Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Łomatko!
„mother!”
reż. Darren Aronofsky
„mother!”
USA 2017

Kiedy w trakcie projekcji na festiwalu filmowym jakiś widz wybiega z sali z okrzykiem „Tak umiera kino!” na ustach, to najlepszy znak, że kino jeszcze nie umarło. Pech chciał jednak, że na tej samej imprezie, co mother! Darrena Aronofsky’ego, pokazywano również The Room Tommy’ego Wiseau, film uznawany powszechnie za jeden z najgorszych w historii. Reakcja zasugerowanych w ten sposób widzów była do przewidzenia: lamenty nad śmiercią kina, salwy śmiechu na sali, potok parafrazujących tytuł eksklamacji („łomatko!”) i wysyp trochę zbyt łatwo narzucających się porównań między dziełami Wiseau i Aronofsky’ego. Porównań kosmicznie niesprawiedliwych, nawet jeśli słowo „dzieło” jest w obu przypadkach na miejscu: obaj panowie bezwstydnie celują bowiem w rejestry co najmniej arcydzielne.

OK, Aronofsky nie jest tu bez winy. Przesadną reakcję na mother! w dużej mierze usprawiedliwia przesada, z której zrobił on swoją twórczą strategię. Ale śmiechy z byle cięć montażowych płyną raczej z niezrozumienia konwencji, którą założył sobie artysta. A to już po trosze wina zwiastunów, które sugerowały horror o małżeństwie nachodzonym przez ekscentrycznych nieznajomych, coś bliskiego Wstrętowi albo Dziecku Rosemary Polańskiego, względnie zwykłemu home invasion movie. Faktycznie, taki jest punkt wyjścia: mieszkający w domu na odludziu poeta (Javier Bardem) i jego partnerka (Jennifer Lawrence) słyszą pewnego dnia niespodziewany dzwonek do drzwi, nie mija chwila i zaczyna robić się dziwnie. Już od otwierających scen jasne jest jednak, że sytuacja nie będzie prowadzić do gonitwy z siekierą w ręku, że w piwnicy nie zadomowi się sekta satanistów, a piętrzące się absurdy nie znajdą łatwego wyjaśnienia w postaci halucynacji czy choroby psychicznej. Aronofsky wyrzuca bowiem za drzwi aspiracje do jakiegokolwiek realizmu. Nie o wiarygodność świata przedstawionego mu idzie, on opowiada nam parabolę, przypowieść. Nieprzypadkowo bohaterowie są podpisani jako archetypiczni „matka”, „on”, „mężczyzna” czy „kobieta”. Panie i panowie: oto alegoria. Nie do końca wiadomo, czego konkretnie alegoria, niemniej jednak alegoria.

Otóż mother! – pisana z małej litery, ale ze znamiennym wykrzyknikiem – jest filmem szczególnego, niszowego rodzaju: „o wszystkim”. Takim, którego autor – czy raczej: Autor – pręży artystyczne muskuły i wrzuca do jednego wora fakty z własnej biografii, schematy z kina gatunków, cytaty z wielkich poprzedników, tematy z aktualnych nagłówków, a do tego jeszcze Biblię i – jeśli komuś wciąż mało – refleksje nad rolą sztuki. Ktoś zobaczy tu próbę odreagowania związku Aronofsky’ego z Rachel Weisz, na dodatek próbę zrealizowaną z udziałem obecnej partnerki reżysera, Jennifer Lawrence. Ktoś dostrzeże wariację na temat Buñuelowskiego Anioła zagłady, ktoś religijną baśń, a jeszcze ktoś inny surrealistyczną wizję burzliwej współczesności. (Na przykład scena, w której Lawrence schodzi do piwnicy, gdzie złowrogo pomrukuje na nią czarny piec, skojarzyła się niżej podpisanemu z Kevinem samym w domu. Przypadek?). Ta wieloznaczność jest zarazem wadą i zaletą mother!. Problem z mówieniem o wszystkim jest przecież taki, że łatwo nie powiedzieć wówczas nic. W sztuce obowiązuje jednak szeroki wachlarz cnót, do wyboru, do koloru: dla jednych będzie to powściągliwość, dla innych rozpusta. I nic w tym złego.

Zwłaszcza, że mother! faktycznie wsysa. Aronofsky na stałe przykleja kamerę do Lawrence, przez bite dwie godziny przeplatając niemal wyłącznie punkt widzenia aktorki ze zbliżeniami jej twarzy. Wszystko w monochromatycznej palecie barwnej, w grubym ziarnie, przy akompaniamencie robiących za ilustrację muzyczną zgrzytów i trzasków. Nic dziwnego, że deliryczny stan ducha tytułowej „matki” udziela się. Lawrence wypada wprawdzie dość płasko, całą drugą połowę filmu spędzając na mechanicznym wrzeszczeniu, ale może o to chodziło – mother! pokazuje przecież kobietę zepchniętą do roli popychadła Wielkiego Artysty; kobietę, która ma czuwać nad domowym ogniskiem, podczas gdy On Szuka Inspiracji i Pisze Wiersze PIÓREM. NA. PAPIERZE. CZERPANYM. Nic dziwnego, że ta bezsilność wreszcie kumuluje się w symfonii histerycznych wrzasków. Grunt, że Aronofsky wygłasza tu dość zaskakujące mea culpa i piętnuje figurę artysty demiurga składającego cudze życia na ołtarzu sztuki. Postawa bardzo na czasie w świetle ostatnich rewelacji z Hollywood, światowej stolicy mizoginii i seksualnej przemocy.

O ile oczywiście autor nie ma tu na myśli czegoś wręcz przeciwnego, jak choćby pomnika własnego talentu. Taki urok filmu, który w swoim rozbuchaniu mówi niby wszystko o wszystkim, ale przede wszystkim mówi o tym, że kolega Darren chce być Wielkim Artystą. Proszę jednak rozliczać we własnym sumieniu, czy kogoś to razi, czy nie. Mnie raczej nie. A już na pewno nie tak jak fakt, że Aronofsky na pięć minut przed końcem postanawia jednak podsunąć nam klucz interpretacyjny – i robi to z subtelnością cechującą operatora łopatologa. Nie zdradzę, o co chodzi, nie sposób zresztą tej rewelacji przegapić. Wystarczy powiedzieć, że reżyser jednym ruchem przekształca film intrygująco wieloznaczny w film irytująco jednoznaczny. Dziwna to jednak porażka, bo jakaś taka nietotalna. Aronofsky przecież z premedytacją nakręcił dzieło, które ma nie pozostawiać obojętnym, które ma polaryzować, którego jeśli nie pokochasz, to przynajmniej je znienawidzisz. Ja tymczasem utknąłem w rozkroku. 

Data publikacji: