Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Ta strona używa cookie i innych technologii.
Korzystając z niej wyrażasz zgodę na ich używanie
zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Jakub Popielecki

Reductio ad Netflixum

Reductio ad Netflixum
„Okja”
reż. Bong Joon-ho
„Okja”
Netflix, 2017

Niepisane prawo argumentacji mówi jasno: zastosuj tzw. reductio ad Hitlerum albo reductio ad Nazium, a przegrywasz dyskusję. Zapędź się w retorycznej metaforyce tak daleko, by wytoczyć przeciwko swojemu przeciwnikowi działa porównań do Hitlera i nazizmu, a twoja linia ideologiczna zawali się pod ciężarem rozbuchanej argumentacji. Weźmy spór o etykę jedzenia mięsa: nie było chyba jeszcze w historii Internetu dyskusji o wegetarianizmie, w której strona mięsożerna nie zostałaby postawiona w jednym szeregu z oprawcami z obozów koncentracyjnych. Podsumowuje to słynne prawo Godwina mówiące, że „wraz z trwaniem dyskusji w Internecie prawdopodobieństwo użycia porównania, w którym występuje nazizm bądź Hitler, dąży do 1”. A sieciowe fora to przecież tylko jedno z licznych pól bitewnych, gdzie przeciwnicy parówek ścierają się ze zwolennikami parówek. Mechanizm reductio ad Hitlerum obowiązuje jednak niezależnie od medium i dotyczy każdej wypowiedzi – także filmowej. Tym ciekawszy jest przypadek filmu Okja, który jak gdyby nigdy nic stawia znak równości między fabrykami przetwórstwa mięsnego a Holokaustem – i nie ociera się przy tym o nadużycie. Cud retoryczny i artystyczny zarazem?

Ale cudowne łamanie zasad to nie pierwszyzna dla Koreańczyka Bonga Joon-ho. Już w swoich poprzednich produkcjach – Zagadce zbrodni (2003 r.) czy The Host: Potwór (2006 r.) – swobodnie żonglował on konwencjami, bez cienia zadyszki przeskakując między egzystencjalnym thrillerem a komedią, między familijnym dramatem a monster movie. Obrazowi Okja najbliżej chyba właśnie do The Host – z tamtym filmem kojarzy się wzruszająco rodzinna tonacja oraz obecność kolejnego wykreowanego komputerowo stwora. To połączenie inkrustowane jest dodatkowo elementami przeniesionymi z jeszcze jednego filmu Bonga – Snowpiercera (2013 r.): międzynarodową obsadą (z Tildą Swinton, Paulem Dano i Jakiem Gyllenhaalem na czele) oraz kąśliwym antysystemowym przesłaniem. Cały ten zestaw wątków i konwencji służy reżyserowi do opowiedzenia historii o przyjaźni między koreańską dziewczynką imieniem Mija a tytułową, hm, superświnką. Wyhodowane przez megakorporację zwierzątko ma ocieplić wizerunek firmy i swoją sympatyczną mordką „sprzedać” miliony superparówek. Mija nie chce jednak oddać swojej przyjaciółki na zatracenie i rusza jej na ratunek – jeśli będzie trzeba, choćby do Ameryki.

Tak, Bong opowiada nam baśń, ale nie jest przy tym naiwny. Już w Snowpiercerze bez złudzeń obnażał dwuznaczność pozycji rewolucjonistów, którzy mają do wyboru zaledwie dwie opcje: zająć miejsce dyktatora albo rozwalić system w cholerę, wykolejając pociąg społeczeństwa. Okja również pokazuje świat niesprawiedliwych kompromisów i drapieżnych systemów zależności. Tilda Swinton w podwójnej roli bliźniaczek-dziedziczek-fortuny uosabia dwie twarze kapitalizmu: obie równie cyniczne i bezwzględne, z tym że jedna stara się zachować pozory, a druga ma to w głębokim poważaniu. Nawet walczącym z korporacyjnymi siostrami aktywistom daleko do romantycznego ideału: Bong piętnuje sprzeczności ich filozofii, oksymoroniczny ideał „terroryzmu bez przemocy”, pokazuje moralne uproszczenia, którymi posługują się, dążąc do celu. Przypomina też o tym, że system w zasadzie reprodukuje się sam, wciąga nas we współudział, mamiąc oczy telewizyjnym spektaklem, łechcąc podniebienia parówkowym smakiem. Siły, które walczą o nasze dusze, może i są groteskowe niczym aktorskie kreacje Swinton, Dano i Gyllenhaala, ale jesteśmy na nie skazani. Groteska graniczy więc z grozą. Dlatego w finale filmu Okja nie będzie deus ex machina, korporacja nie zostanie obalona rączkami rezolutnej koreańskiej dziewczynki. I nawet jeśli Bong daje nam happy end, jest to happy end w skali mikro; happy end, który nie pozwoli zapomnieć o traumie, jaką został okupiony.

Ktoś jednak spyta: jakim prawem Okja poucza nas o korporacyjnych zbrodniach, skoro sama jest produktem korporacyjnego Netfliksa? Czy fakt ten nie dyskwalifikuje filmu, podobnie jak powinno to czynić uciekanie się do analogii z Holokaustem? Czy Netflix nie jest wrednym kapitalistą w typie bohaterki Swinton, a drobni kiniarze, przegrywający w starciu z serwisem streamingowym – biednymi świnkami w kolejce do rzeźni? Cóż, nawet jeśli, nie zapominajmy o jednym. Bez wsparcia ze strony tej platformy Okja by nie powstała, kropka. Nie ma przecież studia ani producenta, którzy pozwoliliby nakręcić Bongowi film zarazem tak bezkompromisowy i tak drogi (inna sprawa, że 50 mln dolarów, które kosztowała Okja, to i tak nic przy trzy-, cztero-, pięciokrotnie większych budżetach blockbusterów z Hollywood). Reżyser już raz próbował, ze Snowpiercerem. Skończyło się na krwawym boju z producentem Harveyem Weinsteinem (ksywa: „Harvey Nożycoręki”), chcącym przemontować film „pod amerykańskiego widza”.

Co ciekawe, Koreańczyk nie nakręcił tu jakiegoś niszowego artystowskiego „snuja”, a przystępne kino gatunkowe pełną gębą: wzruszające niczym najlepszy dramat, trzymające w napięciu niczym najlepszy thriller, z pościgami godnymi Toma Cruise’a, z hollywoodzkimi gwiazdami w obsadzie i z pierwszorzędnymi efektami specjalnymi. Przy tym jednak jest to kino absolutnie autorskie, nierównające do najmniejszego wspólnego mianownika. W filmie Okja, jak rzadko kiedy, cele artystyczne i budżet idą w parze. Bo gdyby Netflix nie wyłożył, ile trzeba, nie można byłoby wykreować na ekranie tak przekonującej superświnki. A gdybyśmy nie uwierzyli, że Okja to oddychająca, czująca istota, nie poszlibyśmy w ogień za Miją i cała fabularna konstrukcja runęłaby na łeb na szyję. Nie wiem, czy to współczesny odpowiednik cyrografu – dusza wykreowanego w komputerze zwierzątka w zamian za konto na serwisie streamingowym. Wiem tylko, że Okja to świetny film. 

Data publikacji: