Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jan Błaszczak

Raper, który poszedł na solo

Raper, który poszedł na solo
„Daytona”
Pusha T
„Daytona”
GOOD Music 2018

Terrence Thornton jest bez wątpienia jednym z najważniejszych raperów XXI w. Jako połowa duetu Clipse odpowiada m.in. za Hell Hath No Fury – jeden z najwybitniejszych hiphopowych albumów w historii. Owszem, o jego wyjątkowości świadczyły w pewnej mierze szokująco minimalistyczne, futurystyczne bity Pharrella Williamsa i Chada Hugo, ale nie było tam utworu, w którym Pusha T i Malice nie błyszczeliby formą. Świetnie odnajdujący się na dziwnych podkładach The Neptunes Thornton w ostatnim wersie swojej pierwszej zwrotki przestrzegał, aby jego przeciwnicy modlili się, żeby nie zaczął kariery solowej. Dziś wiadomo, że nie była to zapowiedź bez pokrycia.

Zanim jednak na półki trafiła Daytona, Pusha T przedstawił się młodszemu pokoleniu słuchaczy za sprawą bardzo dobrze przyjętego albumu My Name Is My Name. Najwięcej uwagi przyciągnęło wówczas singlowe Numbers on the Boards, które – tak jak w przypadku Clipse – chwalono przede wszystkim za bit autorstwa Kanye’ego Westa. Wydawałoby się wręcz, że główną zasługą Thorntona jest szczęście do producentów. Argumenty przeciwko takiej teorii można jednak mnożyć. Obronę rapera powinno się wówczas rozpocząć od zwrócenia uwagi na jego umiejętność rymowania do nowatorskich, niemal awangardowych podkładów. Później należałoby przypomnieć, jak świetnie Pusha T buduje opowieści o brutalnych realiach narkotykowego świata, ze szczególnym uwzględnieniem albumów Clipse. Na koniec zaś zostałoby już tylko rzucić wiązanką metafor i gier słownych, którymi od kilkunastu lat raper upiększa swoje teksty. Tak naprawdę argumentację wystarczyłoby jednak sprowadzić do jednego słowa: Daytona.

Fakt, to bardzo krótki album (niewiele ponad 20 min), ale nie ma na nim słabszego momentu, a większość tych wyśmienitych zawdzięczamy gospodarzowi. Od strony producenckiej wyróżnia się oparte na gitarowym, trochę bluesowym riffie The Games We Play, ale w pozostałych przypadkach podkłady schodzą na drugi plan. Nie jest to jednak winą Westa, który odpowiada za wszystkie bity, ale będącego w olimpijskiej formie rapera. Niezależnie od tego, czy rymuje on do prostych „cykaczy” czy samplowanych żywych instrumentów, czy cedzi słowa czy upycha wersy jeden za drugim, jego technika jest nieskazitelna, a pewność siebie – onieśmielająca. Ta ostatnia prowadzi ostatecznie do rewelacyjnego finału. Oczywiście media ochrzciły już Infrared mianem: „diss na Drake’a”, ale to przecież tylko jeden z wątków tego mocnego rozliczenia z amerykańską branżą muzyczną i toczącymi ją problemami. Po przesłuchaniu go (oraz wypuszczonego do sieci kilka dni później The Story of Adidon) można zaś odnieść wrażenie, że kilka osób modliło się nie dość gorliwie.

Data publikacji: