Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Opowieść bez-moralna

Opowieść bez-moralna
„Love Express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka”
reż. Kuba Mikurda
„Love Express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka”
prod. Colab Pictures

„Ten film mnie przeraża, bo nie wiem, co znaczy” – mówi do kamery reżyser Neil Jordan. Chwilę potem w podobnym tonie wypowiada się Terry Gilliam, wyznając, że „nie wie, czego doświadcza, ale wie, że mu się to podoba”. Obaj panowie mają na myśli twórczość Waleriana Borowczyka, pochodzącego z Polski ekscentrycznego reżysera. Już sam fakt, że takie tuzy z trudem znajdują słowa na opisanie kontaktu z jego dziełami, sugeruje, że za łatką reżysera erotomana, jaka przylgnęła do twórcy Dziejów grzechu, kryje się dużo więcej. W swoim dokumencie Kuba Mikurda przeprowadza fascynujące śledztwo w sprawie owego „zaginięcia” Borowczyka. Na tym jednak nie koniec, przypadek Borowczyka staje się bowiem punktem wyjścia do opowieści o przemianach kulturowych ostatniego półwiecza. Opowieści o tym, jak po sztuce awangardowej przychodzi sztuka biznesu, a po rewolucji seksualnej – rewolucja #MeToo.

Borowczyk w obiektywie Mikurdy wyrasta bowiem na postać tragiczną, na ofiarę transformacji obyczajowych, które początkowo pozwoliły mu zrobić karierę. Reżyser zaczynał w Polsce jako twórca eksperymentalnych, zanurzonych w surrealizmie, animacji. Prawdziwy sukces osiągnął jednak dopiero po wyjeździe do Francji, gdzie podjął walkę na pierwszym froncie X muzy, poszerzając granice tego, „jak” i „co” można w kinie pokazywać. Goto, wyspa miłości (1968), Blanka (1971) czy Opowieści niemoralne (1974) na równi szokowały i ekscytowały, odważnie eksplorując potencjał (potencję?) kinowej wyobraźni i kinowej seksualności. Borowczyk – jak to się mówi – chwycił błyskawicę w butelkę. Chwilę potem jednak Zeitgeist, któremu tak trafnie dał on wyraz, ukręcił mu łeb. Reżyser padł ofiarą własnego sukcesu: zamknięty w szufladce z filmową erotyką, nie mógł znaleźć funduszy na projekty, w których nie zamierzał świecić golizną. W finale trajektoria jego kariery ułożyła się dość dramatycznie: od szczytów międzynarodowego arthouse’u – konkursów głównych festiwali w Cannes czy Wenecji – do odcinania erotycznych kuponów w Emmanuelle 5.

Nie mogło być więc inaczej: Love Express to film o wolności, o jej porywach i kaprysach. „Do Francji uciekł za wolnością”, „kochał wolność” – mówią Mikurdzie bliscy, współpracownicy i miłośnicy Borowczyka. Gilliam zwraca uwagę, że każdy reżyser animacji ma absolutną swobodę kreacji, jest de facto bogiem swojego małego, animowanego uniwersum. Operator Borowczyka wspomina z kolei, jak ten usiłował przenieść ową boskość na plan filmu aktorskiego, gdzie wszystko chciał robić sam. Ów pęd ku wolności – także wolności ekspresji – współgrał z tym, co działo się na świecie: osłabieniem mocy cenzury, fascynacją transgresją, rozkwitem karier takich twórców, jak Bernardo Bertolucci czy Nagisa Ōshima. W tej nowo powstałej strefie wolności szybko dostrzeżono jednak gotową do zagospodarowania – czytaj: spieniężenia – niszę. W efekcie erotyczną sztukę-dla-sztuki zastąpiła sztuka użytkowa – pornografia. Warunki wolności zaczęły być zależne od reguł popytu i podaży, a priorytetem stało się nie dzieło, ale produkt. W takim świecie nie było już miejsca dla Borowczyka – idealisty, marzyciela, wolnego ducha. Chichot historii: jego ścieżka do wolności okazała się ślepą uliczką, trasą wiodącą prosto w pułapkę.

Mikurda z pasją idzie tu za swoim bohaterem, nie tylko gromadząc przed kamerą grupę pasjonatów, ale i przełamując zwyczajową przezroczystość dokumentalnej konwencji. Rodem z animacji Borowczyka jest więc bogata warstwa dźwiękowa Love Express czy animowane ornamenty, które „wspomagają” wypowiedzi kolejnych „gadających głów”. W końcu wypada, by film poświęcony twórczości jednego z bardziej „zmysłowych” reżyserów, sam był „organoleptyczny”, sensualny.

Mikurda nie pozostaje jednak w pozycji „na kolanach”. Odważnie wystawia bohatera na próbę współczesności. Filozof Slavoj Žižek punktuje więc do kamery ślepe plamki obyczajowej rewolucji z lat 70., a krytyk Peter Bradshaw podpowiada, że filmy Borowczyka – choć wówczas tego nie zauważano – były silnie nacechowane genderowo. To zresztą nie przypadek, że w Love Express wypowiadają się głównie panowie. Koniec końców „Boro” był przecież twórcą bardzo „męskim”; funkcjonował w modernistycznym paradygmacie artysty geniusza – obowiązkowo faceta – któremu w imię sztuki wolno więcej. Dziś akcje w rodzaju #MeToo piętnują nadużycia, na jakie pozwalał ten ideał.

Love Express nie proponuje jednak prostych rozstrzygnięć czy morału, raczej otwiera dyskusję, przy okazji dopisując nowy rozdział do wątku „Borowczyk a sprawa polska”. Jak odbierać dziś twórczość autora Bestii? Czemu Polska wyparła Borowczykowe Dzieje grzechu i czy to symptom szerszego problemu, jaki ma nasze kino (albo i kultura) z seksem? „Za co”, a „pomimo czego” należy pamiętać artystów i gdzie leży granica między rewizją a amnezją? Śledztwo trwa.

Data publikacji: