Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Mroczny jogin
„W pogoni za wielką rybą”
David Lynch, tłum. B. Kotarski
„W pogoni za wielką rybą”
Wydawnictwo Samsara, Białystok, 2018

W ostatnim czasie polscy fani Davida Lyncha nie powinni mieć powodów do narzekań: kiedy tylko ochłonęli po trzecim sezonie Twin Peaks, już w listopadzie mogli udać się do toruńskiego CSW na największy dotychczasowy przegląd  prac Amerykanina (malarstwo, rysunek, animacja, muzyka); na początku tego roku zaś wznowiono książkę, od dawna nieobecną w księgarniach, zatytułowaną W pogoni za wielką rybą.

Książka ta stanowi dość luźny zbiór przemyśleń i anegdot z życia tego wielowymiarowego twórcy; pojawiają się w niej różne wątki autobiograficzne, zapiski z przebiegu spotkań z Angelo Badalamentim czy Fellinim; całość przeplatają cytaty z Upaniszad, Bhagawadgity i Patańdźalego. Nie znajdziemy w tej książce mroku i ciężaru, literackiego odpowiednika Inland Empire czy Mulholland Drive, przeciwnie, czyta się ją lekko i przyjemnie. Szczególnie wiele uwagi Lynch poświęca medytacji i swoim doświadczeniom z nią związanym; znając jego zaangażowanie w praktykę medytacji transcendentalnej, W pogoni za wielką rybą można odczytywać w dużym stopniu jako zachętę do tej praktyki.

Tytułowa wielka ryba to twórczy pomysł, który niespodziewanie wpada w pole świadomości, czy też zostaje do niej złowiony. Przykładowo, Lynch opisuje, jak wiele lat temu, stojąc na parkingu, oparł się o samochód, który był ciepły; nagle stanął mu przed oczami obraz pomieszczenia z czerwonymi ścianami i dziwną podłogą. Tak została złowiona naprawdę wielka ryba: jeden z kultowych symboli świata Twin Peaks. Innym razem Lynch nie wiedział, jak doprowadzić do końca Głowę do wycierania. Brakowało mu idei, która zakończyłaby sekwencję nakręconych wcześniej obrazów, domknęła ją w spójną całość; któregoś dnia chwycił za Biblię i natrafił na jedno zdanie, w którym odnalazł dokładnie to, czego szukał (niestety, uznał, że nigdy nie zdradzi, co to za zdanie). W taki sposób łowi.

Niektórych czytelników, obeznanych z wyjątkowo mrocznym i niepokojącym światem wyobraźni Lyncha, mogą zaskoczyć wypowiedzi o... szczęściu i spokoju umysłu. Amerykanin argumentuje z całą mocą za tym, że artysta powinien wyjść poza popularną wśród twórców gloryfikację cierpienia; że powinien poznać strach, ale ten nie powinien go ograniczać; że powinien poznać cierpienie, aby tworzyć, ale nie musi go ciągle przeżywać, by być twórcą autentycznym. Lynch stwierdza, że im artysta bardziej cierpi, tym jest gorszym artystą: przejrzysty i spokojny umysł umożliwia lepszy odbiór twórczych idei. Tak oto nieoczekiwanie David Lynch, jeden z radykalniejszych rzeczników artystycznego mroku, staje się rycerzem światła!

Ktoś mógłby znaleźć sprzeczność w tym stanowisku. Lynch stara się ją rozwiązać, pisząc, że jest człowiekiem swoich czasów, czyli także dzisiejszych konfliktów (świadomych i nieświadomych), a te miałyby odbijać się w jego twórczości; ponadto nie uznaje siebie za żadnego guru ani za człowieka oświeconego, lecz za prostego faceta ze stanu Montana. Czy jest to wyjaśnienie przekonujące, niech sobie każdy sam odpowie.

Data publikacji: