Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Stach Szabłowski

Podsmażanie mózgu na temperze jajowej
Tuzin potwornych obrazów Marka Sobczyka

Podsmażanie mózgu na temperze jajowej

Malarstwo Marka Sobczyka to propozycja w pewnym sensie potworna. Człowiek niby powinien być na tę potworność przygotowany. Gwiazda Sobczyka jak raz zaświeciła w mrocznych latach 80., tak nie gaśnie do dziś. To jest klasyk; jeszcze trochę, a zostanie nestorem, takim, o którym uczyłby się dzieci w szkołach – pod warunkiem, że polskie szkoły uważałby za stosowane opowiadać dzieciom o malarzach.

Było zatem wiele czasu, aby przyzwyczaić się do Sobczyka. Było jednak jeszcze więcej czasu, aby odzwyczajać się od oglądania obrazów złożonych, zagmatwanych i paradoksalnych. W epoce postinternetowej ogląda się strasznie dużo strasznie prostych rzeczy. Po takim ilościowym treningu oczy mają świetną wytrzymałość, ale siłę wątłą. Czy są jeszcze w stanie udźwignąć dyskursywny ciężar takiego malarstwa? Oto pytanie, z którym wchodziłem na jego najnowszą wystawę w galerii pod wszystko i nic zapowiadającym szyldem „Contrast”.

W mitycznych latach 80. Sobczyk – rocznik 1955, uczeń Stefana Gierowskiego, mistrza kosmicznych, medytacyjnych abstrakcji – wpłynął na scenę sztuki na fali pokolenia Nowych Dzikich, postpunkowego ekspresjonizmu, który królował w malarstwie tamtej dekady. „Dzikiego” łatwo wyobrazić sobie jako malarskiego zwierza, podmiot napędzany instynktami, który najpierw robi, a potem myśli – albo i nie myśli, zostawiając to krytykom. Co zaś tyczy się Sobczyka, krytycy nigdy nie musieli myśleć za niego; raczej z trudem za jego myślami nadążali. Na gwałtowności – zarówno wizualnej, jak i intelektualnej – malarzowi nie zbywało, ale jego „dzikość” szła w parze z skłonnością do filozofowania i teoretyzowania, a także z erudycją, w obliczu której człowieka zaczyna ogarniać niejasne przeczucie, że nie odrobił wszystkich lekcji. W latach 80. Sobczyk współtworzył legendarną formację Gruppa – prawdziwy dream team „nowodzikiego” malarstwa. Ich malarstwo bywało dzikie, ale i mądre. Ich obrazy były brzemienne nie tylko farbą, lecz i sensem, a Sobczyk spośród Gruppowców był najbardziej dyskursywnym i najtrudniejszym autorem. Zostało mu to do dziś. W „Contraście” artysta pokazuje wybór prac z XXI wieku. Najstarsze są z początku stulecia, w najnowszych odbijają się refleksy „dobrej zmiany”, 500+ i czasu teraźniejszego. A skoro mowa o czasie, to ten zadaje się spływać po Sobczyku, jak woda po kaczce. Mijają lata, a malarz pozostaje czujny, zawsze gotowy do rozprawy z rzeczywistością. Polem walki jest płótno – wszystkie chwyty są dozwolone.

Marek Sobczyk – 2000 [Westerplatte] (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)
Marek Sobczyk – 2000 [Westerplatte] (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)

Co jednak z tą potwornością? „Contrast” pokazał wystawę Sobczyka pod rzeczowym tytułem „230x180”. To format preferowany przez malarza, skądinąd mężczyzny ponadprzeciętnej postury, który lubi mieć dużo miejsca zarówno na wizualne, jak i dyskursywne operacje. Obrazy Sobczyka, z nielicznymi wyjątkami, są zatem duże, niemniej na aktualnej wystawie jest ich raptem tuzin. A może jednak aż tuzin? To niemal potworne, ile wątków, tropów i figur Sobczyk zdołał zmieścić i posplatać w dwunastu zaledwie pracach. Na wystawie jest legendarny terier Nipper słuchający „głosu swego pana” z fonografu Edisona. Jest Elvis Presley. Greckokatolicka teologia. Tekstowe cytaty z forów internetowych. Malarskie cytaty z protorenesansowych dzieł Jeana Fouqueta, z Andrzeja Wróblewskiego i z mangi. Święte księgi używane są do korekcji kobiecej sylwetki, wizerunki Beatlesów zostają zaplątane w refleksję na temat mięsa (polskiego i w dodatku, obawiam się, ludzkiego) oraz biopolityki w Polsce doby „dobrej zmiany”. Pomniki oglądane (i czytane) są od tyłu, stare hasła propagandowe od przodu, ale pod nietypowym kątem, a walka o prawa kobiet toczy się w tureckich środkach komunikacji publicznej. Na jednym z obrazów, jak głosi tytuł, Jimi Hendrix wykurwia z wiosłem na deski w Bytomiu, legendarny gitarzysta pojawia się niczym jakiś elektryczny mesjasz, przybywający trochę z rockowych zaświatów, a trochę ze świata prawosławnych ikon – i materializuje się wśród tekstu oraz w pejzażu Górnego Śląska, który zapada się w czarne dziury pokopalnianych wyrobisk. Co za niemożliwa wizja!

Marek Sobczyk – Panny z Awinionu (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)
Marek Sobczyk – Panny z Awinionu (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)

Na innym obrazie Sobczyk wymalowuje tekst „Wyższe istoty nakazały mi Panny z Awinionu po prostu namalować” – i rzeczywiście na tym samym płótnie maluje własną wersję Picassowskiego arcydzieła. Co do „wyższych istot”, to na te tajemnicze byty powoływał się czasem Sigmar Pole, jeden z czołowych niemieckich Nowych Dzikich, malarz, któremu Sobczyk poświęcał zawsze wiele uwagi.

Marek Sobczyk – Ateizm nie! (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)
Marek Sobczyk – Ateizm nie! (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)

Potworność sztuki Sobczyka polega zatem na łączeniu w malarskie organizmy członków i organów, które należą do bytów tak osobnych i pozornie od siebie odległych, jak na przykład Hendrix, górnicze miasto Bytom i prawosławne ikony. Prawdziwy potwór musi być niepodobny do niczego, co spotyka się w naturze; najlepiej kiedy jest hybrydą, pomieszczaniem porządków, człowiekiem z głową byka, orłem z lwim łbem. Obrazy Sobczyka są czymś w rodzaju takich stworów, budowane jednocześnie z malowanego tekstu, figur i ornamentu wyglądają jak rebusy. I rzeczywiście w pewnym sensie nimi są – tyle, że takimi rebusami, które nie mają prawidłowego rozwiązania. „Co, na litość boską, artysta miał na myśli?” – myśli odbiorca, gubiąc się w labiryntach Sobczykowych kalamburów, błądząc w gąszczu ścieżek, które wiodą jednocześnie ku historii malarstwa, teologii, popkulturze, poetyce internetu czy mandze. Sobczyk od roku 1979 aż po dziś dzień prowadzi malarski projekt pod kryptonimem Badania mózgu w Polsce. Te „badania”, prowadzone środkami malarskimi, przypominają czasem smażenie mózgu odbiorcy na wolnym ogniu nadwyżki treści. Nie szkodzi. W myśl zasady: „lepiej z mądrym stracić, niż z głupim zyskać”, bez wątpienia sensowniej jest grillować sobie mózg rebusami takiego malarza jak Sobczyk, niż odrętwiać go obrazami bez sensu, których na wystawach (i w ogóle wszędzie dookoła) przecież nie brakuje.

Marek Sobczyk – 500+ (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)
Marek Sobczyk – 500+ (reprodukcja udostępniona dzięki uprzejmości Galerii Contrast)

Na swój sposób Sobczyk to artysta potwornie konserwatywny. W dzisiejszej perspektywie już w samym koncepcie uprawienia malarstwa jest coś staroświeckiego, ale on maluje temperą jajową, techniką nie tyle staroświecką, ile archaiczną. Używali jej starożytni, największe triumfy święciła w średniowieczu, ale europejscy malarze generalnie porzucili ją jeszcze w renesansie dla bardziej zaawansowanej i efektownej techniki olejnej. W malarstwie robionym temperą jajową, w jego surowej matowości i złamanych kolorowych, jest coś poważanego, wręcz ortodoksyjnego. Wizualnie Sobczyk – znawca i fascynat rozmaitych tradycji – gra tą kartą, ale o jego myśleniu można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że trzyma się jakiejkolwiek ortodoksji. Jego obrazy najpierw pociągają oko (tyle się tu dzieje! i tak dobrze to wygląda!), potem okazują się rodzajem laboratorium, w którym malarz przeprowadza eksperymenty godne szalonego naukowca. Co będzie jeżeli namalujemy raz jeszcze Panny z Awinionu, poddamy je ciśnieniu grekokatolickiej symboliki i skatalizujmy zachodzącą reakcję parafrazą słów Sigmara Polke? A co będzie jeżeli na jednym obrazie zaczniemy oddziaływać na cytat z Wróblewskiego wizerunkiem japońskiego duszka menstruacyjnego? Albo będziemy temperą jajową malować facebookowe screenshoty i twitterowe posty? Co będzie jeżeli przepuścimy pojęcie ateizmu przez ikonografię socrealistycznego plakatu antywojennego? Cóż, żeby uzyskać ciekawe rezultaty, trzeba używać niekonwencjonalnych narzędzi, dociekać co ma piernik do wiatraka, zastanawiać się co boski Hendrix robi w Bytomiu; sensowne odpowiedzi można dziś dostać tylko na absurdalne pytania. Sobczyk to malarz, który nie mieszka w bańce mydlanej, tylko tu, gdzie my wszyscy – w świecie pomieszanych pojęć, poplątanych porządków i zatartych granic między historią i przyszłością.

Czy rolą artysty jest porządkować ten chaos? Być może, ale Marek Sobczyk raczej nie jest artystą, który chciałby grać taką rolę. Okej: filozofuje malarstwem, operuje w szarej strefie między słowem i obrazem, komponuje płótna jakby tworzył traktaty. Ale nie dajmy się zwieść wyrazowi zatroskanej powagi, która często pojawia się na twarzy artysty, kiedy mówi o swoich pracach. Nie chodzi tu o porządek, lecz raczej przeciwnie – o anarchizowanie myślenia, rozstrajanie sensów, tak by nie zestrajały się w usypiające harmonie, tylko wchodziły ze sobą w ożywcze dysonanse, wytrącały się nawzajem z równowagi, wyprawiały w ruch oko i mózg. Obrazy Sobczyka wciągają potwornie, ale nie ma rady – dobre malarstwo będzie potworne albo nie będzie go wcale.

Widok z wystawy Marka Sobczyka w Galerii Contrast (zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Galerii)
Widok z wystawy Marka Sobczyka w Galerii Contrast (zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Galerii)

Galeria Contrast

Data publikacji: