Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Unpleasantville

Unpleasantville
„Suburbicon”
reż. George Clooney, scenariusz: Bracia Coen i George Clooney
„Suburbicon”
USA, 2017

„Witajcie w Suburbiconie!” – wita nas film George’a Clooneya, a przez ekran przelatują kolejne obrazki idyllicznej egzystencji w tytułowym miasteczku. Pastelowe kolory, ustawione w równych szeregach domki z żywopłotami, fryzury i uśmiechy z lat 50. – wizja jest oczywiście zbyt piękna, by była prawdziwa. Niestety, wiemy to jeszcze zanim Clooney zacznie dawać nam pierwsze sygnały, że w tym raju roi się od węży. Kiedy David Lynch otwierał podobną sekwencją Blue Velvet, by następnie brutalnie zedrzeć warstwę lukru, miało to ciężar oryginalnego artystycznego gestu. Kiedy zdaniem „Welcome to Americana” rozpoczynał swoją płytę zespół Offspring, strasząc z okładki uroczym chłopaczkiem z brzydkim robalem na kolanach, była to już po prostu popkulturowa zabawa. Clooney oczywiście zamierza się na artystyczny gest, ale chyba nie zauważył, że nawet na popkulturową zabawę jest już trochę późno.

Kiedy zgłębimy genezę projektu, to Clooneyowskie wyważanie otwartych drzwi nagle przestanie dziwić. Pierwszą wersję scenariusza Suburbiconu napisali bowiem Joel i Ethan Coenowie jeszcze w 1986 (!) roku, niedługo po premierze ich debiutu Śmiertelnie proste. Nad filmem siłą rzeczy krąży zatem widmo słynnych braci. Mamy tu nie tylko kołowrót makabry rodem z ich pierwszego dzieła, ale i zapowiedź tego, o czym opowiadali w późniejszych latach – choćby egzystencjalny spleen amerykańskich przedmieść sportretowany w Poważnym człowieku. Do myślenia daje już fakt, że bracia scenariusza nie zrealizowali. Tym bardziej dziwi, że Clooney sięgnął po niego dobre 30 lat później. W 1986 roku pomysł, by pokazać Amerykę lat 50. przez ironiczne okulary, mógł jeszcze mieć spory potencjał. Clooney coś tam niby dopisał, pozmieniał, ale ostatecznie – z manierą faceta chcącego zdjąć nam klapki z oczu – mówi rzeczy, które od dawna wiemy, w sposób, który dobrze znamy.

Oczywiście zabieg jest po części celowy. Powrót do lat 50. nie jest przecież wyrazem nostalgii. Clooney cofa się do przeszłości, by naświetlić teraźniejszość, szuka przyczyn obecnego stanu rzeczy. Chce pokazać, że niektóre rzeczy wcale się nie zmieniły – nie tylko od 30, ale i 70 lat. Niemal od razu sygnalizuje więc problem, który interesuje go najbardziej: rasizm. Do „białego” Suburbiconu sprowadza się czarnoskóra rodzina i nagle sympatyczne uśmiechy mieszkańców zamieniają się w grymasy wrogości, a zamiast żywopłotów w okolicy wyrastają kolejne płoty. W znaczącym geście Clooney deleguje jednak ten wątek do roli tła. W zamian opowiada nam krwawą anegdotkę o chciwości i zakłamaniu pewnej typowej amerykańskiej rodziny. Przekaz jest prosty: my tu gramy w swoje próżne gierki, a prawdziwe dramaty mają miejsce na drugim planie. Amerykański konsumpcjonizm degeneruje się w marzenia o zabiciu żony i ucieczce z kochanką na Arubę, tymczasem ksenofobia kwitnie w najlepsze – tak oczywista, że aż niewidzialna.

Zostajemy więc z groteskową wariacją na temat Podwójnego ubezpieczenia. Matt Damon i Julianne Moore grają banalnie nudnych przedmieszczan – tak banalnych, że nawet ich mroczny sekret jest nudnym wykwitem chciwości oraz głupoty. Clooney tymczasem z premedytacją pokazuje, jak zbrodniczy plan bohaterów sypie się niczym domek z kart, a oni podejmują jedną złą decyzję za drugą. To typowy Coenowski trop: życiowy banał, który staje w poprzek fantazji i nie pozwala zrealizować się gatunkowemu schematowi. W swoich filmach bracia potrafią jednak tchnąć w postacie na tyle życia, byśmy podążali za nimi, nawet kiedy błądzą i się kompromitują. Ironiczny, protekcjonalny cudzysłów z Suburbiconu natomiast nie pozwala przejąć się całą tą szaradą. Ogląda się ją więc niczym zmechanizowany teatrzyk okrucieństw – z rosnącym znudzeniem i w niecierpliwym oczekiwaniu, aż wypełni się rutynowe fatum.

Nie pomaga nawet zmiana perspektywy: punkt widzenia dziecka, który każe nam przyjąć Clooney. Nadaje to całej historii hamletyczno-edypowy rys, podbudowuje też puentę: retoryczne pytanie o to, czego uczymy nasze dzieci. Trudno odmówić reżyserowi-gwiazdorowi szlachetnych intencji, nie sposób nawet nie docenić jego talentu inscenizacyjnego. Ale Clooney-sumienie-narodu nie porwie tłumów jak – nie przymierzając – Donald Trump. Swoim filmem przekona co najwyżej tych już przekonanych. A i oni będą zmuszeni powiedzieć mu w końcu: „było”.

Data publikacji: