Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jakub Popielecki

Małpa też człowiek

Małpa też człowiek
Wojna o planetę małp
reż. Matt Reeves
Wojna o planetę małp
Stany Zjednoczone, 2017

Podobno małpa dysponująca nieskończonym czasem jest w stanie wystukać na maszynie do pisania dzieła zebrane Szekspira. Tak zwane twierdzenie o nieskończonej liczbie małp – choć sugeruje prawdopodobieństwo podobnego cudu – w rzeczywistości wskazuje jednak absurdalnie nikłe szanse na podobny obrót spraw. Na szczęście para słów „małpa”/„Szekspir” ma jeszcze jedną konotację. Kto widział Ewolucję planety małp z 2014 r., ten z pewnością pamięta godny Szekspirowskiej tragedii pojedynek między małpą Cezarem a małpą Kobą. Dobrze, może seria o planecie małp nie jest aż taką rewelacją, jaką byłby szympans piszący Hamleta, ale i tak stanowi rodzaj filmowego cudu. Choć stosują się do niej wszystkie te brzydkie hollywoodzkie terminy, takie jak: „reboot”, „prequel”, „sequel”, to jednak dość znacząco odstaje ona od blockbusterowej średniej – oczywiście in plus. W tym akapicie siedem razy pojawia się słowo „małpa” (poprawka: teraz już osiem razy) i już sam ten fakt jest osobliwy. A to zaledwie początek.

Wojna o planetę małp – najnowsza odsłona cyklu i zarazem zwieńczenie trylogii – to hollywoodzkie widowisko za 150 mln dolarów, z gwiazdami w obsadzie i zapierającymi dech w piersi efektami specjalnymi. Tego typu filmom opłaca się równanie do najmniejszego wspólnego mianownika, byle z nawiązką zwrócić astronomiczny budżet, a najlepiej go zdublować, potroić i tak dalej, ile wlezie. Tymczasem pierwsza godzina nakręconego przez Matta Reevesa widowiska stawia opór hollywoodzkim zwyczajom i odbywa się niemal bez słowa mówionego. Żeby nie było: są tu dialogi, ale w przeważającej większości w języku migowym. Zamiast porywających sekwencji akcji, wybuchów i pościgów, dostajemy siedzące w jakiejś jaskini migające małpy. Sfilmowane głównie w bliskich planach, tak byśmy mogli swobodnie zajrzeć w ich wrażliwe oczy. Chciałoby się powiedzieć – oczy niemal ludzkie.

Ludzi natomiast mamy tu jak na lekarstwo. Oczywiście pojawiają się jakieś niedobitki, szumnie chcące walczyć o swoje miejsce na szczycie globalnego łańcucha pokarmowego. Nie jest jednak żadną tajemnicą, dokąd zmierza opowieść i kto skończy na śmietniku historii. Pytanie tylko, jaka będzie cena ostatecznego przemianowania Ziemi na tytułową planetę małp. I tu ciekawostka: zajadający popcorn widz kupuje tę wizję, nie protestuje, gładko wczuwa się w małpi punkt widzenia. Gdyby protestował, seria skończyłaby się na pierwszej części – tymczasem trylogia właśnie została domknięta. Ktoś zatem te filmy obejrzał, ktoś te budżety zdublował. Na pewno nie były to szympansy. Oto zatem największe osiągnięcie nowego „małpiego” cyklu: gładkie przekalibrowanie perspektywy, wychowanie sobie widza. W oryginalnej serii z lat 60. i 70. wizja tytułowej planety raczej przerażała. Tym razem jest czymś niemalże wyczekiwanym. W finale filmu los ludzi zostaje sprowadzony niemalże do przypisu, a my (szok!) kibicujemy. Panie i panowie: posthumanizm. Wdrażany tak skutecznie, że nie sposób potem pisać o filmie bez odmieniania przez wszystkie przypadki słowa „małpa”.

Spojrzenie z perspektywy innej niż antropocentryczna przybliża Wojnę o planetę małp do niedawnego filmu Okja Bonga Joon-ho. Tam widz współodczuwał z superświnką, był nakłaniany do przemyślenia swoich nawyków żywieniowych i stosunku do zwierząt. Tu jest podobnie, choć o nawykach żywieniowych cisza (nic dziwnego: małp raczej się nie jada). Ów punkt widzenia „spoza człowieka” nie tylko uczy szacunku do tych, których chętnie uznaje się za innych czy niższych. Pozwala też zdystansować się do wybryków człowieczeństwa, przejrzeć w krzywym zwierciadle. Reeves uruchamia przecież czytelne, aktualne alegorie: mówi o rewolucji, która degeneruje się w prywatną wendetę. O ksenofobii i o zadufanych w sobie amerykańskich dyktatorach chcących budować mury. To ważny wymiar filmu, choć może najmniej spełniony.

Reżyser ubiera bowiem politykę w metafilmową zabawę. W ruch idą aluzje do Czasu apokalipsy Coppoli, do kina „wietnamskiego” (małpy jako Wiet-KONG). Prowadzącego krucjatę przeciw małpom Pułkownika (Woody Harrelson) upozowano nawet na Brandowskiego pułkownika Kurtza. Te cytaty brzmią jednak jałowo, Pułkownik jest jedynie wannabe-Kurtzem, a tytułowa „wojna” to słowo zdecydowanie na wyrost. Być może ta jałowość jest zamierzona. Być może ma ona symbolizować ostatnie podrygi wymierającego dinozaura – człowieka. Mniejsza o to. Wojna o planetę małp nie jest bowiem świetnym filmem dlatego, że próbuje ogrzać się w blasku większych poprzedników, że szpanuje inspiracjami. Broni się właśnie tym, że – mimo wszystko – odrzuca ironię i przywraca kinu popularnemu klasycznie tragiczny wymiar. Od puszczania oka ważniejsze są tu patos i wzniosłość, staroświeckie duże tematy i duże emocje. Przywołane wcześniej porównanie z Szekspirem nie jest aż tak na wyrost, jak mogłoby się wydawać.

Ta śmiertelna powaga, trzymanie fasonu, różni z kolei Wojnę o planetę małp od wspomnianego obrazu Okja, który był zarazem zaangażowany i zabawowy. Ale oba filmy łączy jeszcze coś: uzależnienie emocji od technologii. Główny bohater, przewodzący małpom Cezar, to przecież w równej mierze efekt pracy aktora Andy’ego Serkisa, co efekt komputerowy. Oczywiście gdyby nie studiujący szympansie zachowania Serkis biegający po planie w obcisłym kostiumie motion capture z kuriozalnymi kropkami przyklejonymi do twarzy, komputer nie miałby z czym pracować. Jest jednak coś grubo surrealistycznego w fakcie, że tak silnie empatyczny film jest w tak dużej mierze oparty na ciągach zer i jedynek. Komputer i małpa ręka w rękę przewyższają tu człowieka. A potem oddają mu esencję człowieczeństwa: łezkę wzruszenia na sali kinowej. 

Data publikacji: