnie na własną zgubę, rozbudowuje się coraz bliżej delty Gangesu. W tym celu osusza się bagniska, które stanowią najważniejszą naturalną zaporę przed żywiołami powodzi, cyklonów i rosnących poziomów wody w oceanach. A więc im bardziej Kalkuta kroczy ku przyszłości, tym ciaśniej zaciska pętlę wokół własnej szyi. Jest ofiarą późnego kapitalizmu, fazy „rozwijaj się i giń”.

W jej najstarszych dzielnicach pieniądze pracują zupełnie inaczej niż w osiedlach zamieszkałych przez klasę średnią. Tutaj nadal znaczą mniej niż poezja, niż chwila na modlitwę, wspólne posiedzenie pod drzewem i pogadanie przy herbacie. Tam czas to nie tylko pieniądz.

I nie wszystko ma swoją cenę. Woda płynie z kranów za darmo. W wysychających Indiach, gdzie konflikty o wodę są już na porządku dziennym, to powszechne i nieodpłatne bogactwo zdaje się prawdziwym fenomenem. W opuszczonych przez dawną arystokrację rezydencjach zamieszkały kolejne grupy uchodźców, a także pracownicy ze wsi, migranci zarobkowi. Jakim prawem w nich mieszkają? Po prostu – prawem palącej potrzeby, ponieważ państwo nie umie zapewnić dobrobytu olbrzymiemu społeczeństwu. Jak również prawem historii – przecież Kalkutą od lat 70. XX w. przez 35 lat rządzili wybierani demokratycznie marksiści, od tamtej pory każdy, kto zajmuje jakiś lokal lub dom przez pięć lat, staje się jego uprawnionym mieszkańcem. Ludzie rzadko zawracają sobie głowę legalizowaniem pobytu, ale też mało który właściciel chciałby brać się za bary z biurokratyczną machiną rozdmuchaną do monstrualnych rozmiarów przez komunistów.

Rządy lewicy były erą wielkiego zatrzymania. Gdy w innych częściach Azji rozkwitały przemysły i rosły wieżowce, Kalkuta odpychała inwestorów strajkami i organizowała związki zawodowe. Przez 35 lat trwały ćwiczenia z praktycznej realizacji ideologii promującej klasę robotniczą, a reformy wolnorynkowe, które porwały Indie na początku lat 90. XX w., dotarły tu dwie dekady później i niespecjalnie się przyjęły. W Kalkucie nie ma wielkich biznesów ani marek. Nie ma też pogoni za zyskiem ani środowiska sprzyjającego marzeniom o karierze. Kto takowe ma, wyjeżdża. Zostają romantycy.

Prognoza niepogody

Jak choćby Anjali, która pije ze mną sorbet o smaku tamaryndowca. Siedzimy w Paramount, legendarnej knajpce dwa kroki od zagłębia księgarzy z Col­lege Street. Kelnerzy uwijają się, serwując gościom szklanki wypełnione kruszonym lodem i słodkimi syropami z owoców. Każdy, kto w dziejach Kalkuty znaczył cokolwiek, bywał tu i siorbał jak my. Pisarze, poeci, rewolucjoniści, akademicy, reżyserzy filmowi – cała tutejsza inteligencja, unikatowy wytwór tego miasta, które upor­czywie żywi się ideami. Lecz Anjali ma 24 lata i czuje, że nadchodzi czas, w którym będzie zmuszona ustąpić. Jako jedyna z przyjaciół, z którymi ukończyła Wydział Dziennikarstwa, nie wyjechała do Bombaju, Delhi albo dalej w świat. Tam, gdzie życie toczy się szybciej, a drabina sukcesu prowadzi – być może – na szczyt.

Anjali kocha Kalkutę i nie zamierza jej opuszczać, została więc przewodniczką. Chodzę z nią i poznaję zakamarki miasta, w którym bywam od 20 lat i odkrywam po kawałku. Anjali jest kolejną młodą osobą, od której słyszę, że Kalkuta zaczyna nowy rozdział. Nie taki, jaki by im się marzył. „To miasto, przesycone atmosferą akademii i poezji, zaczęło na powrót obracać się w wieś. Po raz pierwszy od kilku stuleci ludzie młodzi już nie marzą o edukacji i wyższej jakości życia. Nie marzą nawet o szczęściu. Chcą zarobić, i to szybko” – mówi Anjali. Jej koleżanka Koyel, podróżniczka i instagramerka, dorzuca: „Ci, którzy mają ambicję, wyjeżdżają do miast bardziej nowoczesnych. A tu ściągają ludzie ze wsi. Kiedy moi przyjaciele wsiadają do samolotów, do Kalkuty każdego dnia suną pociągi z wiosek”.

Jakby na potwierdzenie, Anjali i Koyel prowadzą mnie na dworzec kolejowy Sealdah. To synonim komunikacyjnego piekła, tumultu i chaosu. Na peronach morze głów, nieprzebrany tłum, ciągły ruch. „Wysiada tu około miliona osób dziennie – mówi Anjali. – Jak widzisz, nie po to, by pracować przy biurkach”.

Widzę. Ubrania z tanich sztucznych tkanin, skóra pociemniała od godzin spędzonych na słońcu, nabrzmiałe żyły i pakunki na głowach. Ich nogi i ręce znają fizyczną pracę. To do nich od niemal dekady przemawiają nowe populistyczne władze Kalkuty. Dla nich przeprowadzają akcję „upiększania” miasta, czyli powierzchowne odświeżanie zabytków dla uciechy przybyszów z prowincji. Ułatwiają im również migrację, nie tworząc przeszkód w podejmowaniu najprostszej pracy. Elity intelektualne miasta są w odwrocie i czują się skazane na polityczny mariaż z partiami wiejskimi, które serwują populizm dla najuboższych, bo alternatywa to tylko faszyzujący prawicowcy. Profesorowie i filmowcy wybierają mniejsze zło – rządy ludu zamiast rządów nienawiści. Oni także starają się przetrwać.

Ci, którzy jak Iftekhar i Anjali chcą ocalić dziedzictwo Kalkuty – jej domy, obyczaje, legendy – są osamotnieni. Wybrali rolę strażników wspomnień. Oboje przyznają, że w świecie, w którym przytłaczająca

większość martwi się, jak przeżyć z dnia na dzień, pielęgnowanie pamięci to luksus. To do nich należy dziś miasto.

Czym więc stanie się w przyszłości? Może zlepkiem dzielnic-wiosek o lokalnych charakterach, ciasnych więziach i kameralnych biznesach. Może jedną olbrzymią wioską z przywilejami szybkiej komunikacji i zagęszczenia interesów. Może rozpadnie się, pozbawiona centrum i elity zdolnej wyznaczać kierunek postępu. Być może ulegnie demoralizacji albo odwrotnie: odwoła się do lokalnych kodeksów i wierzeń, przetrwa w rozdrobnionej różnorodności i konserwatywnej moralności.

W tych pytaniach kryje się faktyczna nowoczesność Kalkuty. Bo właśnie taka – niezbyt piękna – rysuje się przyszłość wielu rosnących miast na planecie. Takie właś­nie, pozbawione ideałów, są obecnie okoliczności migracji wielkich grup ludzi na tereny zurbanizowane w Azji, Afryce, Ameryce Południowej. Miliony przybywają do metropolii, które nie są na to przygotowane, przez co nie mogą zaoferować nowym mieszkańcom tego, czego oni prag­ną. Migranci zjawiają się bez zapowiedzi i używają miast często w doraźny, bezceremonialny sposób. Wydeptują swoje ścieżki, tworzą prowizoryczne dzielnice, nakładają nowe warstwy życia, nie pytając nikogo o radę, nie oglądając się też za siebie. Nic tej tendencji nie zatrzyma, mimo że w kontekście globalnym jest wprost katastrofalna. Miasta produkują najwięcej gazów cieplarnianych, są głównym napędem zmian klimatycznych. Kryć się w metropolii to jak biec na spotkanie tajfunu.

Może właśnie przyroda przyniesie ostateczną odpowiedź. Jeśli nie wygna mieszkańców Kalkuty jakąś wielką tragedią, to nieśpiesznie odbierze obszar, który został jej wydarty. Ludzie osiedlili się tu za cenę osuszenia ziemi. Największym zagrożeniem dla wszystkiego, co stworzyli, pozostaje woda. Ocean coraz śmielej wdziera się w ląd Zatoki Bengalskiej i unicestwia uprawy. Monsunowe ulewy i powodzie nadgryzają ceglane budynki, podmywają drogi i wiadukty. Nie ma pory deszczowej, w której nie runęłaby grupa zabudowań. Przed dwoma laty silny cyklon hulał w kalkuckich alejach, zrywał dachy, miotał ludźmi jak pacynkami. Ale figowce działają po cichu – zagnieżdżają się w cegłach starych domów, powoli oplatają całą konstrukcję. Gałęzie rozkładają się na balkonach, korzenie włażą przez okna do pokojów. Tak przyroda pochłania kulturę. Przyszłość może być powrotem do naturalnego początku. Nie byłaby to pierwsza baśń o królestwie, które pożarła cierpliwa dżungla.

Na razie Iftekhar zdołał uratować przed śmiercią jeden stary dom, urządził w nim hotelik. Ma pomysły na ocalenie innych ruin. Chce je przekształcić w centrum kultury, bibliotekę, ośrodek rekreacyjny. Od niedawna nie jest w tej przekornej miłości zupełnie sam. Ktoś w sąsiedztwie właśnie rozpoczął gruntowny remont 200-letniej kamienicy. Razem to już dwie lecące pod wiatr jaskółki.

 

Podziel się tym tekstem ze znajomymi z zagranicy lub przeczytaj go po angielsku na naszej anglojęzycznej stronie Przekroj.pl/en!

Data publikacji:

Paulina Wilk

Paulina Wilk

Redaktorka działu Kultura i społeczeństwo w kwartalniku „Przekrój”, pisarka i publicystka zajmująca się literaturą i problematyką rozwoju globalnego. Opublikowała m.in. „Lalki w ogniu” o Indiach współczesnych oraz „Pojutrze. O miastach przyszłości”, a także serię bajek o misiu Kazimierzu dla dzieci i niezupełnie dorosłych. Współtworzy Fundację „Kultura nie boli”, centrum literackie Big Book Cafe oraz międzynarodowy festiwal czytelniczy Big Book Festival.

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!