Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Zakwieciło, zabzyczało – wiosna!

W wiosennym „Przekroju” kwiaty, zapylacze, dużo miodu i jeszcze więcej wody. Z okazji wiosennych porządków piszemy sporo o ładzie i bałaganie. Zagłębiamy się w historię Celtów, a także przenosimy się w przyszłość i sprawdzamy, co świat – i nas – czeka już za jakiś czas. Do tego sporo rozmyślamy o nieśmiertelności i z uwagą pochylamy się nad (ludzką i nie tylko) uczciwością. ​​

Wiosenny „Przekrój” już jest!

Aż 220 stron do czytania przez trzy miesiące. „Przekrój” w nowym formacie jest wygodniejszy do przeglądania i idealnie mieści się w skrzynce pocztowej. Zamów i ciesz się lekturą – tylko tutaj w niższej cenie. Sprawdź!

Przekrój
O budownictwie naturalnym i jego wpływie na naszą planetę z trenerem Budownictwa Słomianego, Przemkiem ...
2022-01-26 00:00:00
uwaga na klimat

Słomiaki i samogrzeje
Jak budować (prawie) bez betonu?

Słomiaki i samogrzeje
Słomiaki i samogrzeje

Domy ze słomy, chociaż kojarzą się ze skansenem, to mogą okazać się naszą przyszłością. O budownictwie naturalnym i jego wpływie na naszą planetę z trenerem Budownictwa Słomianego, Przemkiem Rajem – rozmawia Aleksandra Kozłowska.

Czyta się 11 minut

Koniec grudnia. Ziemia śpi oprószona śniegiem niczym racuch cukrem pudrem. Cisza. Na Eksperymentalnej Farmie Stoczki pod Sieradzem nie drgnie nawet jedna brzozowa gałązka. Wszystko się zmienia, gdy zaraz po śniadaniu wychodzimy z „samogrzeja”, wtulonego w pagórek domku z gliny i słomy. Ruszamy do warsztatu, gdzie pachnie latem: drewnem i słomą. Zrobione z niej bloki piętrzą się w stertach nastroszone kłującymi źdźbłami. Bloki trzeba ciasno ubić, po czym gęsto upakować w drewnianych ramach – w ten sposób powstają panele (192 na 200 cm), które potem posłużą za budulec ścian „słomiaków”. Przyjechałam tu nie tylko porozmawiać, ale też popracować jako wolontariuszka. Przemek Raj, właściciel Farmy zarządza: „Skończymy ten panel i zrobimy kolejny. Do obiadu powinniśmy się z tym uwinąć”.

W budowlance (nawet słomianej) nie mam wprawy, zostaję więc pomocnicą w stylu: przynieś, podaj, pozamiataj. Przynoszę kostki słomy, przytrzymuję deski, gdy Przemek przybija je do ramy, podaję narzędzia, wymiatam resztki słomy na podwórko. Kiedy panel jest skończony, Przemek piłą mechaniczną wyrównuje słomiane boki. Gotowy moduł ustawiamy w szeregu obok kilku innych zrobionych wcześniej. Nie robię nic specjalnie ciężkiego, ale po kilku godzinach pracy tęsknie wypatruję fajrantu. Gdy w końcu przychodzi czas na przerwę, domowe leczo z dodatkiem tutejszych cukinii smakuje jak najbardziej wykwintne danie.

Aleksandra Kozłowska: Jesteś doświadczonym weterynarzem. Dlaczego zająłeś się budowaniem „słomiaków”?

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Przemek Raj: Przecież trzeba coś robić z tym klimatem. Mam dzieciaki, chciałbym, żeby ta planeta jeszcze trochę przetrwała. A typowe budownictwo odpowiada za około 40% emisji CO2. Głównie przez beton, który zawiera dużo cementu. A jego produkcja wymaga bardzo wysokich temperatur, co oznacza dużą emisję CO2.

To prawda. Obecnie na świecie zużywa się około 4,5 mld ton cementu rocznie. W zależności od technologii produkcja jednej tony tego surowca to emisja 0,5–1 tony CO2.

No właśnie. Masz więc odpowiedź na swoje pytanie o „słomiaki”. Zacząłem o nich myśleć w 2006 czy 2007 r., kiedy mieszkałem w Anglii. Pracowałem tam właśnie jako weterynarz. Znajomy podrzucił mi wtedy ideę budowy domu z gliny i słomy. Własnymi siłami. Zaciekawiło mnie to, choć kolega sam znał sprawę tylko z teorii, własnego domu z gliny nie zbudował. Ocieplał wówczas styropianem blokowiska w Warszawie i innych miastach. Nie rób takiej miny. Wbrew pozorom ocieplanie wieżowca styropianem jest bardziej ekologiczne niż budowa domu naturalnego z fundamentami z betonu na wsi. Jedna z zasad zrównoważonego budownictwa brzmi: najpierw naprawiajmy stare budynki, róbmy je bardziej ekologicznymi, dopiero potem budujmy nowe.

Mieszkam w bloku zbudowanym na przełomie lat 60. i 70. Został ocieplony styropianem, zimą właściwie nie włączamy kaloryferów.

To jesteś bardziej ekologiczna niż właściciel słomianego domku na ciężkich fundamentach pod Warszawą, który codziennie dojeżdża do miasta do pracy samochodem.

Rozmawiamy w „samogrzeju”, jednym z postawionych przez Ciebie domów ze słomy i gliny. Tu nie ma betonowych fundamentów?

„Słomiaki” i domy naturalne z założenia mają nie szkodzić środowisku. Buduje się je z materiałów odnawialnych, o prostym procesie produkcji, takich jak: drewno, słoma, konopie, glina czy wapno. To zwykle domy lekkie, spokojnie można w nich robić fundamenty punktowe. Nawet z tego nieszczęsnego betonu, bo na to zużywa się go zdecydowanie mniej. Mój „samogrzej” ma ok. 27 m2 powierzchni użytkowej, waży prawie 50 ton. Cały fundament to osiem miejsc punktowych – poszło na to zaledwie 6 worków cementu, czyli 150 kg. A więc ilość CO2, jaką w ten sposób dołożyłem do atmosfery, to prawdopodobnie mniej niż daje przejazd samochodem stąd do twojego Gdańska. Żeby powstrzymać ocieplanie klimatu, powinniśmy zejść poniżej dwóch ton CO2 na osobę rocznie.

Jak to przełożyć na życie codzienne?

Emisję dwóch ton dwutlenku węgla na osobę zapewnia nam sama produkcja żywności. Bez ogrzewania i transportu. W 2020 r. przeciętny Europejczyk zużył 11 ton CO2. Dlatego zamieszkałem w „słomiaku”. Na farmie zbudowałem też inne tego typu budynki – całą glinę pozyskałem półtora kilometra stąd. Owszem, czasem używam ciężkiego sprzętu, co i tak jest z pewnością bardziej ekologiczne niż ślad węglowy, jaki zostawiają niektórzy uczestnicy moich warsztatów. Przylatują nieraz naprawdę z daleka: z Australii, Stanów, Kanady, Tajwanu. Na szczęście nie tylko po to przybywają do Europy.

Też jeździłeś na warsztaty, zanim wziąłeś się za budowę?

Pewnie. Najpierw zacząłem się interesować cobami. To domy o potężnych ścianach grubości 60–90 cm. Buduje się je z mieszanki żwiru, gliny i słomy. Byłem na świetnych warsztatach z coba u Kevina McCabe’a w Anglii. Taki dom ma być w założeniu ekologiczny. Moim zdaniem jednak w polskich warunkach klimatycznych się nie sprawdza. Dlaczego? Bo nie ma dobrej izolacji ścian. Materiał izolacyjny musi być lekki i suchy. Cob jest suchy, ale bardzo ciężki. Jak beton. Ale tu w „samogrzeju” mam pięć ścian z cobu i trzy z kostek słomy. Cob robi za ścianę oporową, bo za nim jest celowo usypany pagórek z piachu, naprawdę ciężki.

Jak w earthshipie, pasywnym budynku z opon wypchanych ziemią i innych odpadów. On też – zgodnie z ideą pomysłodawcy, amerykańskiego architekta Michaela Reynoldsa ma być wkopany w górkę, żeby zabezpieczała dom przed zimnem.

Tak. Mój „samogrzej” jest swego rodzaju adaptacją earthshipów. Ale nie planowałem tu mieszkać, domek miał być przestrzenią na warsztaty. Dlatego wolałem zrobić coś mniejszego. I efektownego. Zaprojektowałem go na planie ośmiokąta. Nazwę wymyślił Jarek Biniek, zaispirowała go książka Johna Haita Passive Annual Heat Storage: Improving the Design of Earth Shelters. Jarek chciał coś takiego wybudować w Lubelskiem. Pomyślałem wtedy, że jeśli to faktycznie miałoby działać, to rewolucja! Bo zgodnie z założeniem „samogrzej” nagrzewa się przez lato (ciepło trzyma masa termiczna z ziemi, powinna być gruba na 6 m), a zimą oddaje to ciepło. Niestety ten teren do tego się nie nadaje. Jesteśmy w niecce sieradzkiej, z wysokim poziomem wód  podziemnych. Ciepło zgromadzone latem zabiera mi ta woda. Trochę pomaga podłoga zaizolowana na głębokości 120 cm i… ta koza na drewno [Przemek sięga do wiaderka i dorzuca polano do piecyka]. Ten dom więc nie do końca jest „samogrzejem”, ale pierwszą zimę już w nim przemieszkałem. Docelowo będzie tu kominek gliniany, bo koza jest mało efektywna. Wtedy, jak zakładam, zużyję mniej niż metr sześcienny drzewa na całą zimę. To jest to, czego potrzebujemy, by uratować tę planetę. Domów, których nie trzeba ogrzewać. Moim zdaniem „samogrzeje” powinny być budowane przez uniwersytety w celach edukacyjnych.

Wrażenie robi ta kopuła ze świetlikiem pośrodku.

Jest z niewypalanych cegieł. Tworzy sklepienie zbudowane bez szkieletu. Zrobił mi ją jeden z wolontariuszy, Guillermo. Najpierw zbudował model z półtora tysiąca klocuszków, sklejał go przez kilka tygodni. W pewnym momencie stanął na nim, żeby sprawdzić wytrzymałość. I model wytrzymał!

Ale to nie jest mój pierwszy „słomiak”. Gdy wróciliśmy z rodziną z Anglii, zainspirowany opowieściami znajomego zacząłem budować tu na farmie domek letniskowy: 5 na 7 m. Ekologicznie: glina z okolicy, drewno z pobliskiego lasu od dziadka, drzwi i okna z recyklingu. Do tego zielony dach. Nie porośnięty trawą, która w Polsce latem potrzebuje podlewania, a rozchodnikami. Wchłaniają nadmiar wody, dają poduszeczkę cieplną, zatrzymują śnieg – jego „czapa” to dodatkowa izolacja przed zimnem. Razem z instalacjami domek kosztował 26 tys. zł. Budowałem go trzy lata. Popełniłem przy tym masę błędów typu: zła organizacja pracy, techniki słomowania itp., ale to była też nauka.

Nie chciałeś zbudować earthshipa? W Polsce jest już kilka takich domów.

Tak, słyszałem o tym. Ale to, co się sprawdza w Nowym Meksyku u Michaela Reynoldsa, niekoniecznie zadziała u nas. Klimat ma decydujący wpływ na efektywność earthshipów. Żeby taki dom rzeczywiście był pasywny, żeby nie wymagał dodatkowego ogrzewania, kluczową sprawą jest słońce. Może być mróz, ale i słońce. To ono, wpadając przez wielkie okna od południa, ma nagrzewać ściany z opon i masę termiczną. Nasz duży dom ze słomy (kolejny na tej farmie) też ma wiele przeszkleń od południa. Niestety wbrew oczekiwaniom się nie nagrzewa, bo mamy za mało słońca. W 2014 r., kiedy zamieszkaliśmy w tym domu, zimą było… sześć słonecznych dni. Reszta szara i pochmurna. Fakt, to był wyjątkowo słaby rok pod tym względem, ale i tak w naszym klimacie zysk słoneczny zimą jest marny. Z punktu widzenia strat ciepła o wiele bardziej opłacają się okna bardzo małe, takie jak budowali nasi przodkowie. Ale to trzeba wyważyć z ludzką potrzebą światła.

Należysz do Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Budownictwa Naturalnego. Misją OSBN jest budowanie „w Polsce dobrych, trwałych domów, które nie szkodzą ludziom i środowisku”.

W 2014 r. byłem chyba trzecim człowiekiem w Polsce, który zamieszkał z rodziną w „słomiaku”. Zanim zdecydowaliśmy się go postawić, zrobiliśmy objazdówkę po kraju – obejrzeliśmy może pięć tego typu domów, więcej nie było. Dziś tylko w promieniu 30 km jest ich pięć. Wszystkie zbudowane z moim zaangażowaniem.

Jaka ekspansja.

Nie, nie ma ekspansji. Owszem, stopniowo naturalne budownictwo się rozwija, dostaję w tej sprawie sporo zapytań, ale do Zachodu, szczególnie Francji, nam jeszcze daleko. Barbara Jones, jedna z najsłynniejszych budowniczych z gliny i słomy, ma ponad 500 takich domów na koncie.

A Ty ile?

Kilkadziesiąt, przy których coś konsultowałem, kilkanaście, które robiłem. W 2019 r. – tego przełomowego lata, kiedy zdecydowałem całkowicie przerzucić się na budownictwo naturalne, pracowałem przy trzech domach ze słomy. Największy był o powierzchni ponad 200 m2. Najpierw jednak pojechałem uzupełnić wiedzę. Byłem na warsztatach u Herberta Grubera w Austrii. Kształci on europejskich trenerów budownictwa słomianego. Mam więc stosowny certyfikat, problem w tym, że w Polsce nie ma nazwy dla tego zawodu (śmiech). Jednak kurs dużo mi dał. No i poznałem tam Guillerma oraz sporo innych fachowców z całego świata. Sam też prowadziłem kursy: jak organizować budowę, jak robić słomiane ściany, tynkować gliną. A przy tym podcinałem skrzydełka entuzjastom. Bo „słomiaki” wcale nie są takie tanie. Taki domek jak mój „samogrzej” kosztuje od 35 do 200 tys. zł.

Skąd ta rozpiętość?

Z tego, co potrafisz, czy sama będziesz pracować, czy zatrudnisz ekipę, jak zaprojektujesz całość. Trzeba też pamiętać, że zawsze w trakcie budowy wychodzą jakieś niespodzianki: dodatkowe koszty, opóźnienia itp.

Mogą pomóc wolontariusze. Nawet tak niedoświadczeni jak ja, byle ich zapał nie okazał się – nomen omen słomiany. W końcu razem zrobiliśmy ten spory panel.

Owszem, ale ogarnianie wolontariuszy: uczenie ich, robienie jedzenia, zapewnianie noglegu i możliwości kąpieli plus rozładowanie konfliktów międzyludzkich to absorbujące zadanie. Wolontariusz, który chce się czegoś nauczyć i naprawdę chce pracować, to skarb. Musi być zaangażowanie. Sam zawsze lubiłem pracować fizycznie. I jako weterynarz musiałem. Miałem do czynienia z krowami, końmi, owcami. Największa wypadnięta macica, którą wciskałem w krowę, ważyła 150 kg. Jeśli więc pytasz o wolontariuszy, to preferuję ludzi z zagranicy. Jak już tu dotrą, zostają dłużej niż jeden weekend. Przynajmniej dwa–trzy tygodnie. Nasi wolontariusze też na początku tak się zapowiadają, a potem wyjeżdżają po trzech dniach, bo „życie”. Najlepiej budowało mi się z Sarą ze Stanów. Była profesjonalnym cieślą. Do tego osobą typu easy-going: spokojną, zero problemów i dram. O, z nią zrobiliśmy tę antresolę. Dobry wolontariusz to taki, który ma czas i pieniądze, nie szkoda mu czasu na naukę przez darmową pracę. A w Polsce takich ludzi brakuje. Jeśli masz dzieciaki, zobowiązania, kredyty, to nie masz głowy do wolontariatu.

Lubię pracę w grupie, lubię uczyć. To fajnie integruje, choć gdyby to była roczna szkoła budownictwa naturalnego, a nie parodniowy kurs, zawarte tu więzi międzyludzkie byłyby z pewnością trwalsze. Choć i tak bywało miło. Wspólnie gotowaliśmy, po pracy fajne imprezy, sauna party… I patrz jakie efekty: razem zrobiliśmy tu podłogę z gliny.

Earthshipy i domy naturalne to także często niezależność: własny prąd, woda z deszczówki, ogród… Jak to wygląda u Ciebie?

Wodę mam własną ze studni, prąd z sieci, ale są też panele. Problem w tym, że baterie do przechowywania energii są drogie. Toaleta niezależna – kompostowa. Własny sad i ogród – całe wakacje wsuwałem cukinie, same rosną. Ponad 100 kg rozdałem, mnóstwo poszło na weki. Jest też szklarnia: pomidory, ogórki… Ale samowystarczalność żywieniowa to bajka. Gdy ktoś pracuje fizycznie, cały dzień robi panele ze słomy, buduje dom i jeszcze miałby drugie tyle pracować w polu, żeby się samemu wyżywić? Nie ma szans.

Chyba żeby stworzyć wspólnotę, uprawiać warzywa z sąsiadami, razem produkować sery... À propos: jak jesteś postrzegany w okolicy? Wariat? Dziwak?

Wręcz przeciwnie. Mam tu bardzo wysoki status, bo jestem tutejszy, jestem lekarzem weterynarii, pracowałem za granicą. Do tego udzielam się jako strażak w OSP. Mój dziadek nim był, ojciec, teraz ja.

Nie brakuje Ci weterynarii?

Wciąż mi się zdarza pracować w zawodzie. Zoperować, zaszczepić. Głównie psy i koty. Ale na pełen etat nie chciałbym już tak pracować. Byłem zatrudniony m.in. w Inspekcji Weterynaryjnej, a ta zajmuje się nadzorowaniem „cywilizowanego” uśmiercania zwierząt, a nie ich leczeniem. Papier wszystko przyjmie, więc pisze się o dobrostanie. Że świnka była szczęśliwa, jak umarła. I ta szynka też jest szczęśliwa, uśmiecha się z talerzyka. Bzdura. W którymś momencie miałem dość. Nie chciałem już mieć nic wspólnego z IW i ubojniami. Nic dziwnego, że wg badań europejskich lekarz weterynarii to zawód, którego przedstawiciele najczęściej zapadają na depresję. Zostałem wegetarianinem, zająłem się „słomiakami”. I dobrze mi z tym.

Przemek Raj – budownictwem naturalnym zajmuje się od 2007 r. Jako Europejski Trener Budownictwa Słomianego uczy budowy domów ze słomianych paneli.


Artykuł powstał w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Gdańska 2021

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!