Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Stan ducha
„A Ghost Story”
reż. David Lowery
„A Ghost Story”
2017

Po co opowiadamy sobie historie o duchach? Trochę żeby się w kontrolowanych warunkach przestraszyć, względnie: podniecić. Trochę w ramach zdrowego memento mori, pozwalającego poczuć zły dotyk perspektywy ostatecznej, ale tak, żeby bolał góra dwie godzinki, a nie całe życie. Są też oczywiście zastosowania wbrew instrukcji: duchy wzruszające, duchy rozśmieszające, duchy-Kacperki dla najmłodszych. Generalnie duch bywa jednak Innym, Obcym, Wypartym, który załatwia jakieś swoje niezałatwione sprawy w imię lepszej sprawy. Chyba, że jest akurat Patrickiem Swayze’em, tęsknookim stalkerem z zaświatów. Albo Caseyem Affleckiem w prześcieradle.

Reżyser David Lowery opowiada nam bowiem bardzo szczególną „ghost story”, taką, w której od duchów ważniejszy jest - hmm - stan ducha. Punkt wyjścia faktycznie przypomina nieco hit ze Swayze’em: mamy młode małżeństwo, on (Affleck) umiera, wraca pod postacią ducha i obserwuje, jak ona (Rooney Mara) powoli dochodzi do siebie po stracie. Nic nie jest tu jednak takie, jak można się było spodziewać. Choć poprzednim filmem Lowery’ego był nakręcony dla Disneya familijny Mój przyjaciel smok, tym razem twórcy nie interesuje podążanie szlakiem konwencji. A Ghost Story to żaden paranormalny romans, o horrorze nie wspominając. Wystarczy powiedzieć, że nawiedzający swój dom mąż wygląda tu niczym duch z karykatury: facet w zarzuconej na głowę białej szmacie. Ale i komedii mamy tyle, co kot napłakał.

Lowery nakręcił już wcześniej jeden film z Affleckiem i Marą, Ain’t Them Bodies Saints (po polsku, a jakże: Wydarzyło się w Teksasie). Tam również pozornie brał się za bary z kinem gatunków: z melodramatem i westernem. Niby opowiadał historię duchowych potomków Bonnie i Clyde’a, ale celowo rozrzedzał fabułę, skupiając się raczej na „niedzianiu”. Od strzelanin wolał tęskne spojrzenia w dal, złotą godzinę, ciągnące się po horyzont łany traw. Innymi słowy - poszedł w Malicka. A Ghost Story też skręca ostatecznie w stronę kosmicznej perspektywy, jaką znamy z filmów twórcy Drzewa życia. Zarazem jednak stoi twardo na ziemi, zachowuje intymność skromnej niezależnej produkcji, co może dziwić w kontekście filmu o niematerialnym, nadprzyrodzonym bycie. Z pomocą niech przyjdzie nam literacka metafora: jeśli Terrence Malick kręci kinowe odpowiedniki grubaśnych modernistycznych powieści, jakieś wielowątkowe, rozsymbolizowane strumienie świadomości, to Lowery proponuje film-wiersz.

Jest tu taka scena, już słynna, w której grana przez Marę bohaterka zaczyna jeść ciasto. Jeden kęs, drugi, trzeci. Je i je, w czasie rzeczywistym, w długim ujęciu, z charakterystycznym zawzięciem kogoś, kto ma chwilowo gdzieś dietę i etykietę. Z pasją tonącej, która chwyciła się właśnie wysokokalorycznej brzytwy. Je, jakby chciała przejeść cały ból, zajeść cały stres, i trwa to dobre kilka, kilkanaście minut. Metoda Lowery’ego w pigułce: zamiast melodramatycznego zagadywania emocji, reżyser skupia się na jej zewnętrznym wyrazie, często oszczędnym, niejasnym. Nieprzypadkowo w filmie występują akurat Mara i Affleck, aktorzy cokolwiek anemiczni, o introwertycznych emplois, grający raczej „do środka”, raczej ciałami niż twarzami, raczej gestami niż słowami. Nieprzypadkowo też główny bohater ma na głowie prześcieradło: trudno o większy antyekspresyjny manifest. A jednak w obiektywie Lowery’ego nawet ta biała szmata z czarnymi plamami oczu potrafi wyrazić nieskończony smutek, samotność, zagubienie. Prosty efekt Kuleszowa spotyka się tu z marionetkarską wiedzą, jak obdarzyć materię iluzją emocji. Proste: czasem trzeba coś zabrać, by poczuć coś.

Lowery materializuje niematerialnego ducha, zawijając go w prześcieradło, bo chce opowiedzieć o ciągnącym nas w dół konkrecie, o tym, że nie lubimy tracić naszych rzeczy. Bohater niby staje się bezcielesny, ale siłą przyzwyczajenia utyka w miejscu jak najbardziej namacalnym: przykuty do ram swojego domu, zaplątany w poły materiału, zamknięty w prostokącie ekranowego formatu 4:3. Dni płyną, wspomnienia kruszeją, ale odruch przywiązania pozostaje silniejszy, każe trwać. Znamienna jest scena, gdy bohater widzi przez okno innego ducha, który również czeka w swoim domu, choć nie pamięta nawet, na co ani po co.

Lowery idzie tu w poprzek obowiązującej duchologii. Pokazuje, że nawiedzanie jako zachowanie kompulsywne, a nie wyraz jakiejś boskiej, paranormalnej sprawiedliwości. Sugeruje, że „sprawy do załatwienia”, każące kurczowo trzymać się ruin dawnego życia, to zaledwie ślepe, bezwarunkowe odruchy, które nie pozwalają pójść dalej. Na tak rozpiętym przez reżysera białym prześcieradle jeden widz zobaczy wanitatywną przestrogę, drugi buddyjską lekcję o „puszczaniu”, trzeci pewnie jeszcze coś. Mniejsza jednak o religijne barwy klubowe - poetycka lakoniczność filmu niweluje takie konkrety, sprowadza sprawę do esencji. Ulotnej, czystej, niepotrzebującej słów czy gatunków. Zupełnie jak duch.  

Data publikacji: