Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Joanna Kinowska

Na chodzie

fot. Matt Black/ mat. prasowe Cortona on the Move
Na chodzie

Są miejsca i ważne imprezy, które wypada odwiedzić co roku. Bywa, że to festiwal w Arles czy Perpignan, dla innych to Paris Photo albo Photo London, Foam, i tak dalej. Festiwal w Kaunas, bo blisko, albo po prostu wystawy czasowe w Berlinie czy Paryżu. Jakoś nie słyszałam, żeby ktokolwiek planował rok w rok jeździć na festiwal do Cortony we Włoszech. Teoretycznie daleko nie jest, można polecieć do Bolonii nawet tanimi liniami, potem tylko przemierzyć Apeniny i już – położone na wzgórzu, malutkie miasteczko o antycznym rodowodzie.

Cały festiwal składa się z dziewięciu miejsc, w których czeka na nas 20 wystaw indywidualnych i jedna zbiorowa. Ta ostatnia to raczej zabawa fotograficzna, instalacja złożona z prac 36 fotografów (z Polski: Agnieszka Rayss, Michał Korta i Rafał Milach). Przejście wszystkich zajęło niespełna cztery godziny, przepraszam minus lody i sklep by obłaskawić młodzież też zwiedzającą – zostaną 3 godziny.  Z tego wszystkiego na poruszanie się między miejscami – oczywiście zdecydowana większość czasu.

fot. Daniel Castro Garcia/ mat. prasowe Cortona on the Move
fot. Daniel Castro Garcia/ mat. prasowe Cortona on the Move

Wystawy w jednym z dwóch muzeów w mieście, jednym pałacu, starym szpitalu, przestrzeniach w rodzaju piwnic i fortecy. Gdzie się da, więc także w plenerze.

Jakie obrazy? Dwa ogromne magnesy, przynajmniej dla mnie, w tym roku: wystawa Justyny Mielnikiewicz The Meaning of a Nation oraz Pete Souza Obama: an Intimate Portrait. Pierwsza duża, przestronna, z miejscem i sensem, narracją i smaczkami wizualnymi. Wybrzmiały historie zbierane przez Mielnikiewicz przez lata w Gruzji, Ukrainie i okolicach. Wystawa Souza’y musiała współ-zagrać z wnętrzami muzeum archeologicznego, dawnym pałacem ze stiukami, freskami, kominkami i genialnymi eksponatami pomiędzy. W te przestrzenie wstawiono po prostu standy, kolorowe ścianki i na nich powieszono kilkadziesiąt zdjęć z Obamą. W szybach odbijały się lampki i figurki etruskie, a oglądając, należało wyminąć (nieskutecznie) pokaźnych rozmiarów globus. Połączenie groteskowe i lekkie, jak zdjęcia Souza.

fot. Donald Weber/ mat. prasowe Cortona on the Move
fot. Donald Weber/ mat. prasowe Cortona on the Move

Niesamowitym projektem była praca multimedialna Donalda Webbera War Sand, June 6, 1944: D-Day. Filmy i seria fotografii eksponowana na ścianach, ale także na podłodze. Co więcej, robiło to dobre wrażenie, nie przesadzone i nie udziwnione. Przedłużenie pewnych myśli. Reszta różna, bez przewodniego pomysłu, trochę starszych archiwów – Donna Ferrato od lat 70-tych XX wieku, trochę tematów aktualnych – portrety Afgańczyków Adama Fergusona czy przejmująca opowieść o migracji Daniela Castro Garcia „Foreigner”.

Nie wierzę, by recenzja pomogła przekonać kogokolwiek, że warto się tam udać. Oglądanie wystaw nasunęło mi jednak trochę refleksji do naszego rodzimego – jakże festiwalowego  – świata fotografii. Generalnie, chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się (nie mówiąc już o czasie) przejść absolutnie wszystkie punkty festiwalu. Nasze rodzime imprezy to pączkująca z roku na rok ilość galerii, przestrzeni i miejsc. Dalej, duża i treściwa publikacja, obok kilkunastu ulotek i mapek. Przyzwyczaiły do tego i Kraków, i Łódź. Tymczasem w Cortonie publikacja towarzysząca festiwalowi to obszerna broszura, magazyn. Zgrabne połączenie ulotki z miejscem dla sponsorów (których jest z pewnością więcej niż artystów w festiwalu). Less is more?

Termin jest wakacyjny, od lipca do końca września. Nie łudzą się, że ktokolwiek by specjalnie przybył na festiwal do zimowej Toskanii. Miejsce turystyczne, ale to nie jest Florencja czy Siena. Do Cortony musi się chcieć przyjechać, bo nieopodal są miasteczka z większymi zabytkami, z bogatszą historią. Fotografia jest zresztą magnesem właśnie dla tych turystów. Ileż można oglądać tych średniowiecznych miasteczek na wzgórzach i znów ołtarze z trecenta, i kolejni mistrzowie protorenesansu…? A tu proszę, trochę współczesnego i jakże chwytliwego medium. Turyści są wdzięczną publicznością imprez fotograficznych. Chociaż, bez przesady, do fortecy na samym końcu miasta już nie dotarli. Szło się tam ponad pół godziny w słońcu i pod górę, głęboko wierząc, że wystawy będą warte wysiłku.

To chyba tak, jakby zrobić wystawy w Sopocie czy Zakopanym. W okolicy Monciaka już na początku września czeka nas trzecia odsłona festiwalu W ramach Sopotu. Przy Krupówkach onegdaj był Festiwal Fotografii Czarno-białej jeszcze w epoce Latarnika. Obydwa jednak jako wysublimowane święto dla wtajemniczonych - odbywały się w listopadzie, grudniu i styczniu. A gdyby tak w środek wakacji, między plażą a wieczorną imprezą, między stragany i budki z fast-foodem?  W Cortonie bez takich skrajności, bo tam trzeba chcieć specjalnie przyjechać, ale jeśli już – dla każdego będzie coś miłego. Bez wygórowanych konceptów, skomplikowania i z ogromną różnorodnością gatunków i klas. 

Data publikacji: