Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Wiele osób spośród naszych Czytelników i Czytelniczek wybiera tradycyjną drukowaną wersję kwartalnika, ale są także tacy, którzy coraz częściej korzystają z nośników elektronicznych. Dlatego wprowadzamy cyfrową wersję „Przekroju”. Zapraszamy do wykupienia prenumeraty, w której ramach proponujemy nieograniczony dostęp do aktualnych i archiwalnych wydań kwartalnika.

Ci z Państwa, którzy nie zdecydują się na prenumeratę, będą mieli do dyspozycji bezpłatnie 3 „Przekrojowe” teksty oraz wszystkie rysunki Marka Raczkowskiego, krzyżówki, recenzje, ilustracje i archiwalne numery z lat 1945–2000. Zapraszamy do lektury!

wykup prenumeratę cyfrową
Przekrój
Choruję na dziwne choroby – gdzie szukać ratunku? Jak zatrzymać rywalizację w związku? Czy jestem ...
2018-11-23 08:00:00
ludzie listy piszą

Choroby, taniec, matka

ilustracja: Karyna Piwowarska
Choroby, taniec, matka
Choroby, taniec, matka

Choruję na dziwne choroby – gdzie szukać ratunku? Jak zatrzymać rywalizację w związku? Czy jestem odpowiedzialna za swoją matkę?

Choroby

Pani Profesor,

zdarza mi się chorować na dziwne choroby, w sensie trudne do zdiagnozowania i to raczej poważne. A to pojawiają mi się na skórze dziwne plamy, znamiona, bolą, swędzą, nikt nie potrafi zdiagnozować i pomóc. A to dziwne bóle. Nagła utrata wagi ciała. Bezsenność. Nawet przeszłam psychoterapię, bo mi wszyscy mówili, że to tak zwana psychosomatyka, że ciało odpowiada na trudne emocje. No to przewaliłam na terapii dzieciństwo, zmierzyłam się z rodzicami, zaglądałam w stare rany, czyściłam. Żyje mi się lepiej, nie ukrywam, ale dziwne choroby mnie atakują. Czasami wydaje mi się wręcz, że wariuję. Ale potem robię badania i okazuje się, że moje ciało faktycznie coś rozwala. W nocy śni mi się muzyka, odwiedzają mnie dziwne stworzenia w tych snach, czasami budzę się, jakbym rowy kopała, czasami jakby mnie ktoś na rękach nosił po całym świecie. Nie wiem już, gdzie szukać pomocy. Panie wie?

Magda Sz. z Darłowa, 43 lata

Szanowna Pani,

nie jestem lekarką i w tej materii nie podejmuję się najmniejszego nawet poradnictwa. Gdy boli, gdy wyniki są złe, to należy iść do specjalisty, zrobić badania. Ale to już Pani wie. Tymczasem chcę Pani opowiedzieć o przodkach. To, co w naszej kulturze nazywamy nieświadomością, niektóre afrykańskie plemiona nazywają przodkami, duchami. Można użyć innych słów: podświadomość zbiorowa, cień, treści wyparte, archetypy. Słowa nie mają wielkiego znaczenia, można do nich przylgnąć i wpaść w określony system wierzeń, ale można też użyć ich jako kierunkowskazu. Ci, dla których ciało jest absolutnie związane z emocjami i duchem, traktują chorobę jako zburzenie równowagi na wszystkich bądź jednym z tych poziomów: ciało, emocje, duch. W tym znaczeniu choroba staje się mówcą. Choroba ma swojego ducha. Choroba nadaje określony komunikat. Zazwyczaj to bolesny komunikat, czasami związany ze strachem, dyskomfortem, cierpieniem. Przywykliśmy reagować na ból niechęcią, ucieczką, odwracać od niego oczy, tłumić go, zabijać, znieczulać albo wyciągać lekcje z przeżytego bólu czy cierpienia. Inna droga polega na wsłuchaniu się w chorobę, jej ducha – nie po to, by mu ulec, ale poszukać we własnej przestrzeni, własnych relacjach, emocjach i otoczeniu tego, co domaga się równowagi. Sny potrafią być równie ważne i donośne co jawa. Choroba może być większym błogosławieństwem od zdrowia. Przodkowie czy też podświadomość mogą się od nas domagać zmiany, która przyniesie zdrowie. Jeśli tak jest, rekomenduję samotne i długie spacery do dzikiego lasu, rezerwatu, puszczy, najlepiej nocą. Chodzi o spacer do miejsca, w którym przodkowie czy też podświadomość swobodnie grasują. Czasami jednak cygaro jest tylko cygarem, a choroba jest po prostu chorobą, która domaga się odpowiednio dobranego lekarstwa. O tym również proszę pamiętać.

Taniec

Szanowna Pani,

podobno nie potrafię tańczyć, co nie może być prawdą. Może to niby nie jest problem dla profesorowej, ale zaczęło się siedem lat temu. Mój partner powiedział mi, że nie umiem tańczyć. Udałem, że spływa to po mnie i nie schodziłem z parkietu przez jakieś pięć godzin. Wszystko mnie potem bolało. W nocy płakałem, trochę z bólu, trochę od zakwasów, trochę z przepicia, a trochę dlatego, że poczułem się urażony. Następnego dnia urządziłem stosowną awanturę. Żyjemy razem prawie dwie dekady, ale od tamtej kłótni coś się zmieniło. Otóż ja całe życie uważałem, że tańczę nie tylko dobrze, ale wręcz wybornie. Mój partner zasugerował mi – gdy już się pogodziliśmy – żebym poszedł na kurs tańca. Zaniemówiłem, straciłem oddech, chciałem go zdzielić, ale tylko się obraziłem. Na kurs w końcu poszliśmy razem. Taniec współczesny, tango, salsa, a w końcu gaga, a nawet hip-hop. Znajomi mówili, że terapia wyszłaby nam taniej, no ale już za daleko zaszliśmy. Mój partner śmie twierdzić, że tańczy teraz lepiej ode mnie. Startujemy w różnych konkursach i jurorzy są różnego zdania. Moja wiara w to, co potrafię i kim jestem, została naruszona. Pomyślałem, że aby pokonać mojego partnera, pojadę na półroczny kurs do Ameryki – on marzy o tym wyjeździe, ale nie może rzucić pracy. Ja niby też, ale jestem bliski, by to zrobić. Chodzi jednak o to, że wcale nie chcę tam jechać. Jestem wykończony, taniec nie sprawia mi już radości, przypomina najgorsze negocjacje i obrazy wojny. Chciałbym cofnąć czas o siedem lat. Co teraz?

Adam D. z Warszawy, 34 lata, tancerz

Szanowny Panie,

teraz proszę wziąć głęboki oddech. A później poszukać odpowiedzi na pytanie o to, co tak bardzo ekscytującego jest w rywalizacji? Proszę pośpiesznie jej nie przekreślać, nie twierdzić, że sieje tylko spustoszenie w związku. Skoro od siedmiu lat rywalizujecie Panowie, oznacza to, że muszą z tej rywalizacji płynąć konkretne profity. Nie lekceważę Pana zmęczenia i zmiany uczuć względem tańca. Ale dopóki nie dowie się Pan, po co rywalizuje, i nie znajdzie innej, konstruktywnej drogi, by osiągnąć cele, które przynosi rywalizacja – nic się nie zmieni. Proszę również nie wygłupiać się i nie jechać tam, gdzie Pan nie chce. Czasu Pan nie cofnie, ale może się Pan zatrzymać. Czasami, gdy przestajemy widzieć osobę, z którą jesteśmy, zaczynamy wierzyć w to, że ją znamy. A prawda jest taka, że dopóki kocham, to nie znam, dopóki kocham, cały czas odkrywam. Zdaje się, że Pan o tym zapomniał.

Matka

Pani Profesorowa,

martwię się o moją matkę, a chciałabym pójść na studia. I raczej nie pójdę. Ona mnie wychowała, poświęciła mi całe swoje życie. Nie pamiętam taty, bo umarł, jak byłam mała, czasami go sobie wyobrażam. Żyjemy same. Jak spóźnia się z pracy nawet kilka minut, to bardzo się martwię, czy wszystko z nią dobrze, nauczyła mnie punktualności i jestem dla niej najważniejsza na świecie. Zwierza mi się, nazywa przyjaciółką i potrzebuje ze mną spędzać sporo czasu. Nie chcę nic złego na matkę powiedzieć, ale chciałabym iść na studia, próbowałam z nią o tym porozmawiać, ale nie udało się, bo ona zaraz zaczyna płakać. Wiem, że boi się zostać sama, bo nie radzi sobie z samotnością, musiała mi wszystko poświęcić i zająć się mną, jak umarł tata. Zastanawiam się, co najgorszego mogłoby się jej stać, gdybym jednak wyjechała na studia, i pewnie nie przeżyłabym tego, gdyby na przykład dostała zawału. Ale wie Pani, bardzo bym chciała pojechać na studia i to do innego miasta, zamieszkać w akademiku, z rówieśnikami, czasami o tym marzę. Tylko czuję, że mi nie wolno.

Karina D. z Bydgoszczy, 18 lat, uczennica

Szanowna Pani,

rozumiem, a przynajmniej tak mi się wydaje. To, co Panią spotkało, można nazwać związaniem emocjonalnym. Życie, wliczając w to Pani matkę, wymusiło na Pani przyjęcie roli, która nie jest i nie powinna być rolą dziecka. Część z Pani zdaje się odgrywać rolę mamy własnej matki. Znamienne wydaje mi się również, że właśnie tego, adekwatnego słowa Pani używa: matka. Rozumie Pani, widzi ją, odgaduje jej potrzeby, emocje, reaguje na to, co się z nią dzieje. Przyjęła Pani na siebie odpowiedzialność, która brzmi jak poczucie winy za to, że Pani matka została bez męża. Niech będzie dla Pani jasne: nie jest Pani odpowiedzialna za zdrowie i życie Pani matki. A Pani matka nie musiała wcale wszystkiego Pani poświęcać, dokonała wyboru. Z Pani listu wyłania się faktycznie obraz osoby, która bardzo dużo poświęca – ale to Panią mam na myśli, Pani emocje, Pani młodość. Jestem stara i przez wiele lat mierzyłam się z własną matką, dlatego pozwolę sobie napisać, że na Pani miejscu byłabym zła za to związanie emocjonalne, za ten brak wolności w wybraniu własnej drogi życiowej. Jeśli Pani matka boi się zostać sama i boi się samotności, to znaczy, że podziela uczucia większości ludzi – ci dojrzali mierzą się z nimi, proszą o pomoc swoich dojrzałych przyjaciół lub specjalistów. Proszę jechać na studia i proszę żyć swoim życiem. Czasami łatwiej odzyskać własną wolność, ale też spokój, gdy poprosi się o pomoc inną osobę, tak jak poprosiła Pani mnie. Mam na myśli profesjonalną psychoterapeutkę, taką, która pracuje w dobrym, renomowanym ośrodku i superwizuje swoją pracę – proszę rozważyć ten pomysł, by dostać wsparcie. Powodzenia na studiach!

 

Na listy odpowiada prof. filozofii, antropologii i psychologii - Janina Bełkotska, laureatka Nagrody Nobla za moralną diagnozę świata w książce Moje wszystkie odpowiedzi.

 

Pytania do pani profesor proszę słać pod adresem: robert.rient@gmail.com

Data publikacji:

Robert Rient

Urodzony w Szklarskiej Porębie, dziennikarz i pisarz, autor reportażu „Świadek” wydanego również w Ameryce, powieści „Duchy Jeremiego” i książki „Przebłysk. Dookoła świata – dookoła siebie”. Twórca przekrojowych cykli: „Letnie oświecenie”, „Istoty rzadziej spotykane” i „Ludzie listy piszą”. Więcej na www.erient.info

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!