Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Destroix
Masz gdzie?
„Wielki Fryderyk”
tekst Adolf Nowaczyński; reżyseria Jan Klata
„Wielki Fryderyk”
Teatr Polski w Poznaniu

Słowa poniższe polecamy czytać do piosenki „Here Comes the Pain” zespołu Slayer.

Sigmund Freud był zdania, że niepamięć nie jest ślepa, że sama wie najlepiej, czego lepiej nie pamiętać. Niepamięć zbiorowa wybrała do niepamiętania twórczość Adolfa Nowaczyńskiego. I nie przez przypadek. Jego Wielki Fryderyk to rozległa kobyła aktualna 100 lat temu. 400 stron w PDF-ie, timesem jedenastką. Klata lubi takie graty i czasem wywlecze znikąd jakiegoś tam Jaworskiego albo Micińskiego, lub Nowaczyńskiego. W następnej kolejności Jolanta Janiczak.

Poprzednio na Klacie, na Miarce za miarkę zrobionej po czesku, miałem problem taki, że nie rozumiałem tekstu. Tu mam problem, że rozumiem.

Najwięcej o scenariuszu mówią jego wykonawcy – tym, że go nie ogarnęli i że muszą z podajnika. Szczerze? Ja też bym położył laskę, nie zaśmiecał sobie mózgu taką sraczką literacką. Powstał pierwszy w historii spektakl w reżyserii promptera. „Czytanie performatywne” nabiera nowego sensu. Podajników tekstu postawiono osiem, plus dwa dla widowni. Nie ma ucieczki przed tekstem Nowaczyńskiego; gdziekolwiek aktor spojrzy, tam go tekst dopadnie. Jest to chwyt z epoki, bo gdy premierę trzaskano nową co piątek, sufler był najważniejszą składową obsady. Da się radykalniej, niech maszynka nie tylko wyświetla, ale też wygłasza kwestie, a aktorzy mogą lipsynkować do syntezatora mowy. Garbaczewski by tak zrobił.

Uczciwie zaznaczam, że pół widowni sikało po nogach i wstało na brawach. Dodam wyższościowo & klasistowsko, że mówimy o mniej wyrobionej połowie widowni. Skąd wiem? Po tym, co ich bawi. Bo jak kogoś biorą numerasy, oczka do widowni, sceniczna linia najniższego oporu, to jak tu nie zostać snobem? Zresztą im zazdroszczę, bo jedyną metodą, by przeżyć ten spektakl, jest się zacząć chichrać. Skądinąd warszawka reaguje tak samo, ale kiedy numerasy odchodzą na premierze w TR-ze. W kronice towarzyskiej tego wydarzenia, premiery Klaty w Poznaniu, odnotujmy jeszcze, że Marek Mikos chciał wbić się na imprezę, spróbował opcji gate crashing, ale bez biletu nie ma, zaliczył czołowe.

Jan Klata kontynuuje pewne swe sposoby wyrobione w Starym. Nieśmieszne śmieszki jak w Ubu, dworskie nudy jak w Learze, timing jak w Trylogii. Śmieszkowanie i zanudzanie to, się okazuje, nie są sprzeczne sprawy. Wyobraźcie sobie nieśmiesznego wujka, który bardzo chce być śmieszny, a wasz brak reakcji bierze za zachętę. Tak się przejawia brak poczucia humoru, humorem na odlew i do oporu.

Marek Mikos robi teatr wbrew zespołowi, a Maciej Nowak przy okazji zespołu. W Teatrze Polskim jest podobnie jak w Słowaku. Zespół aktorski jest tutaj pretekstem, by doprosić gości. Moim zdaniem to nie działa, ale może nie ma wyjścia i dopiero bez gościnnych byśmy zobaczyli…

Klata jest w złej formie i trudno się dziwić. Ale Klata jedno, a ostatecznie nie on występuje. W sprawie Teatru Polskiego żywię nieładne przypuszczenie, że nie ma kim robić! Troje świetnych reżyserów, Kleczewska, Strzępka i Klata, już się wrąbało w ten trójkąt bermudzki, gdzie wszystkie czujki wariują. Cokolwiek by się tam działo, jakby nie działo się nic. Może ktoś przeklął tę scenę? I nie tyle nie ma kim, co gdzie nie ma robić. Jak w tym pytaniu istotnym przed pierwszą schadzką: masz gdzie? Chyba Frljiciem trzeba by ich poszczuć, Frljicia tam wpuścić, on im wszystko przecweluje i dawne uroki przebije własnymi.

Wielki Fryderyk. Parę razy widziałem równie złe spektakle, ale były krótsze.

Data publikacji: