Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii. Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Szanowni Czytelnicy!

Serdecznie polecamy zapisanie się do naszego newslettera. W środku, nie zawsze regularnie, jeszcze więcej „Przekroju” i unikatowe treści, których nie znajdziecie nigdzie indziej!

Z poważaniem,
Redakcja
archiwum

Amerykański teatr życia

Amerykański teatr życia
Amerykański teatr życia

Z okazji zbliżającego się 20. koncertu galowego konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej”  przypominamy opublikowaną na łamach „Przekroju” korespondencję poetki z Nowego Jorku. 

[…] Dziś chcę opowiedzieć o tak zwanym „teatrze życia” [w Nowym Jorku – przyp. Red.]. Wybieram sobie jeden tylko wycinek tego olbrzymiego teatrzyska, a mianowicie — konwersację towarzyską. Będę robiła najrozmaitsze dygresje, zakręty i łamańce, ale rzecz będzie głównie o tym, o czym i jak rozmawiają inteligentni Amerykanie w domu, przy barze i u znajomych. Z chaosu i wielości tych rozmów wyłania się bowiem jeden temat, jeden motyw powtarzający się uparcie i bez końca: „Jak wzbogacić życie wewnętrzne Amerykanina?”

... Ameryka nasyciła w potężnym stopniu swoje potrzeby materialne. Ludzie nagromadzili wszelkiego dobra, zmęczyli się i zasiedli na przyzbie.

... Zasiedli, odsapnęli, zapalili, ogarnęli wzrokiem raz i drugi swoje uciułane przez lata dobro i — zaczęli rozglądać się za czymś więcej, za czymś, czego nie da się kupić, ani zamówić, ani nawet — dotknąć.

Szkopuł polega na tym, że zapomnieli jak to coś wygląda.

Amerykanie biegają po ogrodach i szosach swojego olbrzymiego kraju jak mali chłopcy z siatkami na motyle. Obserwuję ich i widzę, powszedniego dnia, promienie słońca i puste powietrze.

Nie lekceważę jednak ich wysiłków. Chcę wierzyć, iż żaden trud nie pozostaje bez nagrody.

Z szacunkiem i spokojem przyglądam się tej pogoni:

— Dwieście milionów obywateli w poszukiwaniu duszy!

Dingsy, wichajstry i gadżety

Do niedawna sytuacja wyglądała zazwyczaj tak:

Wprowadzałeś się do nowego mieszkania. Mieszkanie było puste. W sobotę przychodzili znajomi i zaczynali doradzać nabywanie przedmiotów:

Znajomy pierwszy mówił: „Dlaczego nie kupisz sobie półki?” (Ty, rad nierad, kupowałeś półkę, czyli pierwszy w twoim domu przedmiot, czyli d i n g s).

Znajomy drugi mówił: „Dlaczego masz wiecznie chodzić do sąsiadów i pożyczać młotek do przybijania półek? Kup sobie komplet młotków i obcążków!” (Ty — rad nierad — kupowałeś młotek, czyli wichajster, czyli przyrząd służący do używania dingsu).

Znajomy trzeci mówił: „Dlaczego nie postawisz czegoś na twojej półce. Twoi sąsiedzi postawili na swoich półkach pełno rozmaitych rzeczy. Kup sobie ładną palmę". (Ty — rad nierad — kupowałeś sobie palmę, czyli przedmiot służący do ozdoby półki, czyli gadżetę. Tak więc byłeś już właścicielem dingsu przymocowanego wichajstrem i ozdobionego gadżetą).

... Amerykanie uwielbiają rysować Amerykanie uwielbiają rysować tabelki nie tylko w książkach i w podręcznikach, ale także w artykułach i felietonach. Stwarza to pozory naukowego myślenia. Postaram się więc i ja ująć swoje rozważania, jeśli nie w tabelkę, to przynajmniej w punkty:

Zasady gromadzenia rzeczy w Ameryce do lat sześćdziesiątych wyglądały w następujący sposób:

Zakupi pierwszy: dings

Zakup drugi: wichajster obsługujący dingsa.

Zakup trzeci: gadżeta ozdabiająca dingsa obsługiwanego przez wichajstra.

(Na czubku dingsa można było umieścić jeszcze rozmaite duperele.)

...W latach sześćdziesiątych piramida tych wszystkich rzeczy zaczęła się walić Amerykanom na głowę. Niektórzy wychodzą z tego ze straszliwym kacem i dziwnym bólem w skroniach. Machinalnie przebierając palcami w swoich dingsach, rozglądają się za lub za czymś takim.

Ludzie, którzy próbują tutaj wygrzebać się spod stosu dingsów uprawiają trzy wielkie i szlachetne, acz nie zawsze skuteczne — zabawy:

— Zabawę w lustra.

— Zabawę w kwiaty.

— Zabawę w protest (tę ostatnią trudno doprawdy nazwać zabawą! Ale o tym później).

Zabawa w lustra

Wypiliśmy dwie szklaneczki rumu i zaprzyjaźniony Tadeusz powiedział: „Wiesz, pokażę ci coś ciekawego, tylko muszę zadzwonić”. Zadzwonił, wraca do baru i mówi: „Wkładaj palto, powiedzieli, że możesz przyjść”.

Płacimy i idziemy. Wjeżdżamy windą na piętro wysokiego domu. W obszernym pokoju, na wygodnych kanapach i fotelach siedzą ludzie w rozmaitym wieku. Na stole nie stoi nic do jedzenia, ani do picia. Nie jest to więc biesiada, ani proszona herbatka.

Zostałam przyprowadzona na zebranie grupy psychoterapeutycznej!

Do grupy zapisują się Amerykanie, którzy nie czują się wprawdzie chorzy, ale nie czują się też zdrowi psychicznie. Mają kłopoty w ułożeniu sobie stosunków z rodziną i z najbliższym otoczeniem. Nie lubią swojej pracy. Nie wiedzą czego chcą, albo kim są. I tak dalej.

Szczere rozmowy w grupie mają pomóc im w wyzwoleniu ukrytych myśli, odnalezieniu drogi, zrzuceniu kamienia z serca.

W rogu pokoju siedzi szpakowata dama o twarzy cierpliwej wróżki indiańskiego pochodzenia. Dama jest psychoanalitykiem. Mówi mało i cicho. Najdelikatniej w świecie kieruje rozmową. Każdy ma obowiązek mówić szczerze i bez ogródek to, co mu akurat przychodzi do głowy.

Przez chwilę rozmawiają o mnie.

Chuda Pani: Po co Tadeusz przyprowadził tę dziewczynę?

Mizerny w swetrze: Tad, po co ją tu przyprowadziłeś?

Tadeusz: Nie wiem. Chciałem, żeby zobaczyła jak to wygląda.

Mizerny: Narasta we mnie gniew. Tak, teraz czuję, że jestem zły. Robisz z nas teatr.

Gruby z wąsami: Mnie ona nie przeszkadza. Ma w sobie coś ciepłego.

Psychoanalityczka: Przerwaliście Helenie. Co chciałaś powiedzieć, Heleno?

Helena (starsza pani w okularach): Nic nie będę mówiła.

Psychoanalityczna: O czym myślisz?

Helena: Myślę o moich dwudziestu dolarach. Niepotrzebnie wydałam dwadzieścia dolarów na dzisiejsze zebranie. Ta kobieta mi przeszkadza i nie mogę powiedzieć tego, co chciałam.

Gruby: Mnie nie przeszkadza. Będę mówił o Jimie. W zeszłym tygodniu myślałem dużo o Jimie.

Psychoanalityczka: Jak myślałeś?

Gruby: Myślałem o nim tak, jak o i kobiecie.

(Tu następuje garść plastycznych wynurzeń, które ominę ze względu na młodzież i dzieci).

Kobieta w Żółtym: Ja miałam dobry tydzień, było dużo śmiechu. Bawiłam się...

Kobieta w czerwonym: Przestań. Przestań się wydzierać! Nie cierpię twojego szczebiotania. Przez cały czas kłamiesz.

Gruby: Nie przerywaj jej.

Kobieta w czerwonym (piszcząc, jak kot): Kiedy muszę jej przerywać! Nie cierpię jej głosu.

...Nie będę opowiadać całego zebrania. Nie będę też wychwalać, ani potępiać zdobyczy psychoanalizy amerykańskiej. Zastanawiam się tylko, dlaczego Amerykanie wciągnęli się w tę zabawę w większym stopniu niż inne narody.

Pierwsza odpowiedź jest prosta: postęp, postęp i jeszcze raz postęp. Postęp w medycynie i postęp w psychologii. (Psychoanaliza, jak wiadomo, jest modna).

Wydaje mi się jednak, że w masowym zainteresowaniu psychoanalizą działa tu jeszcze jeden bodziec: obrona przed pospolitością i banałem życia powszedniego.

Wydaje mi się również, a nawet jestem całkiem pewna, że Dzisiejszy Amerykanin, jak rzadko kto, odczuwa tę pospolitość. Jego życie odarte jest z romantyzmu i przygody. Okradzione jest z oryginalności.

Dzisiejszy Amerykanin, obłożony dingsami i rodziną, z przerażeniem dostrzega wulgarną przeciętność swojego dnia: śniadanie, lunch,

weekend, oszczędności, dzieci, żona, żona, dzieci, śniadanie, lunch, weekend... I tak dalej. W kółko to samo: „Amerykański styl życia”.

Na dobrą sprawę istnieją dwie drogi ucieczki:

Po pierwsze: żyć inaczej.

Po drugie: obdarzyć to zwyczajne życie, które nam dano, znamionami piękna i oryginalności. Zaświecić nad domowym ogniskiem światełko wyobraźni. Uczynić z żony — czarownicę, z mamusi — anioła, a z tatusia — demona zła.

To właśnie nazwałam zabawą w lustra.

Owymi lustrami są w moim przekonaniu oczy drugich ludzi. Przeglądajmy się zatem w oczach innych ludzi! Przeglądajmy się w zwierciadle najgłębszym w oczach psychoanalityka!

Te oczy wyzwolą nas z mazi przeciętności. Amerykańska rodzina, której jesteśmy członkiem i założycielem, okaże się czymś więcej niż szarą komórką. Za pomocą czarodziejskiego zwierciadła owej pary mądrych oczu dowiemy się, że nasz pradziad, farmer z Texasu, wyposażył nas w niechęć do kobiet; że nasza mama, krawcowa z New Jersey, wyposażyła nas w kompleksy, bo bardziej kochała młodszego braciszka; że nasza starsza siostrzyczka zwichnęła nam wyobraźnię pokazując pewnego razu w kuchni obrazek przeznaczony dla dorosłych...

I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej! Rodzina, rodzina, i jeszcze raz rodzina. Portret rodzinny z białymi myszkami i portret rodzinny z kompleksem Edypa; portret rodzinny z króliczkiem i portret rodzinny z ptaszkiem._

Nieraz zdarzało mi się spojrzeć w oczy, lub w okulary drugiego człowieka i zobaczyć nagle siebie. Była to przeważnie mała, niewyraźna twarz niepodobna do mojej.

Amerykanin, który przegląda się w lśniącym zwierciadle psychoanalizy widzi swoją twarz piękną i potworną, sympatyczną i odrażającą zarazem. Swoją rodzinę zaś widzi jednocześnie jako kłębowisko żmij i gniazdo aniołów. Przestaje być przeciętny! Przestaje być banalny!

Pociesza go to. Utwierdza go w przekonaniu, że codzienny pośpiech i krzątanina posiadają jakiś większy wymiar i głębsze znaczenie.

Robi mu się lepiej od tego. Wydaje mu się, że posiadł coś w rodzaju duszy. Zakłada całe organizacje i plany poszukiwania duszy. Rozpogadza się.

..Rozpogadza się i rozchmurza, ale nie na długo. Tak już bowiem się składa, że człowiek (a dlaczego, to nie wiem) czuje się stworzony do zadań wyższych, niż rozplątywanie skłębionych nitek łączących tatusia, mamusię i nieletnią dziatwę w jeden, skądinąd ; ważny i interesujący supeł; człowiek czuje się powołany do regulowania stosunków na wyższym : szczeblu niż ten, na którym znajduje się kółko jego znajomych i ; przełożonych; człowiek chce czegoś więcej.

Dlatego też dzisiejszy Amerykanin, choćby nie wiem jakie ukojenie znajdował w „Zabawie w lustrze”, znudzi się tym któregoś I dnia i sięgnie po najwspanialszą i najgroźniejszą tęsknotę wszystkich czasów — po ideologię.

Tekst z archiwum nr 19 (1205)/1968; zachowano oryginalną pisownię. 

Koncert Galowy 20. Ogólnopolskiego Konkursu i Festiwalu „Pamiętajmy o Osieckiej” odbędzie się 9 października 2017 r. o 19.00 w teatrze Muzycznym ROMA w Warszawie. Bilety mozna nabyć w kasie teatru, na stronie teatru ROMA lub za pośrednictwem portalu eBilety.pl. 

20. Festiwal i Konkurs „Pamiętajmy o Osieckiej” został dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego i objęty honorowym patronatem Prezydent Miasta St. Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotra Glińskiego.

Koncert Galowy 20. Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego „Pamiętajmy o Osieckiej” został objęty patronatem honorowym Małżonki Prezydenta RP Agaty Kornhauser-Dudy. 

Data publikacji: