Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Joanna Kinowska

Niemiecki po partyzancku na ulicach Warszawy

Niemiecki po partyzancku na ulicach Warszawy
Niemiecki po partyzancku na ulicach Warszawy

Do galerii się idzie kontemplować, podziwiać. Trzeba się przygotować. Można się też umówić – wtedy i sztuka, i towarzystwo, i dyskusja. Albo wernisaż – spotkania, środowisko, uprzejmości. Bo żeby wystawę obejrzeć, wiadomo – trzeba przyjść później, bez tłumu.

Wystawa z drugiej strony, dla twórcy, to ogromne wydarzenie. Coming out okupiony miesiącami przygotowań. Gdzie się pokazać? Skąd wziąć pieniądze? Piętrzące się problemy, by spotkać się z widzem.

Wyjdźmy z galerii, w ogóle idźmy ulicami miasta. Spacer, zakupy, droga na uczelnię czy spotkanie. Patrzymy chyba głównie pod nogi i dookoła siebie, żeby na nikogo nie wejść. Rozbiegany wzrok. Czasem witryna sklepowa, rozkład jazdy. A tu z bramy, obok okna, na ogrodzeniu, na murze, po drodze – czarno-biała fotografia. Naklejona na ścianę czy płytę pilśniową. Na wysokości oczu, jak w galerii. Bez ramy, szkła, czasem niezbyt prosto. Po partyzancku. Zupełny low-cost, wyglądają jak kserówki. Bez żadnych podpisów, tekstów wstępnych, pojedyncze i osobne. Na zdjęciach ludzie w jakimś bliżej nieokreślonym mieście. I nie wiesz, gdzie spotkasz następny obraz. To nie jest żadna gra miejska, żeby przejść określoną trasę. To zaskoczenia rokokowe. Dojrzysz – wygrywasz. Poznajcie partyzanta z Niemiec zakochanego w Polsce artystę Olivera Buhliga i jego projekt Without a gallery if necessary. Idźcie i rozglądajcie się! Same wygrane.

 

Data publikacji: