pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści
Przekrój
Andreas Schleicher, człowiek, którego przeklinają nastolatkowie z całego świata, kiedy muszą siąść ...
2019-12-06 10:00:00

Do wiedzy tylko przez szczęście

zdjęcie: PAP/EPA
Do wiedzy tylko przez szczęście
Do wiedzy tylko przez szczęście

Najlepsza szkoła to taka, gdzie nauce towarzyszy poczucie własnej wartości uczniów – mówi Andreas Schleicher, międzynarodowy ekspert do spraw edukacji.

Czyta się 10 minut

Ekspert OECD oraz inicjator i koordynator PISA (Programme for International Student Assessment), największych międzynarodowych badań umiejętności 15-latków. Jest twarzą i propagatorem tych badań, które na świecie wywołują kontrowersje: przez jednych są postrzegane jako miernik jakości narodowych odmian edukacji, przez innych jako wpychanie szkoły w ranking oparty na testach. Niemal 20-letnie doświadczenie badacza PISA Schleicher opisał w książce World Class: How to Build a 21st-Century School System, wydanej w 2018 r., a rok później przetłumaczonej na język polski. Książkę zadedykował „nauczycielom świata, którzy poświęcają swoje życie – pracując często w trudnych warunkach i rzadko otrzymując uznanie, na jakie zasługują – aby pomóc następnemu pokoleniu zrealizować jego marzenia i kształtować naszą przyszłość”.

Jako dziecko Schleicher nie za dobrze znosił szkołę. Kiedy miał 10 lat, rodzice przenieśli go więc do szkoły według systemu waldorfskiego, gdzie bardzo ważną rolę odgrywają przedmioty artystyczne. Ostatnio Schleicher podkreśla w swoich wystąpieniach, jak duży udział ma sztuka w wyzwalaniu dziecięcej kreatywności i w edukacji w ogóle. Mówi otwarcie, że dopiero gra na skrzypcach otworzyła go jako dziecko na inne przedmioty w szkole. Wcześniej nie lubił się uczyć i nie miał sukcesów.

Z pochodzenia Niemiec, pracuje i mieszka w Paryżu, ma troje dzieci. Z wykształcenia fizyk i matematyk.

Zamów prenumeratę cyfrową

Z ostatniej chwili!

U nas masz trzy bezpłatne artykuły do przeczytania w tym miesiącu. To pierwszy z nich. Może jednak już teraz warto zastanowić się nad naszą niedrogą prenumeratą cyfrową, by mieć pewność, że żaden limit Cię nie zaskoczy?

Aleksandra Pezda: O tym, że będzie Pan grał na skrzypcach, zdecydowali rodzice czy Pan tego chciał?

Andreas Schleicher: Nie pamiętam, kto wybrał instrument, ale to na pewno rodzice chcieli, żebym na czymś grał. I potoczyło się według powszechnie znanego scenariusza – codziennie musieli mnie nakłaniać do ćwiczeń. Gdyby mi zostawili wybór, zrezygnowałbym. Zabrakło mi chęci, jak tylko wyszło na jaw, że trzeba będzie regularnie ćwiczyć. Ale potem zacząłem grać w orkiestrze szkolnej i wszystko się zmieniło.

Mieliśmy wspaniałego dyrygenta, pozwolił nam wykonywać wielkie dzieła muzyki symfonicznej, dużo jej z nami też słuchał. O ile wcześniej rodzice wymuszali ledwie pół godziny ćwiczeń dziennie, tak od czasu orkiestry grałem już z własnej woli – w każdej wolnej chwili.

Mówi Pan: „Gra na skrzypcach wyzwoliła we mnie radość z uczenia się”. W jaki sposób?

Matematyka czy inne szkolne przedmioty wydawały mi się abstrakcją. Nie czułem potrzeby, żeby się z nimi mierzyć. Nauczyciele chcieli, żebym zrobił jakieś zadania? OK, wykonywałem je, ale bez zaangażowania. Co innego zajęcia artystyczne. Skrzypce, a jeszcze bardziej orkiestra, trafiły w moje emocje. Dzięki nim miałem okazję pobyć trochę więcej sam ze sobą, lepiej siebie zrozumieć, to po prostu rozwinęło moją osobowość. Dopiero dzięki muzyce zacząłem się interesować światem wokół mnie. No i zacząłem się uczyć. Przedtem nie byłem dobrym uczniem.

Wszystkich umiejętności, które uważamy za cenne w dzisiejszym świecie – takich jak kreatywność, wrażliwość, umiejętność współpracy, wytrwałość i odporność – nauczyło mnie właśnie muzykowanie.

Co szkole odbiera radość uczenia się?

Obserwuję moje dzieci – kiedy robiły w szkole czy dla szkoły coś, co wydawało im się ciekawe, angażowały się i nie patrzyły na zegarki. Takim odrabianiem lekcji mogły się zajmować do późnej nocy. Ale jeśli do czegoś nie miały przekonania albo wydawało im się to niepotrzebne, jedno drobne zadanie domowe stawało się dla nich przeszkodą nie do pokonania.

Pana dzieci nie były w szkole szczęśliwe?

Dwoje już zakończyło edukację, najmłodszy jeszcze się uczy. Byli szczęśliwi w szkołach, ale tylko na początku edukacji. Im dalej, tym trudniej. Może to dlatego, że zaczynali edukację w szkołach waldorfskich [w tym systemie bardzo ważną rolę odgrywają działania artystyczne: malowanie, rysunek, śpiew, gra na instrumentach i taniec; jest też dużo zajęć technicznych, np. stolarka; nie ma ocen, nie korzysta się z podręczników i obowiązuje nauczanie zintegrowane nie tylko w młodszych klasach – przyp. red.]. Wtedy widziałem na pewno, że byli szczęśliwi. Potem jednak posłaliśmy ich do liceum francuskiego. To szkoła systemowa, prestiżowa, bardziej wymagająca i rygorystyczna. No i już nie byli tak zadowoleni. Córka potrafiła się dostosować, ale jeden z synów miał problemy do końca. Nie z nauką, lecz z systemem właśnie.

To czemu skazał ich Pan na tę szkołę?

Jak to rodzice – chcieliśmy z żoną zwiększyć szanse naszych dzieci w ubieganiu się o miejsca na prestiżowych uczelniach i w starcie na rynku pracy. Myśleliśmy w ten sposób: żeby nasze dzieci dostały się na uniwersytet, powinny mieć przygotowanie bardziej przykrojone pod edukacyjny, powszechny system. Dla syna było to trudne doświadczenie, bo woli chodzić własnymi drogami, zazwyczaj wybiera niestandardowe ścieżki.

To wiemy z PISA – nasze dzieci nie są w szkole szczęśliwe.

Nie tylko w Polsce jest ten problem. Mają go też Korea Południowa, Singapur i Japonia, czyli kraje z czołówki wyników w PISA. Niektórym jednak udaje się połączyć oba te faktory: nauczanie na wysokim poziomie z poczuciem szczęścia wśród uczniów. Na przykład Finlandia, Estonia, Holandia, Szwajcaria – tam dzieciom jest ze szkołą dobrze, jak wynika z naszych badań. Odkryliśmy przy tym, że winy za to nie ponosi żyłowanie uczniowskich wyników. Idzie to raczej w parze z poczuciem własnej wartości – nawet jeśli dzieci radzą sobie dobrze z przedmiotami szkolnymi, ale brak im wiary we własne możliwości, nie będą w szkole szczęśliwe. Nazywamy to brakiem umiejętności społeczno-emocjonalnych. Chodzi o nastawienie do siebie, zdolność kontrolowania emocji, budowanie i utrzymywanie poprawnych relacji, samodzielne i odpowiedzialne podejmowanie decyzji oraz umiejętność radzenia sobie w kryzysie. Dzisiaj uważamy, że są one równie ważne w procesie nauczania jak umiejętności poznawcze. I – powtórzę się – najlepiej da się nad nimi pracować w kształceniu artystycznym.

To jest polska lekcja z badań PISA?

Polska na początku XXI w. wykonała ogromny skok, jeśli chodzi o podstawowe umiejętności uczniów mierzone w PISA. Poza tym polski system, jak go widzimy w PISA, wykształcił dobry mechanizm selekcji: jeśli jesteś bystrym uczniem, ale mieszkasz w małej miejscowości albo pochodzisz z defaworyzowanej dzielnicy czy z niezamożnej rodziny, system cię wyłapie i wesprze. To jest wielka zaleta. To się nie zdarza ani w Wielkiej Brytanii, ani w USA, a w Niemczech takie dziecko najprawdopodobniej by w edukacji przepadło.

Ale są i wady. Wielkim zadaniem na dziś byłoby wprowadzenie większej kultury współpracy w uczeniu się oraz nauczaniu, w tym współpracy między szkołami. Może wystarczyłoby dać nauczycielom więcej samodzielności?

I kolejna sprawa – jak pani myśli, co odpowie polski uczeń na pytanie: „Co mogłoby sprawić, że odniósłbyś sukces w matematyce?”?

Talent.

No właśnie! A na przykład uczeń z Szanghaju odpowie tak: „Jeśli będę ciężko pracował, na pewno osiągnę sukces”. O czym to nam mówi?

O jego motywacji.

Tak! Po co miałbym się uczyć, skoro nie mam talentu? I tak nici z kariery – myśli polski uczeń. A z taką postawą trudno iść przez życie. W dzisiejszym świecie, trudnym i zmiennym, wiara we własne siły jest bardzo potrzebna. Konkurencję wygrają ci, którzy uwierzą, że przy odrobinie samozaparcia oraz dzięki pomocy na przykład nauczycieli będą w stanie wiele osiągnąć. To jest zadanie, które stoi przed polską edukacją.

„Reformy w edukacji się nie udają, bo rządzący widzą tylko wierzchołek góry lodowej, nie to, co jest pod powierzchnią” – napisał Pan w książce. Rozumiem, że na powierzchni widać szkolne budynki?

Budynki i cały system z jego organizacją: typy szkół, etapy edukacyjne, liczebność klas, programy nauczania. Na tym się skupiają politycy, bo tu najłatwiej zaplanować widoczną zmianę, a potem się z niej rozliczyć. Przesuwają więc, w prawo i w lewo, co mogą i ogłaszają potem sukcesy. Nie widzą najważniejszego – ludzi i ich potrzeb. A przecież szkoła to doświadczenie relacyjne, działanie społeczne, wspólnota. Trudno to zawrzeć w państwowej polityce.

Ale jak to zmierzyć? Jak za to płacić?

Nie chodzi o wysokość pensji, raczej chodzi o tożsamość zawodową nauczycieli. Systemy edukacyjne powinny promować zaufanie do nauczycielskiej profesji i jej wartość. Tak postępujemy wobec innych zawodów – kiedy idziemy do chirurga, nie mówimy, jak ma operować. Mamy wysokie zaufanie społeczne do wielu zawodów. Tymczasem pracę w edukacji chcemy precyzyjnie znormalizować, opisywać i rozliczać. To ją niszczy.

Co jest „pod powierzchnią”?

Lęki, marzenia i ambicje wielu, bardzo różnych ludzi. Przede wszystkim dzieci, które chodzą do szkoły. Czy kojarzy pani wielu nauczycieli, którzy naprawdę dobrze znają swoich uczniów? Tak, żeby wiedzieli nie tylko o ich zdolnościach intelektualnych, ale też o marzeniach, nadziejach i obawach – aby wiedzieli, kim ci uczniowie naprawdę są i czego chcą? Szkoły często uczą po prostu przedmiotów: matematyki czy fizyki albo historii. Rzadziej uczą ludzi. Ignorując ludzki wymiar naszych uczniów, czynimy ich nieszczęśliwymi.

To samo, jeśli chodzi o nauczycieli.­ Stawiamy ich przed coraz ściślej okreś­lonymi wymogami: masz tu klasę, program i podręczniki, realizuj dokładnie podstawę programową. A, i jeszcze rozlicz się z każdej godziny, rozpisz każdą lekcję, wpisz wszystko do dziennika, żebyśmy mogli sprawdzić, czy rzeczywiście dobrze uczysz. A raczej – czy uczysz według wyznaczonych norm i wzoru. Jak można być szczęśliwym w tak ograniczanym zawodzie? Znam ekspertyzy, z których wynika, że nauczyciele są współczesnymi „niebieskimi kołnierzykami”, że traktujemy ich tak, jak w ubiegłym wieku traktowało się robotników pracujących na akord w fabryce.

Edukacja stała się wielkim przemysłem.

I usiłujemy w nim wyuczyć każdego takich samych rzeczy i w ten sam sposób. Podczas gdy wiemy, że naszą przyszłością jest, żeby uczyć każdego inaczej oraz według indywidualnych predyspozycji i potrzeb.

Czy francuskie liceum Pana dzieci realizowało to zadanie?

Nie sądzę, mimo że to świetna placówka. Szkoła teraz generalnie przeżywa trudne chwile. Trudność pogłębia fakt, że edukacja wytwarza społecznie bardzo konserwatywne środowisko – łatwiej w końcu uczyć, opierając się na przeszłości, niż wybiegać w nieznaną przyszłość. Dotyczy to nie tylko nauczycieli, lecz także rodziców. Denerwujemy się przecież, kiedy nasze dzieci nie uczą się tego, co my znamy ze szkoły. Wystarczy, że czytają inne książki albo w inny sposób prowadzą matematyczne obliczenia. Jeszcze bardziej nas denerwuje, kiedy dzieci uczą się czegoś, co sami słabo rozumiemy – to nadal odczuwamy w przypadku np. nowych technologii. Takie podejście i ten stan rzeczy przekładają się na problemy w makroskali: jako minister edukacji przegrasz w wyborach, kiedy twoja reforma się nie uda, ale w drugą stronę to już nie działa – na dobrym programie edukacyjnym wyborów się nie wygrywa.

Fińska szkoła wprowadza ­multidyscyplinarne naucza­nie. Może to się sprawdzi?

Szkoła w Japonii też proponuje uczniom kursy międzyprzedmiotowe oraz integruje przedmioty na wyższych etapach, nie tylko na podstawowym.

To jest świetna i obiecująca idea. Wszędzie jednak napotyka ten sam problem z realizacją – są nim nauczyciele i model ich przygotowania zawodowego. Dotąd to przygotowanie prowadziło do nauczania konkretnego przedmiotu – jednego na odrębnej godzinie lekcyjnej. I nadal tak jest: nauczyciel ma pod opieką konkretną dziedzinę, dobiera tylko odpowiedni program nauczania i według niego planuje kolejne zajęcia. No a teraz proszę sobie wyobrazić tego samego nauczyciela, któremu nakażemy od jutra szukać powiązań pomiędzy dyscyplinami. Poradzi sobie? Musiałby przekroczyć swoje kompetencje potwierdzone wyższymi studiami. Nie był dotąd uczony, żeby przekraczać granice pomiędzy dyscyplinami. Nie na tym polegały jego studia ani praktyka zawodowa.

To będzie nowy kierunek dla szkół?

To jest kierunek dla całej cywilizacji. Żaden inżynier nie może się już skupiać wyłącznie na własnej wąskiej dziedzinie – musi rozwijać umiejętność współpracy i rozumieć inne branże. Przykład z innego obszaru: skrzypek. Z trudem wystarczy mu dziś wirtuozeria w obrębie jednego gatunku muzycznego, obecnie oczekujemy, że będzie łączył gatunki. A i tak największym wyzwaniem jest, że musimy się nastawić na częste zmiany zajęcia, a nawet zawodów.

W przeszłości, żeby zrobić karierę, trzeba ją było wcześnie zaplanować. Liczyło się, że zostałeś ekspertem w jakiejś konkretnej dziedzinie i wystarczyło to pielęgnować przez całe życie. Dzisiaj musimy opanować umiejętność zdobywania coraz to nowych obszarów wiedzy. Celem już nie jest mistrzostwo w jednej dziedzinie, ale zdolność do bycia ekspertem na wielu polach. Krótko mówiąc: dawniej uczyliśmy się całe życie, żeby zdobyć jeden konkretny zawód, a teraz naszym zawodem jest uczenie się przez całe życie.

Szkoły muszą się „tylko” do tego dostosować.

Na tym polega cała trudność. Łatwiej było zdobyć nauczycieli – mistrzów w swoich dziedzinach – do przekazywania informacji i wiedzy w konkretnych przedmiotach, niż przygotować przewodników po nowym, zintegrowanym świecie. Dziś, kiedy do większości informacji mamy niemal nieograniczony dostęp w Internecie, nie liczy się już, kto ma ów dostęp, lecz kto posiada umiejętność wyszukiwania, selekcji i uwiarygodnienia informacji. Kto nie będzie umiał myśleć jak naukowiec, będzie w tym świecie nieskuteczny. A szkoła jeszcze nie potrafi tego uczyć.

Dlatego tak wielu uczniów rzuca szkołę?

Niemcy, Francja, Włochy – tam jest najtrudniej utrzymać uczniów w szkole. Młodzi ludzie uważają, że uczą się rzeczy, które nie przydadzą im się w życiu. Nie widzą sensu dalszej nauki, nie chcą poświęcać czasu na coś, czego ich zdaniem w ogóle nie wykorzystają w przyszłości.

I znowu – jeśli sprawdzić inne sektory życia publicznego, to one jakoś pasują, jakoś dostosowują się do bieżących warunków. Na przykład gdy jako menedżer sklepu obserwujesz, że kupujący wpadają, ale niczego nie kupują. Myślisz więc, co zmienić w ofercie albo w sposobie jej wystawienia, żeby ich zachęcić. Co robimy, kiedy widzimy, że uczniowie uciekają ze szkoły? Nic. Nie słuchamy ich głosu. Trzymamy dyscyplinę i każemy dzieciom uczyć się tego, co my dla nich wybraliśmy, i w sposób, jaki dla nas jest wygodny. To jest droga donikąd.

Po co szkoła w XXI wieku?

Szkoła powinna kierować uczniów tak, żeby zaspokajali swoją ciekawość. Najważniejsze, żeby zrozumieli oni, co ich interesuje. Jakie są ich pasje, w czym mogą być dobrzy. Ważniejsza od wyuczenia się konkretnego materiału jest w dzisiejszym świecie umiejętność wykreowania dla siebie pracy. Nie jako przygotowanie do konkretnego zawodu, ale jako gotowość zmierzenia się z niepewnością jutra, ze zmiennym rynkiem pracy, z perspektywą, że trzeba wymyślać siebie na nowo niejeden raz.

 

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!