pixel Page 18FCEBD2B-4FEB-41E0-A69A-B0D02E5410AERectangle 52 Przejdź do treści

Szanowni Państwo!

Chcielibyśmy – na tyle ile to możliwe – umilić Państwu ten trudny czas, dlatego w dniach 20 marca – 20 czerwca udostępniamy wersję cyfrową wiosennego numeru bezpłatnie dla zalogowanych użytkowników. Zapraszamy do czytania i słuchania audio z bieżącego numeru! Przeczytaj wiosenny numer

W związku z zamknięciem wielu punktów sprzedaży prasy, zapraszamy do kupienia papierowej wersji numeru wiosennego w cenie okładkowej, bez dodatkowych kosztów przesyłki. Kup wiosenny numer

Przekrój
Pod koniec XIX wieku Nietzsche ogłosił „śmierć Boga” jako koniec nieśmiertelności i dodał, ...
2020-05-18 00:00:00
Destroix

Chcesz nieskończoności? – rozmowa z Agatą Bielik-Robson

Agata Bielik-Robson, fot: Cezary Michalski
Chcesz nieskończoności? – rozmowa z Agatą Bielik-Robson
Chcesz nieskończoności? – rozmowa z Agatą Bielik-Robson
Czyta się 22 minuty

Maciej Stroiński: Od naszej ostatniej „rozmowy prasowej” („Tygodnik Powszechny” z czerwca 2019) wiele się podziało, choćby Harold Bloom nie żyje, i od niego chciałbym zacząć, mam bowiem wrażenie, że wraz z jego życiem kończy się coś więcej. Był twoim prawdziwym mistrzem i napisałaś mu piękne pożegnanie w „Dwutygodniku”. Wcześniej, oczywiście, pierwszą o nim większą książkę w języku angielskim (The Saving Lie), co zresztą ciekawe, że nikt w Ameryce przed tobą tego nie zrobił. Jaki jest świat bez Harolda Blooma, a już szczególnie – jakie są uczelnie?

Agata Bielik-Robson: Moi krytycy też to zauważyli – że jedyną dużą monografię na temat Blooma napisał ktoś spoza amerykańskiej Akademii, i to wtedy, gdy sam Bloom już wypadł z jej łask i stał się wygodnym chłopcem do bicia kampusowej lewicy kulturowej, która zrobiła z niego chochoła liberalnego kultu jednostki. Nie ukrywam, że liberalny kult jednostki zawsze był – jest i będzie – bardzo bliski memu sercu, więc wzięłam Harolda w obronę, bo nie miałam nic do stracenia. Dla mnie śmierć Blooma ma charakter symboliczny: to koniec pewnej epoki – epoki intelektualnego indywidualizmu, poczucia, że jednostkowość, która nieuchronnie musi być kontrowersyjna, jest czymś najważniejszym w dziedzinach zwanych humanistycznymi. Dziś nastaje era konformizmu i cynizmu, instynktownej potrzeby przynależenia do grupy, która zapewni tożsamość i ochroni przed napaściami z obcej bańki. Dla humanistyki to podzwonne: w miejsce „nauk o duchu”, do których należała kiedyś i filozofia, i teoria literatury, wchodzą nauki wzorowane na dyscyplinach empirycznych i przyrodniczych: socjologia, psychologia społeczna, kognitywistyka itp., które traktują pojedynczy podmiot i jego idiosynkrazje jako iluzję albo anomalię. Trudno mi się w tym odnaleźć.

Gdy się nie jest w żadnej bańce – jak Harold Bloom właśnie, który lojalnie unikał „hańby adaptacji” – to się dostaje po głowie z każdej… Trochę mi to przypomina sytuację homo sacer: człowieka poza nawiasem, który tyle jeszcze ma, że żyje, a i to niepewne, w każdej bowiem chwili można nawet to mu zabrać. Nie wydaje ci się, że w tym stanie wyjątkowym, jaki nam zgotował wirus, to, co nam zostaje, to jest właśnie „nagie życie”? Nagle chodzi tylko o to: mieć co jeść, gdzie mieszkać i nie zachorować. Cała nadbudowa – jak np. wolność – stała się mniej ważna. Tak powiedziałby Agamben, który z drugiej strony ostatnio trochę przesadził.

Tak, Agamben mocno się wygłupił, wszem wobec ogłaszając, że wirusa nie ma albo że jest on w istocie zupełnie niegroźny i służy tylko za pretekst do wprowadzenia jeszcze głębszego stanu wyjątkowego przez zachodnie rządy, które tylko udają, że są za wolnością. Gdyby był w tym jeszcze oryginalny, ale nie: na początku lat 80. ten argument zastosował Michel Foucault, w dużej mierze mistrz Agambena, przeciw istnieniu wirusa HIV. Tak samo jak Agamben twierdził, że AIDS jako choroba odwirusowa została wymyślona, żeby być narzędziem walki z mniejszością homoseksualną. Po czym sam na AIDS zmarł, leczony przez „instytucję kliniczną”, w której wcześniej widział tylko przejaw opresyjnej władzy. Zaczęłam od pochwały humanistyki z całą jej apoteozą prywatnej idiosynkrazji, ale tu, zdaje się, muszę wprowadzić pewną korektę: niekiedy te idiosynkrazje zderzają się z zasadą rzeczywistości i ponoszą śmiertelną – dosłownie – klęskę. Upatrywanie w wiedzy wyłącznie władzy, a w oświeceniu jedynie instrumentu „ujarzmienia” – przypadek Foucaulta, ale też Agambena – to ślepa uliczka. A raczej, ślepa aleja, bo to wcale nie jakiś nieważny zaułek, ale szeroka droga, na którą wkroczyła ogromna masa ludzi przekonanych, że oświeceniowe elity ich oszukują, tak naprawdę tylko wspierając swoje eksperckie panowanie. Od wyrafinowanych podejrzliwych konceptów Foucaulta do tępych teorii spiskowych w stylu antyszczepionkowców jest tylko jeden krok; wystarczy zwykłe „zstąpienie pod strzechy”. Z tego, co wiem, u nas także jakaś część młodych anarchizujących wyznawców Agambena postanowiła rzucić wyzwanie rzeczywistości i łamać wszystkie pandemiczne zakazy, czym następnie chwaliła się na Fejsie.

Ale z drugiej strony – bo przecież mowa świata nigdy nie jest prosta – jest coś na rzeczy w podejrzeniu, że władza może zechcieć wykorzystać ten biopolityczny skarb, jakim jest pandemia, i podkręcać obostrzenia, które w normalnych warunkach napotkałyby na obywatelski protest. Jakoś nie zauważyłam, by działo się to w liberalnych krajach Zachodu, nad którymi od lat pastwi się Agamben, ale z pewnością dzieje się tu, w Polsce, gdzie wciąż atrakcyjny okazuje się model wschodniej satrapii i zamkniętego państwa narodowego. Weźmy choćby zatrzaśnięcie granic, w Polsce znacznie bardziej szczelne niż w innych krajach europejskich, które już powoli zaczynają się otwierać. Nie byłoby takie, gdyby nie ziszczało zamordystycznego marzenia posła Kaczyńskiego, który najchętniej odizolowałby nas wszystkich tutaj od miazmatycznych zachodnich wpływów. Polska w pandemii to klasyczny przykład kapryśnej władzy biopolitycznej, żerującej na życiu obywateli: zrobi swoje pseudowybory, by pozostawić u steru własnego prezydenta, bo to rzekomo bezpieczne, ale granic nie otworzy, bo to rzekomo niebezpieczne. W tym też sensie Agamben i Foucault mają trochę racji: wszystko jest polityczne, także koronawirus, a im bardziej autorytarny rząd, tym większą ma ochotę na ogrywanie pandemii we własnym interesie.

A co do „nagiego życia”… To chyba jednak gruba przesada: czy istotnie mamy do czynienia z tak wielkim zagrożeniem, że porzucamy wszystko – całe nasze „życie kulturowe” z jego wartościami i ideałami – by już tylko przeżyć? No chyba nie. Raczej martwimy się o to, co z tym naszym stylem życia będzie po pandemii, bo jej skutki pośrednie to wielka niewiadoma. Większość z nas nie drży o życie, bo tylko niewielki procent zakażonych umiera – większość z nas drży o styl życia, który przyjdzie jej zmienić, a jeszcze nie wie jak i na co. To ta niepewność napawa nas lękiem. Istota ludzka najbardziej boi się całkiem otwartej przyszłości – stąd te ciągłe dziś proroctwa, które deklamują scenariusze zmiany, tak jakby faktycznie można było je przewidzieć: „Kapitalizm się skończy!” (akurat, marzenie ściętej głowy), „Ekologia się zacznie!” (właśnie na naszych oczach się skończyła: miliony plastikowych rękawiczek tańczą po ulicach), „Nie będzie szynki!” (nie mają szynki? niech jedzą salceson – jak by powiedział Marcin Król, parafrazując francuską królową). Może już wrzućmy na luz z tym lękowym zaklinaniem przyszłości i spróbujmy się nieco otworzyć na niewiedzę? Wiem, że nic nie wiem – nigdy wcześniej ta wyświechtana sokratejska fraza nie przemawiała do mnie mocniej.

Jak jest teraz z twoją misją, by tak rzec, publiczną, z rolą tzw. pundit, osoby opiniotwórczej? Co opuścisz świat „dyskursu”, strefę komfortu myśli spekulatywnej, to zaraz ktoś twoim argumentem, np. młoda lewica, dostaje pomiędzy oczy i już sam nie wie, jak by ci tu oddać. Po słynnym wywiadzie, który zrobił z tobą red. Sroczyński, a w sumie jeszcze w tym wywiadzie, zapowiedziałaś, że koniec z bieżączką, a niech się pozabijają! Wiem, że ciężko polemizować z autorami memów, bo to jak gadać ze ścianą, ale jak nie ty, to kto? Hejterzy są najgłośniejsi, jednak ci, którzy myślą podobnie do ciebie, bynajmniej nie są nieliczni, tylko mniej gardłują.

Też mi się tak wydaje: ludzie, których można by nazwać poczciwymi normalsami, to milcząca większość. Jak kiedyś powiedział Yeats, jeszcze pod koniec lat 20. XX wieku, kiedy demokracja dopiero wkraczała w erę powszechnej debaty publicznej: „Najlepszym brakuje przekonania, najgorszych przepełnia mordercza pasja”. Polemizowanie z hejterami i memowymi szydercami ma tyle samo sensu, co udział w kopertowej farsie wyborczej: z góry wiadomo, kto „wygra”, bo gra jest od początku ustawiona. I tak samo, jak nie miałam wątpliwości, że tę komedię pseudowyborczą trzeba zbojkotować, tak też bojkotuję tę formę nieporozumiewania się, jaką jest cała ta sfera ćwierku i świergotu, która faktycznie bardziej przypomina odgłosy królestwa zwierzęcego niż ludzką kulturę. Więc nie, nie będę z tym polemizować – bo jak? Z argumentów zostają nici: tylko jakieś pojedyncze słówka, frazy wyjęte z kontekstu, które wszystkie można obśmiać, bo wypowiedział je „wróg”. To koniec demokracji deliberatywnej, bo ta opiera się na zasadzie, że nie ma wrogów śmiertelnych, są tylko przeciwnicy, z którymi się debatuje. A kiedy debata ustaje, wszyscy stają się potencjalnymi wrogami – czyli wraca stan natury, w którym, jak mówił Hobbes, trwa „wojna wszystkich przeciw wszystkim”. Cała moja myśl filozoficzna od zawsze sprzyjała wyjściu człowieka ze stanu natury, więc nawet nie wiem, jak mam w tym regresie uczestniczyć. Też mam zacząć ćwierkać i szczekać, i w ten sposób skłaniać ludzi, żeby znów przemówili ludzkim głosem? Zostaje więc tylko bojkot, choć tu niestety boleśnie sprawdza się zasada, że nieobecni głosu nie mają i kiedy milczą, to tak jakby faktycznie brakowało im przekonania. Gdzieś tam jednak w głębi tli się we mnie niewielka, ale jednak nadzieja, że kiedyś milcząca większość się zbuntuje i na dobre porzuci te fejsowo-tweetowe igrzyska – a wtedy gladiatorzy będą się naparzać przy pustej widowni. Oby, bo żadna demokracja takiej degeneracji sfery publicznej nie jest w stanie przetrwać.

W rozmowie z Piotrem Augustyniakiem zapytałem go o ciebie i, jeśli pozwolisz, tobie chciałbym zadać symetryczne pytanie – o Piotrka. Teraz was już łączy nie tylko filozofia, nie tylko filozoficzna teologia, ale również teatr: on debiutował dramaturgią Hamleta w „Teatrze w Krakowie”, Ty w programie słynnej Halki wiedeńsko-warszawskiej w reżyserii Trelińskiego (w programie Hamleta również). Plus czasem debatujecie w Teatrze Słowackiego, w cyklu Sztuka Myślenia. Desant filozofów w dziedzinę teatru? I czy czytałaś książkę Piotrka o „burzeniu polskiego kościoła” u Wyspiańskiego? Ja nie, ale recenzowałem ją w „Znaku”.

Jak to, nie czytałeś, a recenzowałeś? (śmiech) Piotra bardzo sobie cenię i chętnie go czytam. Choć nasze źródła są bardzo odmienne (ja raczej zawsze kontestowałam i Heideggera, i Czarka Wodzińskiego, którzy Piotra filozoficznie ukształtowali), to już wiele z naszych diagnoz okazuje się zbieżnych. Zdecydowanie połączył nas wątek polskiego tanatyzmu czy wręcz tanatofilii, czyli umiłowania śmierci, które ja opracowałam teoretycznie w dwóch książkach, w Na pustyni i w Errosie, a Piotr udatnie zastosował do Polski jako wielkiego teatru martyrologii: permanentnego widowiska śmierci i kultu trupa. W czym, rzecz jasna, Wyspiański ma swój niemały udział. O moim desancie na świat teatralny raczej jednak mówić nie sposób: choć uczę w warszawskiej Akademii Teatralnej (mam tam zajęcia na temat źródeł nowoczesności) i okazjonalnie współpracuję z różnymi reżyserskimi projektami, jak choćby ten w Teatrze Słowackiego czy „Projekt Mieszczanie” Komuny Warszawa, to nie jest to ścisła więź. Moim żywiołem pozostaje teoria.

Nieczytane książki recenzuję sercem. <3 À propos tanatyzmu. Odniosłem wrażenie, że cała sytuacja z koronawirusem w wielu osobach wzbudziła, oprócz przerażenia, również spore podniecenie, niezdrową jakąś podjarkę, tremendum et fascinans. Oto jest wreszcie ta wielka Historia, Wydarzenie, wielka Polityka. Jak w małym miasteczku: wreszcie COŚ SIĘ DZIEJE. Coś podobnego obserwujemy zawsze przy okazji widowiskowych zgonów, por. Jan Paweł II i por. Smoleńsk. Jakbyśmy naprawdę żyli i najintensywniej wyłącznie w obliczu śmierci. Czy to z tym polemizujesz, mówiąc (w tym też zaraz po Smoleńsku) o „tanatopolityce”? Może to się da wyjaśnić jak jakieś kulty pierwotne, właśnie pojęciami typu mysterium tremendum?

Bez wątpienia wiele w tym archaicznego sacrum, takiego rodem z Mircei Eliadego, ale równie wiele, jeśli nie więcej, z kultury historycznej, w której żyjemy, opartej na linearnym schemacie dziejów, od stworzenia świata do jego końca. To właśnie ten koniec – Dni Ostatnie, eschaton, apokalipsa – tak silnie oddziałują na naszą nie całkiem jeszcze świecką wyobraźnię. Jesteśmy już w trzecim millenium i wedle apokaliptycznych zapowiedzi nasz czas już się skończył: każdy kolejny rok jest na kredyt. W zasadzie nie powinno nas być i ten uparty schemat myślowy nakłada się na nasze postrzeganie świata, przesycone apokaliptyzmem – tak ekologicznym (planeta umiera), jak politycznym (demokracja umiera). Nie lubię myślenia w trybie apokalipsy, ten element mojego religijnego dziedzictwa zawsze mnie odstręczał, więc staram się zachowywać trzeźwość i odcedzać fakty od mrocznych eschatologicznych klisz, ale nie jest to łatwe. Koronawirus odpalił kolejne lęki Dni Ostatnich, wygląda jednak na to, że to jeszcze nie koniec. Na chwilę wszyscy staliśmy się prepersami, którzy przygotowują się na pankataklizm, co moim zdaniem pokazuje tylko jedno: wszyscy nieświadomie czekamy na katastrofę. To apokaliptyczne oczekiwanie jest w nas tak głęboko wpojone, że narzucamy je automatycznie każdemu wydarzeniu, które nam zagraża. Tymczasem COVID-19 to wyzwanie – nie zapowiedź końca.

I jest to wyzwanie nie tylko dla medycyny, ale również dla myślenia? Choć nie chciałbym sugerować, że medycyna to jakaś bezmyślność, więc powiedzmy tak: wyzwanie dla filozofii?

To na pewno. Bo też pojawiło się coś zupełnie nowego, a tym razem z zupełnie świeckiej flanki: poczucie absolutnej śmiertelności. Ludzkość zachodnia nigdy wcześniej nie miała się lepiej w życiu doczesnym (im bardziej narzeka na forach internetowych, tym bardziej potwierdza, że czuje się w pełnym prawie do dobrobytu), a jednocześnie nigdy dotąd nie negowała tak powszechnie zaświatów (nawet jeśli deklaruje się jako wierząca: badania nad religijnością dobitnie pokazują, że dziś największe wątpliwości budzi wizja życia pośmiertnego). W rezultacie zostaje nam tylko to życie, tu i teraz, skończone – najprawdopodobniej bezpowrotnie. Mamy więc bardzo dużo do stracenia i zaczynamy się bać, że śmierć nam to odbierze, już nic nie dając w zamian. Pod koniec wieku XIX Nietzsche, który ogłosił „śmierć Boga” jako przede wszystkim obietnicy nieśmiertelności osobowej, powiedział też, że ludzkości zajmie jakieś sto lat, zanim ta wiadomość do wszystkich dotrze i zacznie zbierać egzystencjalne żniwo. No i miał rację. Teraz to się właśnie dzieje na naszych oczach: ludzie odkryli, że umierają naprawdę, śmiercią prawdziwą i nieodwracalną. Czytałam ostatnio dużo polskiej poezji, w związku z tym, że uczestniczę w jury Nagrody Literackiej Gdynia. I mnóstwo tam o tej właśnie śmierci, po której nie pozostaje nic. Choćby takie zdanie Macieja Roberta, młodego łódzkiego poety: „Jestem poważnie śmiertelny”. Otóż to: śmiertelność to teraz sprawa najwyższej wagi. Nic więc dziwnego, że każde zagrożenie – a koronawirus takim jest – wzmaga te śmiertelne lęki. To już coś więcej niż diagnozowane przez Ulricha Becka „społeczeństwo ryzyka”, w którym najwyższą stawką jest bezpieczeństwo; to społeczeństwo radykalnej skończoności, w którym stawką okazuje się ocalenie życia, choćby nawet tak „nagiego” jak w wizji Agambena, o którym wspomniałeś. Nasze krótkie i niepewne istnienie, ta vita breva, którą filozofia zachodnia – i ta od Platona, i ta od Augustyna – odrzucała dotąd jako niegodną wszelkiej duchowej inwestycji, dziś jest naszym jedynym skarbem. A to ma swoje poważne konsekwencje: bezpieczeństwo staje się wówczas wartością nadrzędną, wyższą ponad wolność. Każdy z nas teraz mocno kalkuluje, zanim rzuci się w wir walki.

Czy myślisz, że epidemia już na stałe zmieni temat debaty publicznej? Wcześniej dużo było mowy o ruchu kobiecym, który teraz trochę przycichł – tak jak wszystko inne. Jak się odnajdujesz w „czwartej fali feminizmu”, jeśli tak można ją nazwać, w każdym razie – w tej najnowszej fali, która najwyraźniej porzuciła gender i różnicę seksualną rysuje twardym ołówkiem, bardzo antagonistycznie. Flagową książką tej myśli jest Men Explain Things to Me Rebekki Solnit.

Myślenie prostymi antagonizmami jest… no właśnie, prostackie. Nic nie mam do Rebekki Solnit, bo doświadczenie mansplainingu zna każda kobieta i zjawisko to kwitnie sobie w najlepsze nawet w najbardziej postępowych kręgach, gdzie dziś każdy facet feminista objaśnia mi ex cathedra, czym powinien być feminizm i dlaczego nie mam o nim pojęcia(śmiech). Ale moje serce jest po stronie gender, czyli płynnej płci kulturowej, jaką zamarzyła sobie Judith Butler, pisząc Gender Trouble [polski tytuł: Uwikłani w płeć –przyp. red.], gdzie tytułowy „kłopot” należy rozumieć pozytywnie: tak, jesteś człowiekiem, więc to oczywiste, że masz kłopot ze swoją seksualnością – to ogólnoludzka, uniwersalna kondycja, z którą trzeba umieć się zderzyć. W sumie to piękny hymn na rzecz nietożsamości i nie mogę się nadziwić, że stał się fundamentem tych nader licznych i rozproszonych identity politics, które całkiem zrezygnowały ze wspólnego języka i zamiast pogodzić się z ideą płynnego spektrum genderowego, tną je na coraz to mniejsze kawałki, dodając kolejną literę do LGTBQIA+ (plus potencjalnie w nieskończoność). Tu znów wkracza logika usztywnienia, która podkreśla różnice i antagonizmy, co niekoniecznie leżało u podstaw tej płciowej dekonstrukcji, którą stworzyła Butler. W ogóle wszystko za bardzo się upraszcza, tak jakbyśmy szykowali się do wielkiej wojny, gdzie istotą jest podział: my – oni, przyjaciel – wróg. Ach, gdzie się podziała nasza piękna ponowoczesność! Jakże ja tęsknię za Derridą i jego dzieleniem włosa na czworo…

Tęsknisz za Derridą, no to napisz o nim książkę! Co, jak wiemy, czynisz. W zeszłym roku mówiłaś, że piszesz, i jak idzie, że zapytam? Faktycznie Derridzie wszystko można zarzucić, lecz nie uproszczenia – same tylko utrudnienia, sama „praca komplikacji”. Jest jak w Nowym Testamencie: żydowskie „dzielenie włosa na czworo” kontra chrześcijańskie „tak–tak, nie–nie”. Jak się domyślam, wywód o Derridzie pójdzie torem teologicznym?

Jak najbardziej i – jak zawsze, podejście kryptoteologiczne to już moja stała sygnatura. Książkę powinnam skończyć tego lata, a potem już jestem umówiona na szybki druk z Wojciechem Ornatem z krakowskiej Austerii, gdzie bardzo będzie pasować swoją marańsko-żydowską tematyką. Piszę w niej o Derridzie jako samozadeklarowanym maranie – czyli Żydzie wcielonym w kulturę chrześcijańską – który czyni z kondycji marańskiej, omijającej proste przynależności i proste drogi (czyli ortodoksje właśnie), uniwersalną podstawę swojej filozofii nietożsamości. Tu jednak nie chodzi tylko o politykę, stawka jest większa – to wręcz cała nowa metafizyka nietożsamości, gdzie nic nie ma swojego dookreślonego imienia, od Boga począwszy, a na źdźble trawy kończąc. Piszę tę książkę z wielką przyjemnością, także jako lekarstwo na siermiężne dyskursy naszej nowej totalnej mobilizacji, gdzie nikt nie żałuje róż, kiedy płoną lasy. Tymczasem u Derridy bardzo ważny jest właśnie wątek pojedynczej róży jako symbolu jednostkowego istnienia: od Anioła Ślązaka po Jeana Geneta.

A schodząc z wyżyn teorii na tzw. życie: widziałaś serial The Crown? To mnie fascynuje: w czasach populizmu wielka popularność opowieści o arystokracji. Z jednej strony angielska monarchia jest żywym skansenem, z drugiej – Elżbieta jest naprawdę królową, więc to nie jest skansen, tylko rzeczywistość. Uwielbiam ten serial, z tą ich całą pompą, powiedziałbym „barokiem”, gdyby to był barok; uwielbiam, ale ja nie jestem i nigdy nie byłem człowiekiem postępu. Jak dla mnie monarchia – spoko, choćby ze względów estetycznych. Ty pracujesz w tej monarchii. Jak wielu rodaków najzwyczajniej „robisz w Anglii”.

Tak, ale choć lubię Elżbietę II, to do samej monarchii mam stosunek dość ambiwalentny, podobnie jak do brytyjskiej arystokracji, bo ja raczej jestem człowiekiem postępu, tyle że nie uważam, by nośnikiem postępu był lud (to fantazmat lewicy), lecz liberalna klasa średnia, która w erze nowoczesnej zrobiła wszystkie udane rewolucje, od tej Cromwellowskiej począwszy. Owszem, obejrzałam wszystkie sezony The Crown, z wielkim uznaniem zwłaszcza dla brytyjskich aktorów, którzy są najlepsi na świecie (dla mnie cudowne są obie Małgorzaty: ta młoda grana przez Vanessę Kirby i ta starsza grana przez Helenę Bonham Carter), ale też w trakcie oglądania tego serialu uświadomiłam sobie, jak bardzo Korona przyczyniła się do podtrzymania wśród Brytoli mylnego mniemania, że nadal są potęgą kolonialną, podczas gdy w rzeczywistości nią być przestali. Dzisiejszy brexitowy populizm jest wciąż częścią tej iluzji, tak umiejętnie przez lata podtrzymywanej przez monarchię. Sojusz ludu z arystokracją, też w dużej mierze probrexitową („A co Unia kiedykolwiek zrobiła dla Wielkiej Brytanii?” – to słynne pytanie królowej sprzed kilku lat), przeciw kosmopolitycznemu mieszczaństwu to na Wyspach stary układ, który często daje o sobie znać. Mogę się więc estetycznie dać uwieść królowej i jej pięknej angielszczyźnie, ale jednocześnie wiem, że to formacja raczej przeciwna moim interesom. Co nie znaczy, że od razu muszę sympatyzować z brytyjskimi republikanami. Tak jak ekologia zaleca, by w naturze chronić bioróżnorodność, tak ja skłaniam się ku tezie, że podobny rodzaj biodiversity sprzyja też ludzkim społecznościom, które pod wpływem odróżnicowania zwykle zamieniają się w dziki i agresywny tłum (to lekcja z Renégo Girarda, którego uważam za najgłębszego znawcę zachowań społecznych, zdecydowanie za mało dziś znanego i używanego wśród tak zwanych psychologów społecznych).

Girarda trzeba by w ogóle na nowo przełożyć i na nowo wydać, i chętnie bym to zrobił, gdybym lepiej umiał po francusku. Wielki teoretyk zachowań społecznych i społecznościowych: wspaniale tłumaczy to, co obecnie dzieje się na Fejsie, ten cały kocioł przemocy naśladowczej, zbiorowego uderzania w arbitralnie obranego wroga. Widział to już w Ewangelii i opisał przed nastaniem czasu Internetu. Which reminds me… Kiedyś byłaś jedną z idolek młodej warszawskiej lewicy, środowiska „KP” itp. No i co się stało? To, co u Girarda, że najpierw jest się gwiazdą, a potem kozłem ofiarnym? Co się stało z tym Zbawiksem? – że zapytam za tytułem książki o prawicowym populizmie (Co z tym Kansas?). Wymiana pokoleń czy coś mniej oczywistego? Afront dotknął Cię w pakiecie – razem z mężem Cezarym Michalskim.

Spadanie na dno byłych celebrytów to zwykłe dzieje, nie ma co łamać nad tym rąk i głowy (śmiech). Werdykty Zbawiksu są po części arbitralne, a po części głęboko umotywowane: to potrzeba zmiany pokoleniowej i pożarcia ojców (oraz matek). Wszystko pewno byłoby nadal dobrze między nami a warszawską lewicą, gdybyśmy potrafili i chcieli „z młodymi naprzód iść”. Ale jakoś nam to nie wychodzi. My jako pokolenie stanu wojennego i początków transformacji mamy swoje świadectwo, któremu siłą rzeczy musimy być wierni: żaden młody lewicowiec nie ma ani takiego prawa, ani takiej mocy, by je zmienić czy sfalsyfikować, twierdząc, że PRL był właściwie całkiem okej, bo panowało powszechne zatrudnienie i nie było kłopotów mieszkaniowych (też coś!). To jest w ogóle część bardzo poważnego problemu, które Derrida nazywa kłopotem ze świadectwem: wiedzą uczestniczącą tych, którzy doświadczyli pewnych wydarzeń, ale brakuje im namacalnych dowodów, co negacjoniści wszelkiej maści perfidnie przeciw nim wykorzystują. Tak bym to nazwała: problem z młodą polską lewicą to właśnie problem negacjonizmu – upartego negowania świadectwa starszego pokolenia, które się teraz masowo odrzuca jako ideologicznie zafałszowane, kombatanckie, naiwne, subiektywne. Młodzi wiedzą lepiej, jak było – a to jest dla nas etycznie nie do przyjęcia. Derrida twierdzi, że to jedna z gorszych rzeczy, jakie można zrobić bliźniemu: odrzucić jego świadectwo, bo jest tylko świadectwem, a nie obiektywną nauką. Zgadzam się, to naprawdę paskudne. I tak też się czuję – paskudnie – kiedy ci młodzi wyjeżdżają mi z jakimiś „obiektywnymi” danymi, które zaczerpnęli z PRL-owskich roczników statystycznych, zupełnie nie biorąc pod uwagę możliwości, że ktoś tam wtedy tę „wiedzę” pieczołowicie fałszował. No i jeszcze ta hipokryzja: są świadectwa, które można i należy podważać – te tak zwane antykomunistyczne – i są świadectwa, w które trzeba wierzyć absolutnie na ślepo, a priori solidaryzując się z „ofiarą”, czyli te z kręgu Me Too. Jedna z młodych feministek (która zarzucała mi, że broniąc prawa do domniemania niewinności, staję po stronie „kultury gwałtu”), żeby mi dopiec, wyprodukowała mema, na którym żalę się, że za czasów PRL-u „piłam tylko ocet” – co, rzecz jasna, ma być żartem z mojego pokoleniowego świadectwa. To kompletne zdziczenie, prawo Kalego, które tak naprawdę jest zupełnym bezprawiem, bo prawo – w tym także prawo ochrony świadectwa – musi być uniwersalne albo nie jest prawem w ogóle. Albo słuchamy siebie nawzajem w każdej sprawie, nawet dla nas niewygodnej, albo koniec z „konwersacją ludzkości” i zaczyna się „wojna wszystkich przeciw wszystkim”. Tymczasem postawa wybiórcza pt. „Wy, starzy, musicie wysłuchać nas, kiedy narzekamy na transformację i polski kapitalizm, ale musicie się zamknąć, kiedy chcecie narzekać na PRL” jest kompletnie nie do przyjęcia.

Agata Bielik-Robson, fot: Cezary Michalski
Agata Bielik-Robson, fot: Cezary Michalski

Z drugiej strony trzeba jednak powiedzieć, że to pokoleniowe antykomunistyczne świadectwo też jest obrzydliwie nadużywane – przez prawicę i obóz władzy. Trudno więc o grono sprawiedliwych, którzy potrafiliby wyważyć między negacjonizmem młodej lewicy a nadużyciami starej prawicy, ale, choćby ze względu na pamięć o nędzy komunizmu, trzeba. Dopóki w KP panował pewien konsensus, wypracowany zwłaszcza przez Sławka Sierakowskiego i Kingę Dunin, że lewica nie zapuszcza się w pochwalne rewizje PRL-u, można było współpracować – i robiliśmy to chętnie, bo do dziś sądzimy (Czarek i ja), że Polsce potrzeba porządnej socjaldemokracji, która rozumie błędy popełnione przez socjalizm, ale pozostaje wrażliwa na sprawy socjalne. Ale od kiedy negacjonizm i rewizja stały się ulubionym wątkiem młodej lewicy, o żadnej kooperacji nie może być mowy.

Enough said. Z innej, trochę derridiańskiej beczki. Gdy zaczynałem „robotę krytyka”, musiałem na nowo nauczyć się pisać ręcznie, i więcej: po ciemku, więcej: nie patrząc na kartkę, kiedy notowałem podczas przedstawienia. Wróciłem do „robót ręcznych”, to moje najnowsze hobby. Nie wiem, czy to miał na myśli ten wczesny Derrida, gdy promował prymat pisma nad tzw. mową żywą. Piszesz czasem ręcznie? A jeśli, to czym i na czym? U mnie po fascynacji piórami wiecznymi przyszedł czas na cienkopisy. Niby-błaha sprawa, lecz sposób pisania mocno wpływa mi na kontent, bo – dosłownie – „szkoda atramentu” na różne tam sprawy. Plus kartka mi nie wyskakuje z hejterskim feedbackiem.

Derrida nawet książkę całą poświęcił pisaniu po ciemku: Pamiętnik ślepca. Coś jest na rzeczy z tym pisaniem odręcznym, a już zwłaszcza takim, którego się bezpośrednio nie widzi i przez to też nie kontroluje: kiedyś cała awangarda modernistyczna polegała na takim piśmie automatycznym, bo wierzyła, że to „pismo duszy” – najgłębszej introspekcji, która może się ujawnić tylko wtedy, gdy gaśnie światło refleksji. Ja prawie zawsze coś tam sobie skrobię: na marginesach książek, na karteluszkach, serwetkach, programach muzealnych, biletach – na czym się da. Tak się rodzą najlepsze pomysły. Potem, już na komputerze, obrabiam je i opracowuję, staram się je wyciągnąć na światło dnia: niektóre przeżywają, inne nie, wracają wtedy do nocnych żywiołów nieświadomego, jak treści senne, które nie przetrwały konfrontacji z pojęciem. Ale tak: jestem, podobnie jak Heidegger, Federdenker, czyli typem myśliciela, który potrzebuje pióra, żeby myśleć.

Jednym z Twoich wielkich tematów myślenia jest życie skończone, które – mówiąc za Rickym Gervaisem z gali Złotych Globów – nie liczy na sequel. Na co można liczyć w tym skończonym życiu? Na co można mieć nadzieję? Czy tylko na władzę, na prostą wygraną w tych życiowych Simsach? Osoby wierzące w „pożyciowe” after party mają przed sobą ocean nadziei, tej znanej od wieków, ale co zostaje komuś, kto tej wiary nie podziela?

Co zostaje? Wszystko! Nigdy nie przekonywał mnie zakład Pascala, stworzony na użytek jego byłych kolegów, paryskich libertynów i hazardzistów, który przelicza życie skończone i nieskończone na proste stawki w metafizycznej ruletce i mówi: matematyka każe ci obstawiać nieśmiertelność! Matematyka akurat tu nie ma nic do gadania. Nietzsche miał intuicję, moim zdaniem całkiem trafną, że wizja osobistej nieśmiertelności to projekcja życia, które się nie wyżyło tu i teraz. I wcale nie chodzi tu o wyżycie się w sensie permanentnej zabawy, bo to byłoby okropnie nudne (Baudelaire ma takie piękne powiedzenie: „Z dwojga złego praca mniej nudzi niż zabawa”). Chodzi raczej o życie rozległe, świadomie przeżyte, możliwie spełnione, zaktualizowane, niemające poczucia, że się jakoś nie zrealizowało, przetrwoniło swoje możliwości: życie doczesne, ale nieupływające pod wyrokiem śmierci, jak u Heideggera. Moim mistrzem jest tu raczej Goethe z późnego okresu Wilhelma Meistra, ze swoją mądrością: „Chcesz nieskończoności? Idź we wszystkie strony tego, co skończone”. Meister – mistrz życia – przeżywa je na tyle sposobów, tak bogato i wielokrotnie, że na koniec bez trudu przychodzi mu nauka „wyrzeczenia”, w którym zrzeka się roszczenia do życia bez końca. Mówiliśmy już o tym: dziś ludzie znów odkryli, że są skończeni, ale ich pierwszą reakcją po utracie wizji nieśmiertelności jest lęk, Heideggerowskie Angst und Sorge. Być może to tylko faza i już wkrótce nauczymy się także czerpać z tej skończoności jakieś egzystencjalne zyski. Nie wierzę, by pomysłowość ludzkości zupełnie się w tym względzie wyczerpała. Filozofia wciąż ma przed sobą przyszłość – i to jest moja mała nadzieja.


Agata Bielik-Robson:

Filozofka i eseistka, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk oraz na Wydziale Teologii i Religioznawstwa Uniwersytetu w Nottingham. Przewodnicząca kapituły Nagrody Literackiej Gdynia. Zajmuje się myślą żydowską, filozofią postsekularną i literaturą. Autorka m.in. książek Romantyzm: niedokończony projekt, The Saving Lie, Erros, Jewish Cryptotheologies of Late Modernity: Philosophical Marranos, Cienie pod czerwoną skałą, Another Finitude: Messianic Vitalism and Philosophy.

Data publikacji:

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!

okładka
Dowiedz się więcej

Prenumerata
Każdy numer ciekawszy od poprzedniego

Zamów już teraz!