Page 1Rectangle 52 Przejdź do treści
Jan Błaszczak

Krule jest tylko jeden

Krule jest tylko jeden
The OOZ
King Krule
The OOZ
XL 2017

Pamiętam, że kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy, nie mogłem się nadziwić, że występuje akurat w ramach festiwalu Nowa Muzyka. Osiemnastoletni Archy Marschall reprezentował raczej podejście bliższe raczej zimnofalowym nadwrażliwcom i nadużywającym bardom. O czasach minionych przypominała także jego niekanoniczna uroda w stylu młodego Johna Lydona i głos rodem ze spotów kampanii antynikotynowej. Podobało mi się to, co wówczas słyszałem, ale nie potrafiłem pogodzić tej estetyki ani z towarzyszącą festiwalowi obietnicą nowości, ani z metryką kilkunastoletniego Marschalla. Do tego stopnia, że tamten krótki występ z 2012 roku pozostawił mi w głowie skojarzenie z tymi wszystkimi youtubowymi nagraniami growlujących i naparzających na perkusji trzylatków. Występ King Krule miał w sobie coś z fabuły Ciekawego przypadku Benjamina Buttona i może dlatego nie poświęciłem mu dostatecznej uwagi.

Rok po tamtym koncercie ukazała się debiutancka płyta King Krule pt. 6 Feet Beneath the Moon. Marshall dał się wówczas poznać jako autor sprawnie mieszający punkową surowość z wpływami hip-hopu spod znaku J Dilli i basową pulsacją, w której można było odnaleźć echa dubu i trip-hopu. Pomimo tak szerokiej rozpiętości stylistycznej, jego kompozycje były raczej proste, nierzadko wręcz minimalistyczne. Niewątpliwie był to udany debiut, choć wciąż największym jego atutem pozostawał głos młodego Brytyjczyka – po Waitsowsku szorstki, po Strummerowsku mocny. Atut, z którego Marschall korzystał na wiele sposobów, sięgając na swoim debiucie zarówno po mroczne ballady, jak i quasi-rap w stylu wolniejszych numerów TV On The Radio. Znów jednak skłamałbym, utrzymując, że od czasu premiery często powracałem do 6 Feet Beneath the Moon.

Z The OOZ sprawa ma się zupełnie inaczej. Już od pierwszych dźwięków Biscuit Town King Krule wciąga w swój świat. Wiem, że to zgrane określenie, ale drugi album Brytyjczyka prowokuje do takich sztampowych refleksji. bo nie jest to płyta, przy okazji której chciałoby się szukać zaskakujących porównań i wyrafinowanych skojarzeń. Utwory Marschalla nie chwytają w końcu za sprawą wirtuozerii wykonawców, geniuszu czy kreatywności kompozytora. W The OOZ chodzi przede wszystkim o atmosferę. Formalnie zmieniło się przecież niewiele. Znów mamy do czynienia ze zbiorem kilkunastu piosenek na styku punku, hip-hopu i jazzu. Zmieniła się jednak zarówno jakość tych kompozycji, jak i ich wykonanie. Archy Marschall daje się poznać nie tylko jako artysta obdarzony świetną barwą głosu, ale także charyzmatyczny, wymuszający od słuchaczy zaangażowania wokalista. Absorbujący do tego stopnia, że przy pierwszych godzinach z płytą nie zwrócimy uwagi na misternie przeplatające się melodie pianina, gitary i syntezatora. Przekonywający w stopniu takim, że łapię się na nuceniu za nim wersu o Gianfranco Zoli, chociaż po prawdzie nie mam pojęcia, co w Biscuit Town reprezentuje utytułowany piłkarz Parmy i Chelsea. I nawet jeśli w drugiej części krążka napięcie odrobinę spada (choć nie brakuje perełek takich jak punkowe Half Man Half Shark czy trącające bebopem Midnight 01), nie ma to w zasadzie znaczenia, bo po pierwszych trzech utworach nie można się już od tej płyty uwolnić.   

Data publikacji: