Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Hybryda hybrydy

Łatwiej identyfikować się z symbolem pełnym sprzeczności – mówi w wywiadzie dla przekroj.pl Joanna Mytkowska, dyrektorka Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Katarzyna Tyszkiewicz-Borawska: Chyba trudno o lepszy symbol Warszawy niż syrena?

Joanna Mytkowska: Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym: jest grzeczna i niekontrowersyjna, wszyscy ją lubimy. W innych czasach pewnie nie zajęlibyśmy się herbem Warszawy, ale chcieliśmy, na przekór obecnym tendencjom, pokazać, że symbole mogą jednoczyć bez wykluczania poszczególnych grup. To była nasza główna motywacja. Cofnęliśmy się więc do antyku, do początków tego symbolu, by dotknąć wszystkich jego wcieleń i interpretacji, również tych perwersyjnych i dekadenckich.

Zobaczyłam w wyborze tego tematu silny gest polityczny o bardzo demokratycznym wydźwięku: syrena jest symbolem niezwykle otwartym, chętnie go interpretujemy, niezależnie od przekonań. Pokazaliście, że – mimo wszystko – u naszych podstaw jest coś wspólnego i że sztuka to nieustający dialog. 

Zwykle nasze wystawy i projekty są oparte na bardzo wąskich narracjach. Zaczynamy opowieść w czasach awangardy i mówimy o współczesności, a taki przekaz trafia do wąskiej grupy odbiorców. Decyzja o tym, by sięgnąć dużo dalej, była związana z wyborem tematu, ale też z chęcią przemówienia do otwartej i różnorodnej społeczności miejskiej.

Ponadto zależało nam na pokazaniu, jak symbole ulegają transformacji i jak opierają się kryzysom znaczeń. Poprzedni taki kryzys nastąpił mniej więcej sto lat temu i wówczas odpowiedzią na niemożność opisania rzeczywistości był ruch awangardowy. Obecnie obserwujemy gwałtowne wytracanie się resztek uniwersalnych dyskursów i opowieści, przez co jesteśmy skazani na mówienie do zawężonego grona odbiorców. Postanowiliśmy więc sięgnąć do historii, która ma tę zaletę, że przestrzega i uspokaja: tak już było, to minie.

Joanna Mytkowska (fot. Tadeusz Rolke/Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie)
Joanna Mytkowska (fot. Tadeusz Rolke/Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie)

Ten konkretny symbol wiele przetrwał i zdołał się obronić. Nikt go nie kwestionuje.

Dzięki temu, że jest hybrydą, syrena wymyka się zamkniętym interpretacjom. Wieloznaczność i ruch są wielkimi wartościami, które może są słabiej słyszalne niż te twarde i stałe, ale za to w naturalny sposób pozwalają na zmiany, rozwój i adaptację, co my – współcześni mieszczanie – bardzo cenimy. Łatwiej nam się identyfikować z tak pojemnym, pełnym sprzeczności symbolem.

Skąd wzięła się syrenka w stołecznym herbie?

Specjalistą w tej dziedzinie jest varsavianista Tomek Fudala, który we współpracy z Mateuszem Maleszewskim i dużym zespołem przeczesał archiwa warszawskie i toruńskie. Dzięki ich pracy powstał pierwszy w Polsce kompletny zbiór dokumentów na temat wizerunku syreny w herbie miasta!

Początki syrenki – jak to zwykle bywa – giną w pomroce dziejów, ale nam udało się odtworzyć ewolucję herbu Warszawy dość dokładnie. Pierwszy eksponat – warszawski dokument znajdujący się w archiwach Torunia z pieczęcią z zielonego wosku pochodzi z 1402 roku i przedstawia maszkarę...

… płci męskiej...

To była atrakcyjna teza, wysunięta przez Stefana Krzysztofa Kuczyńskiego, ale nie znaleźliśmy dowodów ikonograficznych na jej poparcie.

Nie da się jednak ukryć, syrena nie zawsze była kobietą. Apotropaiczna funkcja tego symbolu – miał swoją brzydotą ściągać złe moce, by w ten sposób chronić wspólnotę ludzką przed ich wpływem – nadała syrenie rolę bojową, co czasem wiązało się z przypisywaniem jej cech męskich. Częściej jednak mamy do czynienia z cechami smoczymi, takimi jak gadzie ogony i nogi oraz skrzydła. Z kolei w antycznych pierwowzorach ikonograficznych syrena była pół kobietą, pół ptakiem. Ale nie możemy mówić o jakiejkolwiek regule: istnieje też XII-wieczne przedstawienie z kościoła w Zawoi (którego akurat nie pokazujemy, ponieważ nie ma dowodów na to, by była to syrenka warszawska) i znów jest to pół kobieta, pół ryba, w antyku nazywana nereidą.

Ten motyw z czasem się zmienia, miesza i dopiero w XVIII wieku uzyskujemy to, co jest bliskie naszemu dzisiejszemu herbowi. Przełomowy jest zaś rok 1915, kiedy władze miasta ogłaszają konkurs na wizerunek syrenki i herb przeradza się w elegancką i powabną kobietę, z ducha symbolizmu i secesji. W latach 30. syrena przechodzi urzędnicze korekty i potem w zasadzie herb nie ulega już większym transformacjom.

Jej obecność w herbie uzasadnia bliskość rzeki.

Tak, Warszawa wzbogaciła się w XVI–XVII wieku właśnie dzięki Wiśle. Choć rzeka, jak sama syrena, często groźna i nieokiełznana, była przede wszystkim żywicielką. To na niej opierał się handel. Umieszczenie herbu na tarczy również nie jest przypadkowe: syrena odgrywała rolę obrończyni miasta.

Oczywiście to nasza nowa lokalizacja zainspirowała nas do podjęcia tych poszukiwań i poświęcenia pierwszej wystawy właśnie syrence.

A skąd wziął się pomysł na tymczasową siedzibę MSN przy rzece?

Naszym miejscem, do którego się mentalnie przymierzamy, był i jest plac Defilad, czyli trudne miejskie problemy: centrum miasta, miejsce brutalne, gdzie toczą się ostre konflikty interesów i symboli. Ale w okresie letnim to centrum przesuwa się właśnie ku rzece. Sami byśmy na ten pomysł nie wpadli, to miasto zaproponowało nam lokalizację przy Wybrzeżu Kościuszkowskim. Zresztą był to zręczny ruch, pożyczony nam przez Fundację Thyssen-Bornemisza pawilon Adolfa Krischanitza pasuje do krajobrazu nadwiślańskiego znacznie lepiej niż do śródmiejskiego.

A dla nas to jest bardzo miła niespodzianka, wspaniały prezent. Otoczenie o tej porze roku bardzo pomaga: zieleń i ciepło zachęcają do korzystania z tarasów. Niedługo zostaną otwarte bulwary nadwiślańskie, gdzie powstał także amfiteatr, w którym będziemy realizować część naszego programu. To będzie fantastyczny czas w historii działalności Muzeum, ludzie będą tu przychodzić nie tylko ze względu na nasze wystawy.

Jak długo będziecie tutaj urzędować?

Zamierzamy tu być co najmniej do 2019 roku, ponieważ właściwa siedziba Muzeum planowo otwiera się w 2020. Program mamy więc zaplanowany do końca 2019, a w razie gdyby się tak złożyło, że Muzeum na plac Defilad nie może się otworzyć, pozostaniemy w obecnej lokalizacji dłużej. Pawilon został nam wypożyczony bezterminowo, więc i tu nie mamy powodów do niepokoju. Możemy się też spodziewać, że pawilon w tym miejscu pozostanie kilka lat po naszej wyprowadzce i będzie służyć jakimś ciekawym publicznym projektom.

Nowy budynek muzeum będzie 15 razy większy niż ten pawilon (15 000 m2 – przyp. red.). W mieście rozmiarów Warszawy to rozsądny plan. A po otwarciu Syreny… widać, że nasze potrzeby są ogromne: nie byliśmy przygotowani na taką liczbę zwiedzających. Kolejka przed budynkiem stała cały czas, ponieważ wystawa ma kilka cennych eksponatów wypożyczonych na rygorystycznych warunkach konserwatorskich – w związku z tym Muzeum musi pilnować liczby osób odwiedzających wystawę. Tu weszły 4 tysiące osób, ale gdybyśmy mogli przyjąć więcej, zwiedzających w ten pierwszy weekend byłoby nawet 10 tysięcy.

A zatem eksperyment narracyjny, o którym Pani wspomniała, sprawdził się. To budujące.

Wydaje mi się, że zaskoczyliśmy i publiczność, i samych siebie. Oczywiście nie chcemy rezygnować z naszych przekazów i treści, z naszej wiodącej emancypacyjnej opowieści – to jest nasza misja. Ale zdobyliśmy się na wysiłek wyboru metod bardziej popularnych, konwencjonalnych i to niewątpliwie chwyciło.

Bardzo tego chcieliśmy, chcieliśmy pokazać, że istnieje symbol oraz że istnieją możliwości, zwłaszcza w dużych miastach, które są siłą rzeczy bardziej otwarte na różnorodność, że można budować inną wspólnotę niż plemienna. Wspólnota plemienna jest z oczywistych powodów zaprzeczeniem kultury współczesnej.

Czy przy tej wystawie pojawiły się jakieś fałszywe tropy? Czy można w ogóle trafić na fałszywą syrenę?

Chyba nie, bo syrena jest fałszywa ze swojej natury. Potraktowaliśmy ten znak szeroko, nie tylko zajmując się syreną jako taką, ale hybrydą w ogóle. Włączyliśmy do bestiarium także inne stwory – stąd mamy rozszerzenie motywu np. w pracach Jacka Malczewskiego, spadkobiercy symbolistów, gdzie hybryda jest przede wszystkim femme fatale, dziką i nieokiełznaną – to typowo męskie spojrzenie. W dziełach Louise Bourgeois ów znak jest próbą zbadania nieświadomego, nieświadomości, a przez to emancypacji kobiecej. Stąd się wziął nasz pomysł przedstawienia innych hybryd, chimer czy syren-mężczyzn i chłopców, które pojawiły się wraz z emancypacją mniejszości seksualnych, zwłaszcza tej gejowskiej.

Jednym z głównych eksponatów jest On, przeróbka najsłynniejszej syreny, czyli syrenki kopenhaskiej. My mamy zaś swoją historię, czyli Karola Radziszewskiego, który maluje Syrena czarnoskórego, przypominając opowieść o Alim, jedynym czarnoskórym uczestniku powstania warszawskiego. Praca ta jednocześnie nawiązuje do jednego z największych mitów powojennej Warszawy, czyli syrenki Picassa, która z kolei zamiast miecza dzierżyła młot i już, niestety, nie istnieje. Wiele tych opowieści ma drugie, trzecie i czwarte dno.

Nawet disnejowska Mała syrenka.

Mała syrenka, która bierze swój początek z baśni Andersena, jest opowieścią o współczesności. Mówi zresztą dużo o samym pisarzu, osobowości fascynującej, która musiała wiele ukrywać, realizując się w pisaniu. To bardzo charakterystyczne dla twórców ery nowożytnej – twórczość jest kompensacją frustracji na innych obszarach, próbą emancypacji, niemożliwej w realnym życiu. I tak Mała syrenka jest wielką opowieścią o twórczości w ogóle.

Zwróćmy uwagę, że ona odwraca porządek – ona pokazuje zmianę relacji z naturą. Natura dzika i syrena – również dzika bestia, która kusiła ludzi – w opowieści Andersena następuje zwrot, ponieważ to syrenka jest kuszona, pragnie być człowiekiem. I tu w zasadzie odbieramy sygnał, że natury już nie ma. Stąd na naszej wystawie prace, które dotyczą antropocenu i samotności człowieka, na przykład bardzo lubiana przez publiczność stara syrenka, czyli Stara panna amerykańskiej artystki Liz Craft.

Kampowe gabloty też do tej tęsknoty za naturą nawiązują.

Tę wystawę można by z pewnością powiększyć i to ze sto razy, tak bogaty to jest materiał. Ta kampowa syrenka jest we współczesności jedną z najczęstszych redakcji symbolu. Bardzo się ograniczyliśmy, żeby zachować balans z historycznymi motywami. Ale motyw syreny jest przez kamp wykorzystywany bardzo, bardzo często. Co ciekawe, reprezentują go artyści azjatyccy, co też jest ważną zmianą – Azja zaczyna dyktować trendy.

Jakie są plany wobec tej wystawy i plany Muzeum nad Wisłą?

Ta konkretna wystawa jest lokalna, przygotowana na to miejsce i ten czas, zatem nie będzie podróżować.

Ale wiele naszych wystaw jest pomyślanych pod kątem podróży, np. wystawa Oskara Hansena, która w tym roku wraca po kilkuletniej podróży, pojawi się jako podsumowanie naszych badań o Zofii i Oskarze Hansenach. Odwrotny kierunek ma wystawa, którą pokażemy pod koniec roku, w listopadzie – Inny transatlantyk będzie opowiadać o relacjach między Europą a Ameryką Południową w obszarze do tej pory słabo zbadanym, czyli sztuki kinetycznej i op-artu. Od późnych lat 50. do lat 70. ten nurt w sztuce był bardzo popularny w tych rejonach świata, co wiązało się też z koncepcją tego, czym jest artysta. To były państwa, które dopiero co powstały, a działo się to na antypodach statusu sztuki w „mainstreamie”, czyli w USA – mam na myśli ekspresyjny abstrakcjonizm eksportowany do Europy Zachodniej wraz z ideą artysty jako demiurga. W tamtym wypadku artysta odgrywał raczej rolę służebną, dzieląc się wiedzą estetyczną itd. Poza tym te dwa rejony świata łączyły migracje – np. Żydów z Europy Wschodniej, którzy stworzyli sztukę w Brazylii. Dobrym przykładem jest patron tej wystawy Abram Palatnik, artysta o wielkim znaczeniu dla tworzenia się nurtów konkretystycznych w Brazylii. To piękna i bardzo atrakcyjna ekspozycja, typowa wystawa podróżująca, zaplanowana tak, by łączyć miejsca, o których wspomina. Jedzie najpierw do Moskwy, następnie do Ameryki Południowej.

Ma Pani ulubione dzieło z wystawy Syreny...?

Ulubienie pojedynczego dzieła odbywa się zawsze w kontekście pracy nad całością. W tym wypadku jest to obraz, który z różnych powodów nie mógł się znaleźć wśród eksponatów – mam na myśli Wspólny wynalazek René Magritte’a z 1934 roku. Znajduje się on w kolekcji prywatnej magnata prasowego Daniela Filipacchi, przyjaciela surrealistów. To bardzo ważna praca, ponieważ przedstawia hybrydę hybrydy, odwróconą syreną o rybiej głowie i ludzkich nogach. Zależało nam na tym obrazie, ponieważ jest jednym z kluczowych dzieł współczesności, odwołującym się do koncepcji sztuki jako zapożyczenia, cytatu czy analogii. Zgodnie z tą myślą sztuka nie jest już niczym nowym. Ta idea i ten obraz patronują początkom współczesności, wyrażają jej istotę.

Obraz ten jednak pojawił się na wystawie.

Tak i to w piękny, pokrętny sposób. Powstał na nasze zamówienie, namalowała go Ewa Juszkiewicz, która obecnie zajmuje się malowaniem obrazów zaginionych lub z różnych powodów niedostępnych. Zainspirowana Magritte’em Ewa namalowała Bez tytułu (według Magritte’a), ale z własnymi nogami. I jest to piękny finał tej historii.

 

Data publikacji: