Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Joanna Kinowska

Post, czyli co?

Post, czyli co?
„Post”
Marta Zgierska
„Post”
Actes Sud, Arles 2016

Post to projekt Marty Zgierskiej, znany lepiej w Europie niż w kraju. Był pokazywany w dziewiętnastu galeriach, m.in. w Helsinkach, Rzymie, Genewie i Paryżu. Zgierska zdobyła nim prestiżową nagrodę Prix HSBC pour la photographie, dzięki czemu została wydana książka poświęcona projektowi. Wystawa jej prac wreszcie zawitała do Polski i jest prezentowana w galerii Instytutu Fotografii Fort.

Seria zdjęć kreacyjnych, przedstawiająca przedmioty i instalacje zatopione w bieli, odpowiada na poszukiwania artystki w obrębie przeżyć granicznych i traumy. Post jest też autobiograficzny, dotyczy wypadku, który przeżyła autorka.

Szukam wyjaśnienia tytułu. Mam go prawie na końcu języka. Jest wieloznaczny, ale chyba wyczuwam, o co może chodzić. Post, czyli po czymś? Po wypadku? Wtedy chyba jednak lepiej „after”. Ale może to „post” – bardziej w znaczeniu „na nowo”, tak jak postawangarda, postnowoczesność – i żeby nie brzmieć zbyt banalnie z „after” albo „new”. Albo to skojarzenie z traumą, z ang. post-traumatic stress disorder. Mało akurat na psychologii się znam, wydawało mi się, że PTSD dotyczy czegoś innego. To może dlatego właśnie samo „post”? A może „post” w znaczeniu artykułu albo ogłoszenia. Stanowiska? To by mogło zagrać, bo kojarzy się trochę z przypominaniem sobie pewnego stanu, wyrażenie siebie po ciężkim i długim procesie rehabilitacji. Nie znamy okoliczności wypadku Zgierskiej, czy tu ma nas doprowadzić tytuł? Z całą pewnością rozwalił świat autorki. Może dlatego Post zdaje się traktować również o odbudowywaniu siebie lub o budowaniu na nowo.

Wieloznaczność tytułu i jego nieprecyzyjność wydają się kłócić z zawartością projektu, ostrą i klarowną. Chyba że… to wszystko, co widzimy, tak szczegółowo i prosto podane, nie jest do końca tak precyzyjne, jasne i oczywiste?

To wejdźmy, zacznijmy od początku, od wyjaśnień. Zgierska mówi tak: „W 2013 roku przeżyłam poważny wypadek samochodowy. Otarłam się o śmierć, z trudem oswajana rzeczywistość wymknęła mi się z rąk. Nieszczęście pociągnęło za sobą kolejne – operacje, miesiące fizycznych ograniczeń, rozstanie, nawrót i zaostrzenie nerwicy lękowej”. Kurator wystawy, Adam Mazur, dodaje: „To rodzaj autoportretu artystki, w którym widzimy jej oblicze i jej życie jedynie pośrednio, zatrzymane w rzeczach i kompozycjach. Kuratorski opis wydaje się nieadekwatny, ułomny względem obrazów i słów samej artystki”. Mijamy szklane pudełko, gablotę wypełnioną – na pierwszy rzut oka –  białym gruzem, kamieniami. Po chwili na „kamieniach” zauważamy kształty: usta, fragmenty twarzy. Rozbite rzeźby? Idziemy do początku wystawy, zaczynamy od kartki – oceny. Ona też znajduje się na początku narracji w książce. Sfotografowana kartka, a zatem obiekt. Czytamy ocenę opisową wystawioną Marcie po pierwszym semestrze klasy pierwszej szkoły podstawowej. Zdolna, sumienna, pracowita, aktywna, wszechstronnie zainteresowana i koleżeńska. Kartka kiedyś złożona, wyprostowana do zdjęcia. To reprodukcja tak naprawdę, ale wysoce zestetyzowana. Idziemy dalej, po kolei, długa ściana. Najpierw puzzle, ułożone i odwrócone, nie widać obrazu. Puzzle są popsute, ktoś środek rozsypał. Wyjątkowo to spójne i oczywiste. Dalej tryptyk, zestawione trzy zdjęcia: drzewo z torbami foliowymi, podłoga i ściana oraz pręt przyklejony do ściany. Kompozycje graficzne niknące w bieli i tę biel niemal analizujące. Potem akt na krzesłach pozbawionych siedzisk. Instalacja z elementem ludzkim. Ciało kobiece zakleszczone, zamknięte, odwrócone tyłem. Spory kawałek dalej dyptyk: poplamiony na czerwono jasny płaszcz, na drugim zdjęciu rozsypane zwierzęce zęby. Idziemy do drugiej długiej ściany, mijając autoportret artystki. Jej policzek i skóra wokół oczu zostały rozciągnięte, zszyte, pociągnięte gdzieś poza kadr. Tej fotografii nie ma w książce, co jednak zastanawia mnie dopiero długo po opuszczeniu galerii. Wystawa jest oczywista i spójna, ale ten portret kłuje i boli widza. Jeśli dotąd mieliśmy mgliste wyobrażenie co do tego wypadku, pochlapany krwią płaszcz i zniekształcona twarz, są to obrazy nad wyraz wymowne. Dalej fotografia rośliny wyjętej z doniczki, znów dyptyk – na wysokim stoliku, jak na podium z czarnej tkaniny, leży kogut, częściowo bez pierza. Obok portret dziecka, blondwłosej dziewczynki w dużo za dużym, dorosłym czarnym płaszczu. Zmierzając do wyjścia, widzimy jeszcze fotografię przedstawiającą wewnętrzną część dłoni – z czerwoną szramą tuż obok linii życia, naśladującą jej kształt – i fotografię zgniecionego w dużą kostkę samochodu. Nie dojdziemy już, czy to osobowy czy van. Biały, pordzewiały. Ostatnie zdjęcie to kolejny akt, w podobnej odwróconej od widza pozycji. Zasłaniając pośladki, modelka (model?) trzyma lustro zwrócone gdzieś w przestrzeń za siebie.

Zdjęć nie jest dużo, każde kolejne budzi skojarzenia, dopełniają się nasze domysły co do wypadku, rehabilitacji, przeżyć. Mamy wszystko podane jak na talerzu, czytelnie i precyzyjnie. Jeszcze tylko ostatnia sprawa. Pośrodku jest ściana, w samym centrum, a na niej zdjęcia, inne, przypominające maski pośmiertne. To fotografie odlewów gipsowych twarzy. Autoportrety, z grymasami, minami. Dwanaście, każdy inny, niczym kolekcja. Umieszczone w środku wystawy. I dokładnie pośrodku książki.

Czytelność i precyzja polegają na tym, że tu się nie można zgubić. Mamy wręcz wytyczony kierunek zwiedzania. Jeśli nie obejrzymy masek pośrodku zwiedzania wystawy, ale wrócimy do nich lub od nich zaczniemy – i tak zostają w środku i centralne. Jakby były najważniejsze…?

*

Numbness (drętwienie) – taki tytuł nosi cykl prac w centrum wystawy i publikacji Post. Przyznam, że trochę oszukiwałam, szukając skojarzeń i wyjaśnień. Nie mogąc odnaleźć wyjaśnień znaczenia tytułu ani na wystawie, ani w książce, zajrzałam na stronę. Tam też nic nie znalazłam, poza komentarzem, że fotografie masek to osobna część czegoś, co uważałam za jedno. Choć dotąd wydawały się one osią i centrum, może łatwo będzie uznać je za coś oddzielnego? Tylko czy Post się wtedy nie rozsypie?

Nie, to nie może być tak skomplikowane. Jest ocena z drugiej klasy, wątki autobiograficzne oczywiste. Akty i portrety to oczywiście znów autorka. Zdjęcia dotykają traumy własnej, przepracowują ją, to jasne. Ale kiedy już wydaje się, że dotarliśmy do sedna, sprawy znów się komplikują. Tekst zamieszczony w książce dorysowuje nowe wymiary: światło jest kliniczne, fotografowane obiekty są rzeźbami, instalacjami. Wszystko jest ostre, bez eksponowania emocji, bez patosu. Każde zdjęcie stanowi osobny komunikat, swoisty autoportret. Tak widzi to Christian Caujolle, gigantyczna postać świata fotografii, kojarzony być może bardziej z fotografią prasową. Można się z nim zgodzić, co nie znaczy, że trzeba. Coś, co dla jednych jest ostre, dla innych może być lodowe i delikatne, jak z kolei o Post pisze Diane Dufour (dyrektorka paryskiej galerii LE BAL). Łączenie tropów jest oczywiście sprawą indywidualnego odbioru, osobnych skojarzeń, klinicznych, naukowych, analitycznych. Ale wszystkie dążą do spójności.

We mnie te prace budzą emocje, ponieważ mówią o emocjach. Są nieprzyjemne, chociaż piękne. Skojarzenia, które nawarstwiają się w trakcie przechodzenia od obrazu do obrazu, podsuwają dodatkowe znaczenia, choć wszystko jest takie oczywiste. Pojawiają się dreszcz i gęsia skórka. Włosy stają dęba. Chcę się przegryźć i dojść do znaczeń, do kolejnego dna. Chcę precyzji i wyjaśnień. Odbijam się od szyby, a ta treść unosi się za nią, nieokreślona i niedosięgła. Nie rozbiję szyby, bo w tej serii wszystko już wystarczająco kłuje – dosłownością i bólem. Może to jest też o strachu? I niewymowności, niemożliwości opowiedzenia?

Marta Zgierska Post

Instytut Fotografii Fort, Warszawa,

Wystawę można oglądać do 11 marca 2018 r. 

Data publikacji: