Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Destroix
Maciej Stroiński

Wszyscy chorzy albo martwi

Wszyscy chorzy albo martwi
„Wyjeżdżamy”
tekst: Hanoch Lewin, reżyseria: Krzysztof Warlikowski
„Wyjeżdżamy”
Nowy Teatr w Warszawie

Motto: „Po każdym przedstawieniu dopada cię przeczucie, że może niepotrzebnie je zrobiłeś. Może zrobiłeś je dla siebie, a może dla zespołu i dla siebie. Mam poczucie wyobcowania. Moje spektakle przestały narzucać dyskurs w teatrze” (Krzysztof Warlikowski w programie do „Wyjeżdżamy”)

Po tym przedstawieniu już w pełni rozumiem, dlaczego Celińska postanowiła nie grać więcej u Warlika. BO JUŻ GRAŁA. W tym najnowszym też już grała, bo ten reżyser już nieraz robił ten spektakl.

Krzysztof Warlikowski robi przedstawienie Krzysztofa Warlikowskiego. Niby oczywiste, ale niekoniecznie, gdy się zastanowić. Jego twórczość dramatyczna polska jest niczym żubrówka: wysokojakościowy produkt eksportowy o gwarantowanym składzie. Te same tematy, te same światełka, te same owacje.

Dawno nie użyłem w zdaniu słowa „dekadencja”, które bardzo tu pasuje, przy tym przedstawieniu. Wyjeżdżamy to dzieło dla wiernych fanów chcących nowego tego samego. Aseptyczny, eklektyczny, zblazowany teatr, taki sam od lat piętnastu. Z tą może odmianą, że kiedyś ładny i mocny, teraz tylko ładny.

Jest kibel do bycia autentycznym w kiblu, jest dekor szerszy niż głębszy, są światełka oniryczne i w pewnym momencie ktoś śpiewa piosenkę. Scenę od sceny dzieli wyciemnienie. Pokład muzyczny nie cichnie prawie w ogóle, przez co atmosfera robi się klubowa. Negliżują się raczej starsze niż młodsze kobiety, żeby było wkluczająco. Spektakl jest w porządku, czyli jak na tego artystę – słabo.

Bazą tekstową spektaklu jest dramat Lewina, na którego Warlik zrobił kiedyś modę. On go wystawił chyba jako pierwszy i doszło do „skapywania”, polska prowincja zassała izraelskiego dramatopisarza. I nie ma obecnie miasta wojewódzkiego, które by się łyknęło tych „komedii obyczajowych”.

Fabuła o tym, że wszyscy umrzemy, a niektórzy już nawet umarli. To u Demirskiego mówią, w Tęczowej trybunie, że teatr Warlikowskiego = „wszyscy albo chorzy, albo pojebani”. Tutaj chorzy albo martwi. Widzę, nawet w krojach pisma, inspirację Six Feet Under, kultowym serialem, pamiętacie te tablice na ekranie typu nekrologi. Atmosferę równoważą dwie postaci damskie, bimbo z kijem (Cielecka), Krysia z all inclusive (Buzek). Dzięki nim jest bardzo śmiesznie, spektaklowi wraca poczucie humoru. Są śmieszne, bo głupie. Tylko Warlikowi uchodzi tak stereotypowe przedstawianie kobiet, jego święta inkwizycja chyba nie dojedzie. Nowy Teatr jest wyspą wolności.

Nie piszę o aktorach, że wspaniale grają, bo to nie ta liga, by ich tak oceniać. Świetni są, wiadomo, i w dużej ilości. Każdy dostępuje tych przynajmniej pięciu minut. Kiedyś w Nowym Jorku była grupa Warhol superstars, dziś w Nowym Teatrze mamy podobnie, tylko marki Warlik.

Wyjeżdżamy to wysuczony, zmęczony, europejski teatr. Jak mamy w Polsce wielu reżyserów o berlińskiej orientacji, tak Warlikowski jest naszym Paryżem, albo lepiej: Awinionem. Patrzy na Polskę i o, frasunek. To od niego Szumowska uczyła się światowości, jemu podbiera aktorów na plany filmowe, i tym się różni od kolegów filmmakerów, że ogląda teatr. Podzielam niesmak tego przedstawienia wobec tego, co się dzieje, ale i ta sytuacja u nas już mnie dawno męczy, i krytyka sytuacji.

Jedna Jaśmina Polak urwała się z choinki i uroczo nie pasuje. Jest materią zbyt ożywioną na ten trzygodzinny pogrzeb. Niedużo jej było w tym długim przebiegu, ale starsze koleżanki słusznie mogą się obawiać, że im młoda kradnie widzów. Wiesz co, Jaśmina? Chcą wyjechać, to niech jadą, a Ty wracaj do Krakowa.

Data publikacji: